Menu


Beata Sadowska: Żeby mieć otwartą głowę

  • Napisane przez  goniec.com
  • 1 komentarz
Beata Sadowska: Żeby mieć otwartą głowę

Podróżuję od zawsze. Jako dziecko, z rodzicami do demoludów: Bułgaria, Węgry, Czechosłowacja. Dużym Fiatem. Ależ to była przygoda! Przy okazji przemycaliśmy misia z NRD albo kolorowe rajstopki do przedszkola. Takie czasy. Ale przygoda była! Namioty, wspólne gotowanie i sardynki, które smakowały jak mydło. Ku rozpaczy rodziców, nie chciałam też węgierskiego salami. 

Już wtedy musiałam połknąć bakcyla wagabundy. Świat – choć wtedy bardzo pozamykany dla dziecka z PRL-u – wydawał się ogromny i pełen wrażeń. 

Kiedy miałam 16 lat pojechałam do Londynu. To była wymiana między moim liceum a brytyjskim college’m. Tydzień mieszkania u rodziny, tydzień w internacie. A potem dwa miesiące pracy. Oczywiście na czarno. Zasuwałam w knajpie 7 dni w tygodniu. W niedzielę od 14, więc mogłam odpocząć. Wersja dla rodziców: chodzę do szkoły i do muzeów. Rzeczywistość? Praca prawie do północy, łapanie ostatniego metra, potem półgodzinny spacer do wynajmowanego pokoju. To była niezła szkoła życia. Potem już zawsze miałam wiarę, że chcieć to móc. Skoro poradziłam sobie w Naprawdę Wielkim Mieście z nikłą znajomością języka, poradzę sobie wszędzie. Pamiętam tę chwilę, kiedy – jeszcze szukając pracy – zgubiłam się i już nie wiedziałam, czy moja mapa miasta jest mokra od deszczu czy moich łez. I wtedy postanowiłam: zero ryku, znajdę tę robotę i już. I znalazłam: utrzymałam się, zarobiłam, przywiozłam wszystkim prezenty. Rodzicom dopiero po dwóch latach powiedziałam, jak wyglądały te moje muzea...

Była też podróż pociągiem z przyjaciółką przez Francję i Włochy (jako 17-latka), a potem... Afryka, Ameryka Południowa, Azja, Australia, Nowa Zelandia. Była wioska w Ugandzie, gdzie dzieci pierwszy raz widziały „białasa“, były oazy na pustyni Atacama, były niezmierzone stepy Mongolii. Były wulkany na Islandii i fiordy w Norwegii. 

Dziś śmiało mogę powiedzieć, że to moje podróżowanie się zmieniło: nie tylko dlatego, że mam więcej pieniędzy niż jako nastolatka. I nie tylko dlatego, że świat się otworzył. Ja się zmieniłam. Już nie gnam z przewodnikiem, żeby zobaczyć i „zaliczyć“ jak najwięcej. Celebruję miejsca, które okażą się moje. Mogę codziennie chodzić do tej samej knajpki na kawę albo wracać do ukochanych miejsc. Nie spieszę się. I już nie przywożę rzeźb, bębnów, bibelotów. Raczej wspomnienia. No, może jeszcze przyprawy i ukochaną zieloną herbatę z ryżem z Japonii. 

Teraz w ogóle jest inaczej, bo podróżujemy z dziećmi. Tak powstała nasza książka „I jak tu nie podróżować (z dzieckiem)”. I w nosie mam teorie, że smyki nic nie będą z tego pamiętały. Każda podróż uczy ich otwartości na świat (bezcenne w erze umacniających się nacjonalizmów), każda otwiera na nowe smaki, zapachy, doświadczenia. 

Ale przede wszystkim jesteśmy razem. Czy teraz, kiedy kręcimy program w Tajlandii, czy na wiosnę, kiedy ich tata pracuje we francuskich Alpach. Oczywiście nie poleżę na plaży i nie wypiję spokojnie kawy, ale przynajmniej lepiej poznam własne dziecko. I siebie też. Mam nadzieję, że przekażemy naszym synkom szacunek do drugiego człowieka: bez względu na to, czy mieszka przy Central Parku w Nowym Jorku, czy w brazylijskiej wiosce, gdzie buty są zbędne. Ba, jestem prawie pewna, że się uda! 

1 komentarz

  • misiu
    misiu niedziela, 10, grudzień 2017 10:56 Link do komentarza

    I po co nam to opowiedziałaś? Nie jesteś u przyjaciółki w kuchni na herbatce! Miałem kolegę, który nigdzie nie podróżował, najwyżej do sklepu na rogu gdzie kupował wino. A, że był stałym klientem to czasami dawali mu na kreskę. Wołaliśmy na niego Ziutek. Zmarł tragicznie. Ciekawa historia, ale tylko dla kilku osób, co Go znały.

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę