Menu


Maciej Pysz śladami Ernesta Hemingwaya

Maciej Pysz śladami Ernesta Hemingwaya

Wydaje płyty, koncertuje w różnych krajach, współpracuje ze znanymi muzykami. A jednocześnie podąża śladami Ernesta Hemingwaya. Z Maciejem Pyszem, jednym z najciekawszych polskich gitarzystów, rozmawia Dariusz Dzikowski.

Płyta „Insight”, na której grasz z rosyjskim kontrabasistą Yurim Goloubevem i izraelskim perkusistą Asafem Sirkisem, została bardzo dobrze przyjęta przez muzycznych krytyków.
– Pojawiło się szereg pochlebnych recenzji w prasie branżowej i na portalach internetowych. Chwalił ją również Marek Niedźwiecki na swoim blogu, jednocześnie puszczając niektóre utwory w „Markomanii”. To wszystko sprawiło, że zarówno ten krążek, jak i moje nazwisko, znalazły się w Wikipedii.

Trasa promocyjna była planowana na jesień ubiegłego roku.
– Ale ostatecznie przesunęła się na tegoroczną wiosnę. W międzyczasie graliśmy m.in. na London Jazz Festival, Ealing Jazz Festival oraz na festiwalu w Monako, natomiast właściwe tournee zaczęliśmy w kwietniu – w słynnym londyńskim klubie Pizza Express na Soho, gdzie gościem specjalnym był znakomity saksofonista Tim Garland. Potem były kolejne występy, m.in. w Manchesterze, Peterborough, Brighton, Luton i Cardiff. Łącznie 15 koncertów, w ciągu niespełna półtora miesiąca.

Frekwencja dopisała?
– Praktycznie na wszystkich imprezach był komplet. Poza jedną, w Luton, gdzie zjawiło się kilka osób. Niestety, zupełnie zawiodła promocja, jednak nie ma tego złego… Szef mojej wytwórni płytowej „33 Jazz Records” tak się zdenerwował tym faktem, że zorganizował nam występ w nowopowstałym w Luton klubie jazzowym. Zagraliśmy w nim kilka tygodni temu i tym razem pomieszczenie wypełniło się po brzegi.

To nie jedyny projekt, w który jesteś zaangażowany.
– Taka jest natura jazzu, w tej muzyce udział w różnych przedsięwzięciach i współpraca z różnymi artystami to normalna sprawa. Latem uczestniczyłem w 2-tygodniowej trasie na południu Francji, podczas której występowałem z perkusistą Romanem Dravetem. Graliśmy tam moje kompozycje oraz standardy jazzowe Chicka Corei, Stanleya Clarke’a i Edith Piaf. Podczas jednego z koncertów towarzyszył nam jeden z najlepszych francuskich skrzypków Francois Arnaud.

Natomiast w wolnych chwilach, podczas przerw, nagrywałem kolejną płytę. To duet gitarowy z Gianlucą Coroną, młodym muzykiem z Sardynii, znanym ze współpracy z Andreą Parodi, Alem Di Meolą i wokalistką Noah. Na krążku jest osiem kompozycji, projekt nazywa się „Acustica”. Planujemy, że ukaże się latem przyszłego roku.

To podobne muzycznie klimaty jak na „Insight”?
– Będzie trochę więcej improwizacji. Mimo że nagrania robiliśmy w studiu ma się wrażenie, że to muzyka bardziej na żywo.
Natomiast jednocześnie z Yurim Goloubevem i Asafem Sirkisem pracujemy nad nowym krążkiem, będącym kontynuacją „Insight”. Znajdzie się na nim 10 utworów, wszystkie mojego autorstwa.

Twoja muzyka jest dość specyficzna.
– Nie szufladkuję jej. Dla jednych to jazz, dla innych world music z elementami folku. Generalnie komponuję i gram to, co czuję, co wypływa z mojej duszy.

Jesteś samoukiem.
– Gitara fascynowała mnie od dziecka, z wypiekami na twarzy podpatrywałem starszego kuzyna, który świetnie sobie radził z tym instrumentem. W moim rodzinnym Rybniku, jako 11-latek, zacząłem uczęszczać na prywatne lekcje gry na gitarze, które trwały dwa lata. A później już szlifowałem swój muzyczny warsztat sam – grając w zespołach, podpatrując mistrzów. Jak powiedział kiedyś Pat Metheny: „Jeśli chcesz się rozwijać, to powinieneś być najgorszym muzykiem w zespole”.

Fachowe wykształcenie nie jest potrzebne?
– Na pewno się przydaje. Ja mieszkając w Londynie chciałem studiować w Guildhall School, ale nauka tam jest kosztowna. Kiedy już zebrałem potrzebne fundusze koledzy po fachu poradzili mi, że korzystniej będzie jeśli – biorąc pod uwagę prezentowany przeze mnie poziom – te pieniądze zainwestuję w rozwój swojej muzycznej kariery. Tak też zrobiłem.

I nie narzekasz.
– Mam 32 lata, od ośmiu utrzymuję się z grania, realizuję swoją muzyczną pasję. Tylko na początku po przyjeździe do Londynu dorabiałem wykonując dodatkowe zajęcia. Ale to było na pół gwizdka, zawsze priorytetem było granie.

Teraz jesteś mocno zapracowanym człowiekiem.
– Przynajmniej robię to, co lubię, a najważniejsze, że efekty są widoczne. Moja dziewczyna Sanja Milenković jest Serbką, malarką, obecnie mieszka w Mediolanie. Razem dużo podróżujemy, przy okazji realizując swoje zawodowe projekty. A poznaliśmy się dwa lata temu podczas mojego koncertu w Nicei.

Często występujesz poza Anglią?
– Ostatnio coraz częściej, głównie we Włoszech i Francji, gdzie również trochę pomieszkuję. Tam jest spokojniejsze życie, a możliwości rozwoju są równie duże jak na Wyspach. A poza tym częściej świeci słońce i jest zdrowsze jedzenie.

Podążasz też śladami Ernesta Hemingwaya.
– Byłem w kilku miejscach w Paryżu, w których przebywał. Byłem też w miejscowości Stresa, gdzie mieszkał w hotelu, w Mediolanie oraz w Antibes na południu Francji, gdzie spotkał się ze Scottem Fitzgeraldem. Hemingway dużo podróżował, mimo że nie był bogatym człowiekiem. Jednak przelicznik dolara w jego czasach był taki, że mógł sobie na to pozwolić, a dodatkowo w Europie zarabiał pisząc artykuły do gazet.

To młodzieńcza fascynacja?
– Inspiruje mnie ten człowiek. Z jego książek przebija szczerość i autentyzm, ma się wrażenie, że samemu uczestniczy się w opisywanych wydarzeniach. A „Komu bije dzwon” to prawdziwy literacki majstersztyk.

Przyjaźnisz się ze słynnym gitarzystą Alem Di Meolą.
– Przyjaźnię to może za dużo powiedziane, ale rzeczywiście znamy się od wielu lat. Z Alem zawsze jest wesoło, to bardzo sympatyczny facet. Pamiętam jak kiedyś po koncercie uciekaliśmy taksówką przed jedną z jego fanek. Mimo wysiłków taksówkarza do końca nie dawała za wygraną, jadąc za nami przez pół Londynu…

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę