Menu


Czy zbliża się koniec niektórych przewoźników?

Czy zbliża się koniec niektórych przewoźników?

Straty, rządowe ograniczenia i rosnąca konkurencja. To problemy nie tylko Ubera, ale też innych nowoczesnych firm z podobnych branż.

15 sierpnia burmistrz Londynu zwrócił się do władz o pozwolenie na to, by zmniejszyć ilość nieoficjalnych taksówek jeżdżących po mieście. Zauważył, że w czasie, gdy zwykli Brytyjczycy coraz chętniej kupują auta elektryczne, a w centrum miasta obowiązują dla nich liczne ograniczenia ruchu, ilość takich aut oferujących przejazdy wzrosła o 50 tys. w ciągu ostatnich siedmiu lat. W tym samym czasie liczba zwykłych taksówek spadała w Londynie o tysiąc. To nie pierwszy raz, gdy nad Uberem czy Lyft zbierają się czarne chmury, bo od lutego Transport for London wprowadził limity czasu pracy takich kierowców. Nie zmienia to faktu, że z usług takich firm korzysta z roku na rok coraz więcej osób. I wciąż pojawiają się kolejne. We wrześniu na ulicach Walii i Manchesteru zaczną jeździć samochody pod szyldem Ola. Ta indyjska firma powstała w 2011 roku ma na świecie 125 mln klientów. Według brytyjskiego oddziału, kierowcy mają zarabiać więcej niż w Uberze, a bezpieczeństwo pasażerów będzie najważniejsze.

Nowa fala nowych firm

Takie formy przewozów to część modnej od kilku lat „ekonomii współdzielonej”. Większość z tych firm operuje za pomocą aplikacji i ma niższe ceny niż w tradycyjnych taksówkach czy hotelach. Wśród firm można wymienić Easycar, Hiyacar i Zipcar (wynajem aut), JustPark, Your Parking Space (szukanie miejsc parkingowych), Justgiving czy Crowdfunding (zbieranie funduszy), MealSharing, Eatwith (dzielenie się posiłkami) czy Beds on Board lub Airbnb w dziedzinie wynajmu mieszkań i pokoi. Ta ostatnia firma jest ostatnio pod ostrzałem podobnie jak Uber po serii doniesień o złych warunkach pobytu lub nieuczciwości osób zarejestrowanych. Jak podaje na przykład Metro, jedna z brytyjskich par miała ostatnio duże kłopoty po tym, jak okazało się, że w ich wynajętym na kilka tygodni mieszkaniu powstał dom publiczny. Inni skarżyli się na kradzieże czy hałas, który w przypadku całych kamienic na wynajem może objąć już ulice czy dzielnice.

Próby kontroli Airbnb

We wrześniu firma, która ma na koncie system turystyczny Visit England, uruchomi program rejestracyjny dla zaufanych osób wynajmujących mieszkanie. To pierwsza taka inicjatywa na świecie, która zyskała już poparcie rządu. Wynajmujący musi zadbać o odpowiednie bezpieczeństwo i czystość swojego lokalu, a także legalność swojego biznesu. Niestety na razie to tylko dobrowolna baza i nie słychać o innych obostrzeniach dla tego typu działalności. Możliwe jednak, że jeszcze się pojawią, bo w ostatnich miesiącach wprowadziła je choćby Barcelona, Japonia czy Berlin. Użytkownicy najczęściej popierają regulacje, dzięki którym mają być bardziej bezpieczni, ale jednocześnie może być im trudno pogodzić się z mniejszym wyborem i wyższymi cenami. Apartament w centrum Leeds z własną kuchnią można wynająć przez popularne portale rezerwacyjne za ok. 50 funtów. Tradycyjny hotel w tej samej okolicy to już ok. 80 funtów. Podróż z Heathrow na Victoria Station w Londynie to z popularną firmą przewozową 40 funtów, podczas gdy taksówką – nawet 90 funtów. To również dlatego komfortowy wypad do innego miasta jest dziś dostępny niemal dla każdego i dużo prostszy niż kilkanaście lat temu. Podróżujący skazani byli wtedy na naciągaczy, przypadkowe hotele i formalności, a dla tych, którzy słabo znają język i kulturę danego kraju, rezerwacja hotelu czy zamówienie taksówki były dużym stresem.

Młodzi korzystają i tracą?

Pojawiają się jednak głosy o tym, że zbyt długo ignorowano faktyczną cenę, jaką płacimy za oszałamiająco tanie przewozy i noclegi. Najbardziej radykalni posuwają się do stwierdzenia, że dobroduszni millennialsi zgłaszający się do takiej pracy jako kurierzy czy kierowcy nawet nie wiedzą, że są wykorzystywani. Komentator Larry Elliot pisze w The Guardian, że to, co kiedyś było nazywane wyzyskiem i potępiane, dziś jest chwalone jako „elastyczność” i nowoczesny styl życia. Podobne głosy płyną zza granicy. – Ten system pozbawia moje pokolenie dochodu, miejsca do życia i stabilizacji. - zauważa Fionn Rogan, pisząc na łamach „The Irish Times” o nowoczesnych firmach do udostępniania swoich usług. W Nowym Jorku tysiące takich pracowników żądało ostatnio zapewnienia im pensji minimalnej. Jak podawali protestujący, w niektórych takich miejscach kierowcy przez 42 proc. czasu siedzą bezczynnie i czekają na klienta. Protestowali nie tylko taksówkarze, ale też kurierzy firmy Hermes czy hydraulicy z Pimlico Plumbers – te firmy też działają na podobnej zasadzie przez aplikację. Zdarza się, że ich średnie zarobki to 2 funty na godzinę. W wyniku protestów od sierpnia kierowcy w Nowym Jorku mają zarabiać minimalną stawkę godzinową. Na Wyspach dyskutuje się o tym pomyśle.

Ile zarabia kierowca Ubera?

W Polsce sytuacja kierowców może być podobna. Wśród kurierów i dostawców Uber Eats dominują Azjaci, a w Uberze czy Taxify sporo jest kierowców ze Wschodu. Nie jest tajemnicą, że powodem, dla którego tak mało Polaków garnie się do tej pracy, są głównie niskie zarobki. - Wśród współpracujących z nami dostawców są zarówno Polacy, jak i obcokrajowcy. - wyjaśnia Maja Żuchowska reprezentująca Uber Eats. - Współpraca z Uber Eats jest propozycją atrakcyjną zwłaszcza dla studentów, zarówno polskich, jak i pochodzących spoza naszego kraju, ponieważ umożliwia im zarabianie pieniędzy w wygodny i elastyczny sposób. Często łączą naukę i pracę, ponieważ sami decydują, w jakich godzinach są dostępni w aplikacji.

Dla niektórych rzeczywiście jest to elastyczny sposób na dorobienie w wolny wieczór. Inni jednak nieoficjalnie narzekają, że mają niewiele praw, a większość obowiązków (łącznie z naprawami auta i zakupem benzyny) leży po ich stronie. Jeszcze gorzej jest w Uber Eats. Bloger Karol Wyszyński zatrudnił się ostatnio w Uberze – najpierw w charakterze kierowcy, później jako dostawca. Jako kierowca zarabiał kilkanaście złotych za godzinę. Gorzej było z dostawą żywności. Jako dostawcy samochodowemu udało mu się otrzymać po czternastu godzinach 40 złotych. Jeżdżąc rowerem zarobił w pięć godzin 20 złotych. W obu przypadkach przez większość czasu nie było dla niego zleceń. Na Wyspach jest nieco lepiej; anonimowo kierowcy szacują swoje zarobki na 10 – 15 funtów za godzinę.

Biedak w Mercedesie

I tu zdarzają się jednak smutne historie, jak ta kierowcy, który postanowił jeździć dla droższej i bardziej ekskluzywnej linii Uber Exec, by zarabiać więcej. Jak podaje Business Insider, David Dunn z Glasgow zainwestował 37 tys. funtów w Mercedesa E-klasy, by przyciągnąć klientów. Okazało się jednak, że ci gotowi dopłacić za luksus zdarzali się rzadko. Musiał więc zacząć brać też tańsze kursy, które stanowią dziś 95 proc. jego dochodu. - E-klasą wożę pasażerów, którzy płacą mi 2,25 funtów za kurs. Zwykły taksówkarz dostaje 6-7 funtów za kurs. To nie do pomyślenia! - podkreśla Dunn. Protestowali też kurierzy Uber Eats z Edynburga, którzy twierdzą, że w gorsze dni zdarza im się zarabiać 4 funty za godzinę. Firma odpowiedziała, że w tygodniu poprzedzającym strajk zarabiali średnio 9,75 funta za godzinę. Wielu z nich pracuje kilkanaście godzin na dobę.

Klienci się skarżą

Nie zawsze korzystnie prezentuje się to również od strony klienta. W czerwcu jechałam Taxify w Warszawie. Jazda trwała pięć minut, nawet nie rozmawialiśmy. Później dostałam od kierowcy wiadomości z „komplementami” z podtekstem i prośbą o spotkanie. Zapytałam Taxify, skąd ten pan miał mój numer po skończonej jeździe i czy coś zamierzają z tym zrobić. Początkowo usłyszałam, żebym nie przesadzała, bo przecież „nie przyjdzie pod twoje okno”, i że z nim o tym porozmawiają. Świadomość, że ten człowiek zna moje nazwisko, numer i adres, a po tym, jak ma przeze mnie kłopoty w pracy mogę na niego jeszcze kiedyś trafić, była dla mnie mocno niekomfortowa. Przyszło mi też wtedy do głowy, że anonimowy właściwie kierowca spoza Europy mógł zacząć pracę wczoraj, jutro może ją zmienić lub wyjechać i w razie przykrości nie bardzo będzie komu się poskarżyć. A także, że korzystając z takich przewozów tak naprawdę wsiadamy do samochodu obcego człowieka, a nie do taksówki należącej do korporacji. Dopiero po tym, jak napisałam do głównej siedziby Taxify w Estonii, dostałam zapewnienie, że zasady zostają zmienione i od tej pory kierowca może dzwonić tylko przez aplikację i nie ma dostępu do prywatnych numerów telefonów swoich pasażerów. Pokazuje to dwie rzeczy. Po pierwsze, Taxify czy Uber, choć na co dzień o tym zapominamy, to nie są prawdziwe taksówki, tak jak Airbnb nie jest hotelem. Po drugie: firmy te cały czas ewoluują, a użytkownicy nadal mogą mieć duży wpływ na te zmiany.

Czy Uber przynosi zyski?

W zeszłym roku Transport for London odmówił odnowienia Uberowi licencji, tłumacząc, że firma nie powinna jeździć po Londynie (który jest jej największym rynkiem w Europie) z powodów bezpieczeństwa, w tym problemów z raportowaniem policji przypadków napaści seksualnych. Uber odwołał się od decyzji i uzyskał dalszą zgodę na działanie, a latem została ona warunkowo przedłużona o kolejne 15 miesięcy. Najciekawszym pytaniem pozostaje jednak, czy firma może pozwolić sobie na dalsze funkcjonowanie. W ciągu dziesięciu lat działania Uber stracił ponad 10 miliardów dolarów – tylko jednej firmie z sektora technologicznego udało się w tym czasie pobić ten rekord. Pieniądze traci właściwie co roku i to coraz więcej: w zeszłym roku 4,5 miliarda dolarów, a rok wcześniej 2,8 miliarda. Inwestorzy liczą, że gdy Uber na dobre się rozpędzi, zacznie przynosić równie imponujące zyski. Można się jednak zastanawiać, jak w rzeczywistości wiedzie się innym formom z tej i podobnych branż, jeśli gigant, który jest dziś uważany za jedną z najlepiej wycenianych firm na świecie, ma takie kłopoty?

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę