Menu


Dla zapomnianych bohaterów

Dla zapomnianych bohaterów

Kombatantów Armii Krajowej cały czas ubywa, jednak ci, którzy jeszcze żyją, nie mają w Polsce łatwo. Wielu z nich znajduje się w fatalnej sytuacji materialnej, dlatego każda pomoc ma duże znaczenie – mówi dr Andrzej Sławiński, prezes Funduszu Inwalidów Armii Krajowej w Londynie, w rozmowie z Dariuszem Dzikowskim.

Kwesta Marcowa wpisała się już w polonijny krajobraz.
– Jak co roku, przez cały marzec, wolontariusze – członkowie kół Armii Krajowej oraz sympatycy naszej organizacji, wśród których są m.in. młodzi ludzie z organizacji Poland Street, zbierają pieniądze na rzecz byłych żołnierzy AK mieszkających w Polsce oraz wdów po nich. Zbiórka, którą nazywamy „Kwestą” bądź „Apelem Marcowym”, odbywa się w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie, a także w polskich kościołach w Anglii i Walii. Datki można wpłacać również bezpośrednio na nasze konto.

W ostatnim okresie wpływy są mniejsze niż kiedyś.
– W ubiegłym roku zebraliśmy 11,4 tys., a rok wcześniej 9 tys. funtów. Niestety, od kilku lat widoczna jest tendencja zniżkowa, co wiąże się z faktem, że organizacje społeczne i kombatanckie, które wcześniej nas hojnie wspierały, zakończyły bądź kończą swoją działalność. W dawnych czasach przychody z kwesty oscylowały w granicach 20 tys. funtów, teraz to średnio o połowę mniej.

W tej sytuacji nie bylibyśmy w stanie wspomóc naszych podopiecznych na dotychczasowym poziomie, gdyby nie spadek po śp. Danucie Dobrowolskiej, która przekazała na ten cel w testamencie 17 tys. funtów. Dzięki temu w grudniu ubiegłego roku, przed świętami Bożego Narodzenia, wysłaliśmy do kraju zapomogi na łączną sumę 21,5 tys. funtów. Pieniądze trafiły do 170 osób, każda otrzymała po 125 funtów, tzn. równowartość tej kwoty w polskiej walucie.

Jak do nich docieracie?
– Wykaz ludzi najbardziej potrzebujących pomocy przesyłają nam organizacje AK działające w kraju. Ale są i tacy, którzy zgłaszają się sami. O tym, komu zostanie przyznana zapomoga, decyduje świadectwo renty bądź emerytury oraz zaświadczenie lekarskie. Sytuacja materialna tych ludzi jest fatalna – żyją na skraju ubóstwa, w zapomnieniu. Nie mają pieniędzy na leki, leczenie, podstawowe opłaty.

Pomoc brytyjskiej Polonii dla rodaków w kraju ma długą tradycję.
– Fundusz założyli w 1947 roku generał Tadeusz Bór-Komorowski razem z żoną Ireną, która została pierwszą przewodniczącą zarządu. Po niej tę funkcję sprawowali pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki, Helena Martynowa, a od niemal trzydziestu lat zajmuję się tym ja. Do 1984 roku pomoc była wysyłana w formie paczek z odzieżą i żywnością, jednak od tego czasu, na prośbę samych zainteresowanych, trafiają do nich zapomogi finansowe. W czasie, kiedy jestem przewodniczącym Funduszu, przekazaliśmy do Polski 445 tys. funtów.

Duże podziękowania należą się współpracującemu z nami od ponad 20 lat księdzu doktorowi Mateuszowi Matuszewskiemu, do którego wysyłamy pieniądze, a on, po wymianie funtów na złotówki, przesyła konkretne kwoty bezpośrednio do zainteresowanych. Za swoją wolontaryjną pracę został uhonorowany medalem Pro Patriae.

Na jakie wpływy liczycie w tym roku?
– Mam nadzieję, że uzbieramy sumę, dzięki której znowu będziemy w stanie wspomóc naszych podopiecznych. Obawiam się jednak, że może to być już ostatnia akcja. Z jednej strony kwesta przynosi coraz mniejsze dochody, a z drugiej fizycznie nie ma kto się tym zajmować. Moje zdrowie się pogarsza, skupiam się już tylko na prowadzeniu księgowości i załatwianiu wszystkiego przy biurku.

Nie jestem nawet w stanie brać aktywnego udziału w samej zbiórce, jak to dawniej bywało. Niestety, ludzie się wykruszają, w zarządzie Funduszu zostały zaledwie dwie osoby, a jeszcze rok temu było nas dwukrotnie więcej.

Pan z wykształcenia jest chemikiem.
– Po wojnie, kiedy osiedliłem się w Anglii, ukończyłem ten kierunek na University of London, gdzie zrobiłem również doktorat. Przez lata byłem nauczycielem akademickim, wykładałem chemię na kilku wyższych uczelniach. Będąc już na emeryturze, mając więcej wolnego czasu, mogłem poświęcić się pracy społecznej w polonijnym środowisku. Najpierw działałem w zarządzie Londyńskiego Koła Byłych Żołnierzy Armii Krajowej, a później zostałem przewodniczącym Funduszu. Dziś mam 86 lat i czasami myślami wracam do dawnych dni, kiedy jako 15-letni harcerz walczyłem w Powstaniu Warszawskim.

Obecnie polscy emigranci kultywują patriotyczne wartości?
– Wydaje mi się, że w ostatnich latach jest z tym coraz lepiej. Mam wrażenie, że z roku na rok więcej ludzi interesuje się historią, bierze udział w spotkaniach i uroczystościach, odkrywa swoje korzenie. Prężnie działają takie organizacje jak Poland Street czy Patriae Fidelis odwołujące się do patriotyzmu.

To pocieszające, trzeba jednak pamiętać, że działalność społeczna wymaga czasu i ustabilizowanej pozycji. A, niestety, dużo osób ledwo wiąże koniec z końcem, skupiając się przede wszystkim na zapewnieniu bytu sobie i swojej rodzinie. Proza życia na emigracji nie jest łatwa...

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę