Menu


Kasia Madera, Polka, którą oglądają miliony

Kasia Madera, Polka, którą oglądają miliony

Z Kasią Maderą, Polką mieszkającą od urodzenia w Anglii, którą możemy oglądać na antenie BBC World News, rozmawia Joanna Szmatuła.

Mieszkasz w Anglii od urodzenia, twój mąż jest Anglikiem, mimo to mówisz bardzo dobrze po polsku.
– Moi rodzice wyjechali z Polski i poznali się dopiero tu, w Londynie. Mój ojciec zmarł kiedy nie miałam jeszcze roczku. Gdy byłam starsza, to co roku, na wakacje, jeździłyśmy z mamą do Polski. Nie było nas tam tylko raz – po tym jak wybuchł stan wojenny. Wyobrażasz sobie, że co roku pakowałyśmy samochód, ubrania, jedzenie i wyruszałyśmy do Polski? To oczywiste, że rozmawiałyśmy cały czas w tym języku – i mimo że urodziłam się w Anglii, to polski był moim pierwszym językiem. To m.in. dzięki tym wakacjom udało mi się utrzymać ten język. Dopiero gdy poszłam do szkoły to zaczęłam więcej i lepiej mówić po angielsku.

Masz dwójkę dzieci, dwóch chłopców. Oni też mówią po polsku?
– To dla mnie duże wyzwanie, żeby nauczyć ich mówienia w tym języku. Ja mówię z angielskim akcentem, wtrącam angielskie słowa, mąż jest Anglikiem, chłopcy chodzą do angielskiej szkoły – to nie pomaga w tym, żeby się nauczyli. Do tego polski jest naprawdę trudny – piękny, ale wymagający. Na szczęście chłopcy chodzą też do polskiej szkoły w Londynie i mają tam doskonałą nauczycielkę.



Rodzicom, którzy dopiero tu przyjechali, ciężko przyzwyczaić się do szkół sobotnich.
– Rodzicom i dzieciom. Jeżeli dzieci chodzą do szkoły pięć dni, to chcą później odpocząć. Tu się tak nie da, ale to często jedyny sposób, żeby spotkać się z polskimi kolegami czy nauczyć się czegoś o Polsce. Podziwiam nauczycieli z tych sobotnich szkół – często pracują za niewielkie pieniądze, też chcieliby mieć sobotę wolną, a jednak poświęcają ją na pracę z innymi.

Te szkoły zmieniły się na przestrzeni lat.
– Gdy ja chodziłam do szkoły, to uczyły się w niej głównie dzieci, które urodziły się już tutaj, w UK. Dzisiaj jest zupełnie inaczej – przychodzą dzieci, które płynnie mówią po polsku, bo ich rodzice dopiero niedawno tu przyjechali, a oni sami chodzili do przedszkoli czy szkół w Polsce. Moim chłopcom czasem trudno się tu odnaleźć, mimo że bardzo mi na tym zależy – w końcu dziś prawie na każdej ulicy można spotkać kogoś kto mówi po polsku. Na szczęście mój straszy syn trafił na nauczycielkę, która – mimo że ma inne dzieci pod opieką – zawsze znajduje dla niego czas. Niedawno było głośno o zniesieniu egzaminu A-level z języka polskiego – dla polskich dzieci byłaby to ogromna strata. W końcu to nie tylko papierek – daje przecież punkty przy przyjęciu na studia.

A co z polskimi tradycjami? Starasz się przekazywać je chłopcom?
– Zależy mi na tym, żeby wiedzieli, że to także część ich tradycji, żeby pamiętali o wigilii, święconce, pisankach. Wydaje mi się, że dziś łatwiej niż jeszcze 20 lat temu kultywować te polskie tradycje, kulturę, polskie smaki. Pomagają w tym nawet polskie sklepy. Pamiętam jeszcze czasy, gdy w Londynie był tylko jeden taki sklep – dziś jest ich całe mnóstwo i nawet nie mogę się ich doliczyć. To jest fantastyczne, że kupują tam też Anglicy. Pamiętam, że – jeszcze gdy byłam dzieckiem – polskie jedzenie było tylko od święta, gdy mama miała np. czas, żeby ulepić pierogi. Dziś prawie takie same dostanę w sklepie na rogu.

Ten wzrost – i rozrost – polskiej części Londynu zbiegł się poniekąd z twoją pracą w BBC World News. Wyobrażałaś sobie kiedyś, że będziesz prowadzić wiadomości, które ogląda 70 milionów osób?
– Nawet nie zauważyłam, jak ten czas szybko zleciał. To niesamowite, bo gdy zaczynałam, nie sięgałam myślami aż tak daleko w przyszłość. Już na początku czułam, że to moja wymarzona praca i że lepiej nie mogłam trafić, a tutaj ani się nie obejrzałam i minęło 14 lat. Teraz prowadzę program na kanale, który ogląda 76 milionów widzów i gdy zaczynam myśleć o takiej liczbie widzów, to czasem zaczynają drżeć mi ręce.



Ten strach cię nie paraliżuje?
– Nie da się ukryć, że BBC World News dociera do ogromnej liczby widzów i jesteśmy w tak wielu domach w każdym zakątku świata, ale podczas nagrania nie mogę tak o tym myśleć. Zawsze uczono nas, żeby traktować program jak rozmowę z ciocią – kimś bliskim, kogo lubimy, ale do kogo czujemy respekt. Dlatego nigdy nie myślę o milionach słuchaczy czy widzów, ale o tej jednej osobie, która mnie ogląda i której mam wytłumaczyć, co właśnie wydarzyło się na świecie.

Przez te 14 lat musiałaś pewnie spróbować i nauczyć się wszystkiego – od nagrywania materiałów i montażu, przez przygotowywanie krótkich rozmów, po prowadzenie programu na żywo. Da się coś przeskoczyć?
– Nie, bo każdy musi się tu wszystkiego nauczyć. Nie może być tak, że wyjdziesz na wizję i popełnisz jakąś gafę. Ja zaczynałam jako producentka w radiu, potem pisałam skrypty, czytałam wiadomości, dopiero potem przeszłam do telewizji. I tam robiłam to samo – skrypty, pisanie wiadomości itp. Dopiero na końcu tej drogi można pojawić się na wizji.

Jeszcze 20 lat temu myślałaś, że będziesz robić to, co teraz?
– W ogóle o tym nie myślałam. Gdy skończyłam pierwsze studia – politykę i francuski – nie wiedziałam co dalej. Zaczęłam pracę w piśmie komputerowym, później byłam rzecznikiem prasowym. W końcu trafiłam na malutkie ogłoszenie, że w jednej ze stacji telewizyjnych szukają polskojęzycznych osób do pracy w telewizji. Pomyślałam, że skoro pracowałam i w prasie, i w radiu, to dlaczego nie spróbować w telewizji.

To było już BBC World News?
– Nie, to było ogłoszenie od Wizji Sport. Tam pracowałam dwa lata jako producent, a na początku byłam tłumaczem między polskimi komentatorami a pracownikami technicznymi, którzy mówili po angielsku. To były dwa lata naprawdę świetnej zabawy. Było sporo pracy, ale wszyscy tworzyliśmy świetny zespół. Moja praca polegała na montowaniu materiałów, tłumaczeniu skryptów, jeżdżeniu na zawody itd. To był bardzo intensywny początek – i to tylko dzięki temu, że znałam język polski. Z czasem Wizja się rozpadła, wypłacono mi wtedy odszkodowanie, dzięki któremu mogłam iść na kurs dziennikarski. Kurs robiłam w ciągu tygodnia, a w weekendy pracowałam dla Sky Sport. W tym czasie zaczęłam też staże w radiu BBC, a po dwóch kolejnych latach przeszłam do telewizji.

Pamiętasz swoje pierwsze wejście na żywo?
– Pamiętam, że moje pierwsze słowa w BBC World News dotyczyły trzęsienia ziemi w Peru. Przeważnie jest tak, że skrypt czytamy ze specjalnego urządzenia – chyba że wydarzy się coś niespodziewanego i musimy działać offscript, reagować na bieżąco. Tak właśnie było przy moim pierwszym wejściu – trzęsienie wciąż trwało, kiedy my je relacjonowaliśmy. Nie mieliśmy odpowiedniego skryptu, mało co wtedy wiedzieliśmy, nie było żadnych zdjęć, a trzeba było działać. To są najbardziej stresujące momenty, ale też najbardziej satysfakcjonujące.

Pracowałaś też wtedy, gdy rozbił się samolot z parą prezydencką. To pewnie było trudne doświadczenie?
– Miałam dyżur nocny, ale poprosiłam o to, by móc zostać w redakcji kiedy dowiedzieliśmy się o katastrofie. Zaczęły spływać wiadomości, non stop ktoś do mnie dzwonił, przychodziły sms-y. Poszłam wtedy do kościoła pw. św. Andrzeja Boboli – zginął wtedy ksiądz proboszcz z tej parafii. Ten materiał spod kościoła, który realizowaliśmy na żywo, był niezwykle emocjonalny. W ciągu tygodnia po katastrofie Polacy zorganizowali też czuwanie na Trafalgar Square i to, że przyszły tysiące osób – nie tylko Polaków – było niezwykłe. Przemawiali politycy, relacjonowaliśmy pogrzeb pary prezydenckiej. Trudno mi porównać do czegoś te emocje. Podczas jednego z programów musiałam też poinformować, że zmarł Nelson Mandela. To są naprawdę trudne momenty, ale wtedy trzeba stłumić w sobie emocje i zawsze być profesjonalistą. Prawie jak na auto-pilocie. Choć teraz, gdy sobie o tym przypomnę, to trzęsą mi się ręce.

Takie sytuacje pokazują, że ten zawód wymaga pracy na cały etat. Twoi synowie nie mają nic przeciwko, że mama musi być cały czas w gotowości?
– Zawsze byłam ogromną idealistką, myślałam, że jeśli kobieta chce, to może wszystko osiągnąć. Że jeśli chce pracować – może pracować, jeśli chce mieć dzieci – może mieć dzieci. Ale teraz, odkąd mam własne, to czuję, że kobiety muszą dać z siebie o wiele więcej niż mężczyźni, muszą o wiele więcej się poświęcić. Matki, nawet po 12-godzinnej zmianie muszą jeszcze zrobić wszystko dookoła domu. Teraz pracuję na pół etatu, ale wiadomo, że w tej pracy nie ma przerw – dziennikarz nigdy się nie wyłączy. Nawet moje dzieci widzą, kiedy podczas rozmów w domu nagle przychodzi mi do głowy myśl związana z pracą – wtedy odpływam myślami. Na szczęście zdążyły się już do tego przyzwyczaić.

Zapraszamy na stronę internetową Kasi – www.kasiamadera.com oraz na Twittera: @KasiaMadera

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę