Menu



Kevin Aiston zaraża miłością do angielskiej kuchni

  • Napisane przez  Goniec Polski
Kevin Aiston zaraża miłością do angielskiej kuchni Agencja BE&W

Serca Polaków zdobył w programie „Europa da się lubić”. Szybko stał się naszym ulubionym Anglikiem, który zaraża uśmiechem i dobrym humorem. Teraz zaraża także swoją miłością do kuchni – właśnie wydał książkę „Kevin sam w kuchni”. W rozmowie z Martą Łaczkowską Kevin Aiston przekonuje, że kuchnia angielska to nie tylko fish & chips.

Jak to się stało, że trafiłeś do Polski?
– Miałem 23 lata i pracowałem w zakładzie chemicznym w londyńskiej dzielnicy Chiswick, gdzie produkowano medale dla Wojska Polskiego. To była moja pierwsza styczność z Polską. Poznałem tam przesympatycznego Polaka Kazimierza, który opowiedział mi sporo o Polsce. O polskiej historii, noblistach, o polskich królach, o królowej Jadwidze, o książkach, autorach.

Tak dużo opowiadał, że zapragnąłeś zobaczyć to wszystko na własne oczy?
– Tak. Uważałem, że Kazimierz jest ciekawym facetem i chciałem zobaczyć czy w Polsce jest takich więcej. Dzień lub dwa później przyszedł do pracy, dał mi pęk kluczy do swojego mieszkania w Pruszkowie i powiedział: „Moje mieszkanie to twoje mieszkanie, moja lodówka to twoja lodówka”. Nie powiedział mi tylko, że lodówka była pusta. Po kilku dniach wróciłem do Londynu, jednak brakowało mi tej otwartości, luzu, tej waszej pięknej mentalności. Po trzech miesiącach postanowiłem sprawdzić co Polska ma mi do zaoferowania. Sprzedałem wszystko co miałem, wyczyściłem konto bankowe, zrezygnowałem z pracy i zamówiłem bilet lotniczy do Polski.

Postawiłeś wszystko na jedną kartę.
– Dokładnie. Pamiętam, że do Polski przyleciałem w październiku 1992 roku. I tak jestem tutaj do dziś, już 22 lata. Znam wasz język, czytam i   piszę po polsku, czego dowodem jest książka kucharska, którą całą napisałem sam. Co prawda trafiła do korekty, ale jak później mi  powiedziano, nie zrobiłem ani jednego ortograficznego błędu. Jestem dumny z tego, że napisałem te 200 stron po polsku, nie robiąc żadnego   błędu.

Brak błędów ortograficznych to jednak nie jedyny twój sukces. Książkę chwalą najwięksi kulinarni znawcy.
– Kiedy wysłałem ją do kilku krytyków i otrzymałem takie pozytywne opinie, byłem bardzo zdziwiony. Robert Makłowicz, Jean Bos, którego uznano za jednego z najlepszych kucharzy na świecie, czy znany dziennikarz kulinarny Paweł Loroch, nawet Adam Gessler, którego uważam za wielki autorytet restauracyjny i kulinarny. Wszyscy pochwalili moją książkę.

A dlaczego akurat książka o gotowaniu?
– W Anglii skończyłem zaocznie szkołę Hammersmith and West London College, dzięki czemu jestem dyplomowanym zastępcą szefa kuchni. Kiedy przyjechałem do Polski nie mogłem się w tym zawodowo rozwijać, bo nie znałem wystarczająco dobrze języka polskiego. Nie wiedziałem co to jest fasola, kapusta czy kiełbasa. Wtedy nie poradziłbym sobie w polskiej kuchni. Teraz gotuję pokazowo w całym kraju podczas różnych lokalnych festynów. Święto ziemniaka, buraka, pierogów, kapusty. W Anglii tego nie mamy.

Polacy lubią jeść, więc każde święto jest okazją do spotkania przy stole.
– I to jeszcze jak! Ale dzięki temu ja mogę prezentować swoje zdolności kulinarne. Przy okazji staram się niedowiarkom udowadniać, że umiem gotować, a angielska kuchnia to nie tylko fish & chips. Niestety mi nie wierzyli.

To wtedy stwierdziłeś, że musisz uświadomić Polaków w temacie angielskiej kuchni?
– Wkurzyłem się, więc pewnego dnia usiadłem i chciałem napisać post na Facebooku, że mamy oprócz fish & chips także inne świetne potrawy. Później jednak stwierdziłem, że rozszerzę to do dłuższej notki, ale tak dobrze mi szło pisanie, że skończyło się na książce. Ogłosiłem mój zamiar na Facebooku i nawiązałem kontakt z wydawnictwem PWN. Przeczytali fragment i zaproponowali, że wydadzą całość. Po półtora roku tak się stało. Jest w przedsprzedaży. Oficjalnie książka pojawi się w księgarniach już 2 grudnia.

Niesamowita droga powstania książki...
– Nadal nie mogę w to uwierzyć. To co zaczęło się od krótkiego postu na Facebooku, skończyło się książką wydaną przez PWN. W życiu bym nie pomyślał, że to się tak skończy. Jak się chce, to można wszystko. Jestem bardzo dumny z tego co zrobiłem.

Masz z czego. Mówisz po polsku, piszesz po polsku. Jesteś żywym dowodem na to, że jak się czegoś chce to można to osiągnąć nawet w obcym kraju.
– Wychodzę z założenia, że jak się coś robi, to nie wystarczy robić tego dobrze – trzeba robić to bardzo dobrze. Tak było z językiem polskim i tak jest z książką. Dobrze może robić każdy. „Dobrze, może być” – ja tego nie uznaje. W moim słowniku nie ma takiego sformułowania. Jeśli chcesz iść dalej, rozwijać się, musisz robić wszystko jak najlepiej umiesz, nie „żeby po prostu było”.

Być może to jest właśnie recepta na sukces. Cały czas się rozwijasz. Dodatkowo podróżujesz po Europie i prezentujesz polską kuchnię.
– Staram się pojawiać wszędzie tam gdzie są Polacy i prezentować swoje zdolności kulinarne. Byłem w Holandii, Norwegii, Anglii, we Francji, Niemczech, Szwajcarii. Wszędzie pod szyldem Polski. Pobiłem rekord Guinessa w zrobieniu największego ruskiego pieroga, ważył 94 kg. Dokonałem tego 3 lata temu. Polską kuchnię promuję już od jakiegoś czasu.

Gdy jedziesz do Anglii, do rodziny, przyjaciół opowiadasz o Polsce i o naszej kuchni? Gotujesz coś dla nich?
– Tak jak Polakom staram się udowodnić, że Anglicy mają nie tylko fish & chips, tak Anglikom pokazuję polskie przysmaki. Kotlety schabowe, ziemniaki z koperkiem, robię też mizerię. Kiedy pierwszy raz im ją pokazałem, byli nie do końca przekonani, ale ostatecznie pozytywnie zaskoczeni. Teraz moja rodzina w Anglii przygotowuje mizerię niemalże co niedzielę.

Twoja ulubiona potrawa angielska i polska?
– Jeśli chodzi o angielską to uwielbiam Shepherd’s pie, czyli zapiekankę pasterską. Z polskich przysmaków – kotleta schabowego.

Nie tylko pod względem jedzenia tak sporo masz wspólnego z Polakami. Urodziłeś się w londyńskiej dzielnicy Chelsea, twoje dwie córki mają tak na imię i kibicujesz drużynie Chelsea. Chyba nie powiesz mi, że nie jesteś kibicem piłki nożnej?
– Nie do końca piłki nożnej. W Wielkiej Brytanii jest tak, że miejsce urodzenia zobowiązuje do tego komu kibicujemy. Wspieramy cały klub, a nie tylko jednego piłkarza, jak to robią Polacy. Zauważyłem, że wy przywiązujecie się do danego sportowca i niezależnie od tego, w jakim klubie gra, tam go wspieracie. Oczywiście jeśli do tego osiąga sukcesy, bo jeśli nie – przestajecie go lubić. A to właśnie wtedy kiedy sportowiec przegrywa, potrzebne jest mu wsparcie.

Mówiłeś, że pierwszym twoim zetknięciem z Polską był moment kiedy poznałeś Kazimierza. Ale 40 lat temu byłeś na stadionie Wembley podczas meczu Polska-Anglia. Może to był pierwszy znak, że na Polskę jesteś „skazany”?
– Gdy miałem 4 lata, ojciec zabrał mnie na mecz. Po raz pierwszy usłyszałem o Polsce, ale nie miałem z nią większej styczności. Pamiętam, że ojciec był bardzo na was wściekły. Trzaskał drzwiami i rzucał pod adresem polskiej reprezentacji nieciekawe określenia. A teraz żyję w kraju, który mojego ojca tak wtedy zdenerwował. To widocznie było przeznaczenie.

Powrót na górę