Menu


Wczasy nad morzem, czyli wypoczynek po angielsku

Wczasy nad morzem, czyli wypoczynek po angielsku

Tegoroczną Wielkanoc spędziliśmy z rodziną nietypowo. Otóż pierwszy chyba raz wyłamaliśmy się z tradycyjnego dekorowania ciast i siedzenia za stołem. Objadanie się pasztetem i żurkiem z białą kiełbasą zamieniliśmy na… wyjazd na kilkudniowy wypoczynek nad morzem. Nie, nie na Majorce, jak pewnie robi większość, ale tym razem postawiliśmy na morze brytyjskie.

Na szczęście pogoda dopisała. Końcówka kwietnia zagwarantowała wylegiwanie się na gorącym piasku i gdyby nie fakt, że morze miało w tym czasie odpływ, to zapewne zaliczylibyśmy także pierwszą morską kąpiel w tym roku. A gdzie się zatrzymaliśmy na tych kilka dni i nocy? Otóż wrodzony pęd za przygodą podsunął nam pomysł z wyjazdem do ośrodka wczasowego. Tak, tak, takie rarytasy jeszcze istnieją i co więcej, mają się całkiem dobrze. Zresztą taka forma relaksu była niezwykle popularna za czasów socjalistycznych w PRL. Pamiętam, że co lato jechaliśmy z rodzicami na wczasy do jakiegoś ośrodka. Dzisiaj wczasowicze dużo chętniej rezerwują pobyt w hotelu, najlepiej luksusowym z pełnym wyżywieniem, bo tak jest najprzyjemniej. No, ale ile można, prawda? W końcu w życiu czasami trzeba spróbować czegoś innego. A skoro takie ośrodki jeszcze istnieją to postanowiliśmy wykupić w nim kilkudniowy pobyt. Pojechaliśmy razem ze znajomymi, żeby było weselej. I było. 

Naszym miejscem docelowym był ośrodek Pontins położony na południe od Bristolu, nad samym morzem. Piaszczysta plaża porośnięta wysokimi wydmami do złudzenia przypomina nasz polski Bałtyk. Kierując się w kierunku naszego ośrodka mijaliśmy kolejne pola namiotowe, pola z kamperami i przyczepami. W tamtych okolicach takich ośrodków jest chyba więcej niż naturalnych wiosek. To istne zagłębie turystyczne wzbogacono dodatkowo wesołymi miasteczkami i licznymi restauracjami nadmorskimi. Straganów z lodami i piłkami plażowymi było od zatrzęsienia. 

Nasz ośrodek składał się z parterowych apartamentów, które zbudowane zostały na kształt niskich bloków. Każdy „domek” składał się z salonu z kuchnią, w którym stała rozkładana podwójna kanapa, na której można było spać, sypialni z dwoma łóżkami oraz łazienki z wanną i prysznicem. Kuchnia wyposażona była w podstawowe naczynia, garnki i patelnie. Była też miktofalówka, lodówka i czajnik elektryczny. Na wyposażeniu domków są też kołdry i poduszki, ale poszewki trzeba albo przywieźć swoje, albo kupić na recepcji.

Przed domkami na trawie stały drewniane stoły z ławkami, aby można było posiłki spożywać na zewnątrz, a w nocy biesiadować do rana, kiedy dzieci dawno już spały.

Cały ten pobyt bardzo przypomniał mi moje dzieciństwo i to jak z rodzicami spędzaliśmy wolny czas. A, że na zewnątrz było dwadzieścia cztery stopnie, to naprawdę można było poczuć się jak w wakacje. Na terenie ośrodka był też basen do darmowej dyspozycji wczasowiczów. Za dodatkowe atrakcje, takie jak wypożyczenie rowerów czy mini golfa trzeba było płacić. Wieczorami na terenie ośrodka działo się równie wiele, co za dnia, a nawet więcej. W budynku rekreacyjnym na scenie występowali przeróżni czarodzieje, którzy zabawiali kolejno dzieci, a potem rodziców. Dyskotekom nie było końca. Jak się bawić, to na całego! Na terenie ośrodka znajduje się też całkiem spory pub, sklepik z podstawowymi artykułami spożywczymi i oczywiście budka fish and chips.

Miejsce to cieszy się tak ogromną popularnością wśród Anglików, że wszystkie domki były wynajęte już na wiele miesięcy przed Wielkanocą.

Dlaczego piszę o tym miejscu? Nie, nie jest to reklama, ale pomysł na biznes, który chciałabym podpowiedzieć komuś obrotnemu. Otóż wrodzona ciekawość kazała mi odnaleźć informacje o początkach naszego ośrodka wczasowego, który chociaż odnowiony w 2011, to jednak gołym okiem widać było, że jest to miejsce istniejące od lat. Okazuje się, że założycielem ośrodka Pontins był pan, który nazywał się Fred Pontin. Nasz ośrodek powstał na terenie dawnej bazy wojskowej żołnierzy amerykańskich, którzy stacjonowali na tym terenie do 1945. Pan Pontin otworzył swój pierwszy ośrodek wczasowy właśnie w tym miejscu w Sommerset w 1946. W ciągu roku biznes rozbudował do sześciu ośrodków w całej Wielkiej Brytanii. Przez lata kupował opuszczone bazy, remontował je i przekształcał na ośrodki wczasowe swojego imienia. I tak powstało aż trzydzieści sześć ośrodków Pontins. Brytyjczycy pokochali je i chętnie spędzali w nich rodzinne wczasy.

Fred Pontin miał nosa do interesów. Myślę, że Polakom też przydałby się ktoś równie utalentowany. Jestem pewna, że taka sieć dobrze zorganizowanych domów wczasowych cieszyłaby się ogromną popularnością wśród rodzin, które znudzone są już hotelowym standardem  i marzą o wczasach, które nie zrujnują ich budżetu.

Małgorzata Mroczkowska

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę