Menu


Reportaż: Na operowej scenie

Reportaż: Na operowej scenie fot. Matthew Plummer

– To specyficzny zawód. Praktycznie cały czas w podróży, poza domem, życie na walizkach. Ale jest ciekawie, trudno się nudzić – przyznaje zakotwiczona w Londynie mezzosopranistka Hanna Hipp.

Niespełna trzy miesiące. Tyle czasu, od grudnia do marca bieżącego roku, przebywała w amerykańskim Seattle. Najpierw przygotowania, a potem występy w miejscowej operze w przedstawieniach „Cosi fan tutte” i „Beatrice and Benedict”. To drugie było hybrydą opery Hectora Berlioza ze sztuką Williama Szekspira „Much Ado About Nothing”.

– To duże wyzwanie, bo trzeba było połączyć umiejętności wokalne i aktorskie, do czego śpiewak nie do końca jest przygotowany. Pierwszy raz pracowałam z reżyserem, który na co dzień jest dyrektorem teatru szekspirowskiego (John Langs), wcielając się w rolę Beatrice. Dostałam bardzo pozytywne recenzje, pisano, że mój sceniczny angielski jest wzorcowy – opowiada Hanna, która w Seattle gościła nie po raz pierwszy. W sierpniu 2016 roku wystąpiła tam w roli Isolier w spektaklu „Le comte Ory” Gioachino Rossiniego, którego główną gwiazdą był słynny amerykański tenor Lawrence Brownlee.

Róże Plácido Domingo

Wyjazdy, wyzwania, życie na walizkach. To składowa część tej profesji. Śpiewak operowy musi być gotowy na występy tam, gdzie akurat jest praca, co wiąże się z podróżami w różne zakątki globu i rozłąką z bliskimi. Do tego dochodzi zawodowa rywalizacja oraz ciągłe szlifowanie swojego scenicznego warsztatu. Nie każdy odnajduje się w tym świecie, wielu rezygnuje, ale są i tacy, którzy podejmują rękawicę. Zwiedzanie ciekawych miejsc, poznawanie nowych ludzi, spełnienie zawodowe – droga artystycznej kariery nie jest prosta, ale ma swoje zalety.

Scenariusz pracy wygląda podobnie. Najpierw tygodnie przygotowań, oswajanie się z rolą i wreszcie finał, jakim jest występ przed publicznością. Hanna prezentowała swój kunszt na wielu prestiżowych scenach, między innymi w Covent Garden w Londynie, La Scali w Mediolanie, Teatro Real w Madrycie, operze w Seattle czy na festiwalu Glyndebourne. Śpiewała u boku słynnych artystów, by wymienić Plácido Domingo, José Curę, Angelę Gheorghiu, Elinę Garančę. Można długo wspominać…

– Z Plácido Domingo zetknęłam się siedem lat temu w Royal Opera House w Covent Garden. Wspólnie wykonaliśmy IV akt z opery Verdiego „Otello”, w którym grałam Emilię. Byłam wówczas na programie dla młodych artystów Jette Parker Young Artists Programme, debiutowałam na deskach tego teatru, do tego w towarzystwie takiej legendy, co jeszcze bardziej podniosło adrenalinę. Natomiast Plácido okazał się bardzo bezpośrednim i sympatycznym człowiekiem, w garderobach wszystkich kobiet zostawił białe róże – opowiada Hanna.

Innym pamiętnym wydarzeniem, które szczególnie zapadło jej w pamięci, była opera „Les Troyens” Berlioza, gdzie wcieliła się w rolę Anny. 2017 rok, orkiestra w Strasburgu pod batutą Johna Nelsona. Nagrania tego monumentalnego dzieła trwały trzy tygodnie, gromadząc pasjonatów i znawców twórczości Berlioza z całego świata. Polka przyznaje, że bycie częścią takiego przedsięwzięcia, okrzykniętego muzycznym wydarzeniem roku, w którym wystąpiła jako siostra Joyce DiDonato, jednej z największych współczesnych gwiazd opery, to bonus na całe życie. Nagrany wtedy album ukazał się na rynku kilka miesięcy później podbijając serca fanów.

W swojej karierze Hipp wcielała się w różne postacie, ale, co ciekawe, jako mezzosopran liryczny często jest obsadzana w tak zwanych rolach spodenkowych, w których gra chłopców i młodych mężczyzn. Tak było również w operze „Ariadne auf Naxos”, gdzie wcieliła się w początkującego kompozytora, który tworzy własną operę i planuje ją wystawić publicznie, mocno wierząc w przekaz swojego dzieła i potęgę sztuki.

– Ta rola, którą wykonywałam w Minnesota Opera i podczas Glyndebourne Opera Festival, jest mi bardzo bliska. Pasja oraz oddanie w dążeniu do realizacji własnych celów ma uniwersalne przesłanie – przyznaje.

Od świtu do nocy

Pochodzi z Krakowa. W rodzinnym domu muzyka klasyczna zajmowała poczesne miejsce, chociaż zawodowo rodzice nie mieli z nią nic wspólnego. Mama Anna z wykształcenia jest psychologiem, a tata Krzysztof archeologiem. W jego ślady poszedł również młodszy brat Hanny Krzysztof junior. Natomiast ona sama śpiewała, praktycznie od zawsze. Ukończyła podstawową szkołę muzyczną w klasie fortepianu, a głos szkoliła w chórze, często wykonując krótkie partie solowe podczas szkolnych koncertów. Później była średnia szkoła muzyczna, ze specjalnością śpiew solowy, a następnie studia na wydziale wokalno-aktorskim Akademii Muzycznej w Gdańsku, które ukończyła z wyróżnieniem.

Po obronie dyplomu pojawiło się pytanie co dalej? Do Londynu zawsze czuła sentyment, artystyczna atmosfera tego miasta robiła wrażenie, dlatego postanowiła kontynuować edukację w tutejszej Guildhall School of Music and Drama. Po przejściu przez sito egzaminów dostała się na wydział operowy tej uczelni i nie ukrywa, że była z tego powodu bardzo dumna, bo na pierwszy rok przyjmowanych jest zaledwie około dziesięciu śpiewaków z całego świata.

Wstępny krok został zrobiony, ale niebawem zaczęła się proza życia. Co prawda każdy student dostaje stypendium na naukę, jednak sam musi się utrzymać. Hanna nie miała pieniędzy, dlatego po zajęciach, kiedy koledzy szli do pubu, wsiadała w metro i jeździła po całym Londynie, żeby prywatnie uczyć dzieci gry na fortepianie. A w weekendy zajmowała się tym od świtu do nocy.

Nie było łatwo, pojawiały się chwile zwątpienia, ale dała radę. Ta lekcja hartu ducha i charakteru przydała się w przyszłości. Po dwóch latach ukończyła z wyróżnieniem studia podyplomowe w Guildhall, dostając się na 9-miesięczny kurs do National Opera Studio. Przeszła przez kolejny przesiew z ponad setki kandydatów i znów znalazła się w gronie dziesięciu wybrańców. Zaliczenie szkolenia otworzyło jej drogę do ubiegania się o miejsce w Jette Parker Young Artists Programme, prestiżowym programie dla młodych śpiewaków prowadzonym w Royal Opera House w Covent Garden. Kurs trwa dwa lata, jego uczestnicy przygotowują partie operowe pod okiem najlepszych specjalistów, są szkoleni w śpiewie, tańcu, aktorstwie, szermierce, językach. A dodatkową zaletą jest udział w produkcjach operowych na głównej scenie oraz praca ze słynnymi dyrygentami i śpiewakami. To później procentuje.

Miecz na scenie

Przez wieki była elitarna, skierowana do wyższych warstw społeczeństwa. Jednak obecnie, w dobie globalizmu, opera przechodzi radykalną przemianę, coraz bardziej upodabniając się do teatru. Przedstawienia transmitowane na żywo z największych scen świata, takich jak Metropolitan Opera czy Covent Garden, które można zobaczyć w kinach, stają się coraz bardziej popularne. Pokazywane w odpowiednim opakowaniu – w trójwymiarze, z dokładnymi zbliżeniami – podbijają serca nowych odbiorców. Również tych młodych.

Głos śpiewaka nadal jest ważny, ale coraz bardziej liczy się również jego sprawność fizyczna. Zadania do wykonania są różne – trzeba zatańczyć, zagrać aktorsko, jak najbardziej realnie przedstawić daną scenę. A wymagania reżyserów i widzów rosną. Walki mieczem, przewroty, ewolucje akrobatyczne… Nieprzypadkowo Hanna zasmakowała w szermierce.

– Zaczęłam ją trenować na studiach w Londynie, później brałam też lekcje prywatne. To fantastyczny sport wyrabiający synchronizację ruchów, refleks, strategię, wyzwalający energię, co często przydaje się później w pracy – wylicza artystka, dodając, że inną jej pasją jest nauka języków obcych. Na scenie śpiewała po włosku, francusku, niemiecku i angielsku, pracowała też nad cyklami pieśni po hiszpańsku i w jidysz. A w przyszłym sezonie zadebiutuje po czesku w operze Leoša Janáčka „Katia Kabanova” w Scottish Opera w Glasgow i Edynburgu, gdzie wcieli się w rolę Varvary. Co ciekawe, jeszcze nigdy w swojej artystycznej karierze nie śpiewała w języku polskim, a nad Wisłą wystąpiła tylko raz – w „Madame Butterfly” w Teatrze Wielkim w Warszawie.

Balsam dla duszy

„Wieczór zimowy”. Taki jest tytuł albumu, który ukazał się w marcu bieżącego roku. Został on przygotowany przez Hannę oraz towarzyszącą jej pianistkę Emmę Abbate i składa się z 17 pieśni włoskiego kompozytora Ildebrando Pizzettiego. Artystki nagrywały płytę w zabytkowym kościele św. Jana Ewangelisty w Oksfordzie, a nastrój potęgowała mistyczna i duchowa atmosfera tego miejsca.

– To piękne, wcześniej niepublikowane kompozycje o miłości, śmierci, bytowaniu. Świetna odskocznia od codziennego pośpiechu i pędu życia – mówi Polka, która w najbliższym czasie ma w planach występy w Madrycie oraz w Garsington Opera w Wormsley Park, a zimą wróci do Covent Garden, gdzie zaśpiewa w operze „Hänsel und Gretel” wcielając się w tytułową rolę Jasia.

– Od kiedy pamiętam zawsze pracowałam w wakacje, natomiast w tym roku po raz pierwszy mam wolne lato. Zamierzam dobrze wykorzystać ten okres, przemierzając szlak pielgrzymki z Porto w Portugalii do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Planuję iść pieszo, albo jechać rowerem, mniej więcej dwa tygodnie. To będzie świetna zaprawa dla ciała i balsam dla duszy…

Dariusz Dzikowski

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę