Menu



Paul Skawinski: Moc własnych życzeń

  • Napisane przez  Goniec.com
Paul Skawinski: Moc własnych życzeń

W polskich realiach nie mógł się odnaleźć, dopiero na Wyspach zaczął podążać swoją drogą. I chociaż nie była ona usłana różami, dziś Paul Skawinski, muzyk i artysta wizualny, może się pochwalić ciekawymi osiągnięciami.

 

16 lat. Tyle czasu mieszka w Wielkiej Brytanii. W tym okresie przewinął się przez ponad 40 profesji, zaliczył 57 przeprowadzek, mieszkał w 5 miastach. Do czasu, kiedy w 2014 roku zakotwiczył w Bristolu – póki co, na stałe. Nieprzypadkowo właśnie tam. To miejsce tętniące muzyką, czemu trudno się dziwić, skoro znaczną część mieszkańców stanowią przybysze z Jamajki. Dub and reggae, garage, house, techno, folk… Jest w czym wybierać, artystyczny klimat unosi się w powietrzu.

Po pas w wodzie

Ma na koncie około 150 koncertów, w różnych krajach – Wielkiej Brytanii, Polsce, Niemczech, Hiszpanii, Austrii, Chorwacji, Czechach. Festiwale filmowe, gale światła i iluminacji, kluby, otwarcia nowych placówek. – Publiczne występy to dla mnie rodzaj duchowego przeżycia, podczas których razem z publicznością odbieramy na tych samych falach, bawiąc się przy muzyce i światłach. Zamykam się wtedy w przestrzeni, odlatując w głąb własnej wyobraźni – mówi Paul, który współpracował z takimi artystami jak Cornelia, Portico Quartet, Stone Roses czy Standard Planets. Z kolei w zespole Noxshi grał z Yoriyosem, synem słynnego Cata Stevensa. Ze względu na punkowe korzenie obaj czuli ten sam pociąg do kontrolowanego „brudu” w muzyce i sztuce – Yoriyos chciał się oderwać od swojego uprzywilejowanego świata, a dla młodego Polaka było to cenne rock’n’rollowe doświadczenie. Nosili maski na twarzach, ekstrawaganckie stroje, a Skawinski, wcielający się w rolę szalonego naukowca, dodatkowo operował chemicznym projektorem.

Podczas koncertu w Apollo Hammersmith Paul poznał producenta muzycznego Youth, współpracującego między innymi z The Verve, Pink Floyd czy Stingiem, który zaprosił go na Space Mountain Festival, odbywający się w jego prywatnej rezydencji w Sierra Nevada w Hiszpanii. Upał, góry, pustkowia, luźna atmosfera. Prawdziwy reset ciała i ducha. Polak miał tam okazję spełnić swoje marzenie, grając z grupą The Saafi Brothers, której namiętnie słuchał jako nastolatek. To było niezapomniane przeżycie, podobnie jak projekcje, które wykonywał na skałach w Wookey Hole Caves. Zero zewnętrznego światła, ponad 15 metrów szerokości. Zaraz po pokazie w jaskiniach zapętlał dźwięki z mikrofonu, który krążył wśród publiczności przy akompaniamencie zespołu The Egg. Było odlotowo, ale niewiele brakowało, żeby w ogóle się tam nie pojawił. Powód? Na 20 minut przed rozpoczęciem wieczornego show musiał udać się za potrzebą. Wybiegł na zewnątrz, stanął przy pobliskiej rzece i podczas nerwowych manewrów poślizgnął się na mokrej ziemi, lądując po pas w wodzie. – W jednej chwili wszystko stanęło na głowie, pamiętam tylko ciemność i mnóstwo pary bijącej z mojego ciała. Kiedy wracałem do vana, żeby zdjąć przemoczone ciuchy, zobaczyłem chłopaków z The Egg zmierzających na koncert. Jakimś cudem zebrali szczątki swoich ubrań, butów, skarpetki i złożyli mnie w całość. Chwilę potem byliśmy już w jaskiniach. Ja zawinięty w śpiwór, z latarką na głowie, wszedłem za konsolę i zacząłem samplować.

Witając słońce

Był rok 2004, to wtedy zostawił dotychczasowe życie w Polsce wyjeżdżając na Wyspy. Zatrzymał się u kolegi w walijskim Newport, gdzie imał się wielu zajęć, pracując między innymi jako listonosz, kelner, budowlaniec, housekeeper. W domu huczało od imprez, rozrywkowego towarzystwa nie brakowało. Tak minął rok, po którym zdał sobie sprawę, że życie ucieka mu przez palce. Przeprowadził się do Portishead, a następnie Weston Super Mare, gdzie zapisał się do muzycznego college’u. Rano jeździł na swoim skuterze do szkoły, a wieczorem do pracy w barze. Było intensywnie, ale tego właśnie potrzebował, kończąc szkołę z wyróżnieniem. Naukę kontynuował na londyńskim Univeristy of Westminster, studiując na kierunku commercial music. Tam było już inaczej. Uczył się muzyki na poważniej, pojawiły się tematy z socjologii, psychologii, marketingu. Spędzał też wiele godzin ze słownikami. Nie obyło się bez problemów, kiedy na pierwszym roku razem ze swoim wykładowcą Glenem Nightingale’m wdał się w bójkę z ochroniarzem w UniClub. – Z Glenem, który nagrał album z Jamesem Brownem i był moim mistrzem funku na gitarze, regularnie chodziłem na jedno piwko.

To prawdziwy rock’n’rollowiec, także w duszy, a że ja również nie dam sobie w kaszę dmuchać, więc zaiskrzyło. Po tamtej awanturze on został zawieszony na uczelni, a ja otrzymałem ostrzeżenie – wspomina Skawinski, który podczas dalszych studiów rozwijał w sobie nie tylko pasję do muzyki, ale też wizualizacji, konstruując projektor Nano1.2 przeznaczony do robienia pokazów na żywo. Używa go zresztą do dziś. Urządzenie ma moc 100.000 lumenów i silny system chłodzący, gdyż generuje temperaturę sięgającą 570 stopni Celsjusza. W szklanym naczyniu umieszczonym w górnej części projektora zachodzi prawdziwa magia, to tam mieszane są związki chemiczne, które powodują nieprzewidziane reakcje, a abstrakcyjne wzory oddziałują na wyobraźnię widzów. Dzięki soczewkom powiększającym i lustrzanemu odbiciu można je wyświetlać na powierzchni do 30 metrów średnicy. Całą „planetę” w ruch lewo- lub prawostronny wprowadza specjalny silnik. W ostatnich latach Paul prezentował swoją sztukę w wielu miejscach, wyświetlając projekcje w teatrach, halach, na festiwalach filmowych, pokazach mody. Ale także na budynku Urzędu Miasta w Jeleniej Górze, podczas otwarcia Francis Crick Institute, Międzynarodowych Targach EXPO w Londynie oraz witając słońce w Stonehenge. W tym ostatnim przypadku o piątej rano.

Nowe życie zużytych przedmiotów

Uwielbia jeździć na rolkach. To pobudza adrenalinę, powodując konieczność podejmowania szybkich decyzji. Inna sprawa to gotowanie, kolorowo, z głębokim smakiem. – Słyszałem wiele komplementów pod adresem innowacyjnych potraw, jakie przygotowuję, takich jak spaghetti z sosem czosnkowym, miętą czy serem – śmieje się Skawinski, przyznając, że interesuje się też recyclingiem. Dawanie zużytym przedmiotom nowego życia sprawia wiele satysfakcji. Szkoda tylko, że na pozamuzyczne hobby nie ma zbyt wiele czasu, koncerty i kolejne artystyczne wyzwania są bowiem priorytetem. Obecnie rozwija dwa projekty – NanoPunk i Anima Grooves. Ten pierwszy to zabawa muzyką i instrumentami, w klimacie progressive techno. Jest tam kosmos, dźwięki wspomnień z dzieciństwa oraz refleksje i myśli na przyszłość. Polak remiksuje na żywo, dorabia beaty, linie basowe, wokale, komponuje. Z kolei Anima Grooves to analogowy dance & pop z melodyjnymi, rockowymi wokalami. Niedawno wydał album „The Universe is my sugar daddy”, który jest dostępny we wszystkich sklepach online.

Głową w słup

Pochodzi z Jeleniej Góry. Tato Jacek z wykształcenia jest architektem, a mama Bożena amatorsko szkicuje i maluje pejzaże. Paul był żywym dzieckiem, rodzice nazywali go „Zatopek”, bo ciągle, niczym czechosłowacki mistrz długich dystansów, biegał. Jako 6-latek trafił do szkoły tańca, gdzie szkolił się w 12 różnych stylach, między innymi cha-chy, sambie, walcu wiedeńskim, tangu, fokstrocie. Zajęcia odbywały się dwa, trzy razy w tygodniu, plus lekcje prywatne. Łącznie osiem lat, wypełnione obozami szkoleniowymi, udziałem w turniejach, bólem stawów i sukcesami. Największym z nich było mistrzostwo województwa dolnośląskiego we wszystkich stylach, które zdobył w 1994 roku. Przebieranie się i zapach sprayu we włosach pamięta do dziś. To było jego pierwsze doświadczenie z muzyką i rytmem, ciekawy okres, który dobiegł końca w momencie, kiedy zakochał się w punk and grunge – dzięki starszemu o cztery lata bratu Marcinowi. Po roku grania na gitarze dołączył do okolicznych zespołów, gdzie szlifował swoją nową pasję, ucząc się technik oraz stylów muzycznych. Sporo czasu spędzał w pociągach, jeżdżąc od miasteczka do miasteczka, żeby spotykać się z ludźmi czującymi podobnie jak on. Za to w szkole nie szło mu najlepiej, z trzech z nich został wyrzucony. Jak wspomina, konserwatywni pedagodzy tłamsili go za wybory i poglądy oraz nieuleganie panującej poprawności. Czarę goryczy przelał fakt, że kiedy jako 17-latek próbował dostać się do szkoły muzycznej usłyszał, iż jest już za stary. W efekcie trafił do prywatnego, policealnego Studium Filmowego we Wrocławiu. Poznał tam sporo ciekawych osób, nie było źle, ale czuł, że przygotowania do zdjęć zabierają zbyt dużo czasu, a on chciał natychmiastowych efektów.  Po roku przerwał naukę i wyjechał na Wyspy Brytyjskie w poszukiwaniu nowej drogi. Mieszka tu już 16 lat i chociaż bywało różnie, dziś, z perspektywy czasu, nie żałuje tamtego wyboru. – Zajęło mi dwa razy dłużej niż planowałem osiągnięcie etapu, w którym jestem obecnie. Ale jeśli kocha się to, co się robi, ma się do tego cierpliwość i pracuje nad sobą to efekty w końcu przyjdą – mówi Paul, wspominając historię, kiedy pewnego wieczoru wracał do domu z pubu. Po drodze śpiewał refren piosenki „Itch” zespołu Nothing but Thieves, a kiedy po raz trzeci powtarzał słowa „I want to feel something real” uderzył głową w słup, nabijając sobie solidnego guza. No i jak tu nie wierzyć w moc własnych życzeń.

 

Powrót na górę