Menu



Transmisje on-line nie wystarczą

  • Napisane przez  Ks. Bartosz Rajewski
Ks. Bartosz Rajewski Ks. Bartosz Rajewski

Krystyna Janda w jednym ze świątecznych wywiadów powiedziała, że w czasie pandemii „nie można liczyć na nikogo”. Myślę, że to jest czas Kościoła. Dzisiaj to właśnie parafie powinny pokazać, że można na nie liczyć. 

Nie tylko transmisje on-line, do których swoją działalność ogranicza większość wspólnot parafialnych i duszpasterzy, ale również konkretne działania pomocowe – misja miłosierdzia. Papieski jałmużnik kard. Konrad Krajewski, napisał do mnie krótką wiadomość: „To jest nasz czas!”, a w jednym z wywiadów zwrócił się do księży i biskupów z apelem: „Wyjdźcie na ulice do bezdomnych, otwórzcie im swoje domy!”. 

Przykładów zaangażowania duchownych w Polsce w konkretną pomoc ludziom dotkniętym epidemią jest bardzo wiele. Rektor legnickiego seminarium opiekuje się zarażonymi koronawirusem w jeleniogórskim Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym. To samo robi tarnowski ksiądz wraz z siostrami dominikankami w Domu Pomocy Społecznej w Bochni. Z dnia na dzień powiększa się liczba zakonnych wolontariuszy, którzy są gotowi w każdej chwili zgłosić się do konkretnych miejsc potrzebujących bezpośredniej pomocy w związku z trwającą epidemią. Znaczącej pomocy osobom chorym lub zagrożonym Covid-19 udzielają Kapucyni z krakowskiej prowincji. Oprócz tego, że 18 spośród nich angażuje się na co dzień w Dzieło Pomocy Św. Ojca Pio w Krakowie, służąc bezdomnym, trzech pomaga dodatkowo w DPS-ie w Stalowej Woli, dwóch w Szpitalu Jednoimiennym w Wolicy, dwóch w szpitalu w Kielcach, a kapelan szpitala w Bytomiu pomaga zakażonym wirusem także jako wolontariusz. Oni zrozumieli, że celibat jest po to, by oddawać życie, a nie po to, by wygodnie żyć. Lepszej okazji na oddanie życia może nie być.

My w naszej małej londyńskiej parafii staramy się żyć Eucharystią w praktyce. Niesiemy pomoc siostrom i braciom w potrzebie. Nie stawiamy się w pozycji najbardziej poszkodowanych. Niektórzy z nas wraz z siostrami miłosierdzia Matki Teresy z Kalkuty gotują codziennie obiady dla ponad 100 osób w kryzysie bezdomności. Inni przygotowują śniadania. Jeszcze inni robią zakupy dla potrzebujących. Jako ksiądz nie jestem z tego wyłączony. Wręcz przeciwnie – mam być tym, który inspiruje. Myślę, że nie mniej ważne jest, by w tym trudnym czasie księża pierwsi dzwonili do swoich parafian, by starali się dowiedzieć, kto jest samotny, kto potrzebuje uczynku miłosierdzia, co do ciała, a kto co do ducha, na przykład pocieszenia. Ważne, by duszpasterze odwiedzali swoich wiernych i rozmawiali z każdym potrzebującym, oczywiście na odległość, chociażby przez otwarte okno. 

Od samego początku uznaliśmy też, że nie zaangażujemy się w organizowanie transmisji Mszy św. i nabożeństw on-line. Wszyscy doświadczamy bólu i tęsknoty spowodowanej przez niemożliwość uczestniczenia w Eucharystii. Myślę, że to może być też dobre doświadczenie. Możemy teraz doświadczyć tego, czego doświadczają nasi bracia i siostry w tak wielu zakątkach świata, którzy czasem przez rok, a nawet całe lata, nie mają dostępu do Eucharystii czy spowiedzi (np. w Amazonii). Możemy teraz docenić to, co czasem nam powszedniej i czego nie docenialiśmy. To doświadczenie ma wzbudzić w nas tęsknotę za Bogiem! Kilkanaście dni temu przed wiarą tylko „wirtualną” przestrzegał papież Franciszek – jego zdaniem „zażyłość z Jezusem bez sakramentów i wspólnoty jest niebezpieczna”. W podobnym tonie wypowiedział się bp Andrzej Czaja, ordynariusz diecezji opolskiej, który nakazał swoim księżom usuwanie nagrań transmitowanych w Internecie Mszy i nabożeństw. Myślę, że w ślad za decyzją biskupa opolskiego powinny pójść działania całego episkopatu. Ze wszech miar słuszna – w mojej ocenie – była decyzja Patriarchy Ekumenicznego Bartłomieja z początku kwietnia. Wszystkie nabożeństwa i liturgie on-line transmitowane są tylko z jednej świątyni w diecezji. Argument patriarchy jest taki, że co prawda Internet bardzo pomaga w działalności duszpasterskiej, ale należy unikać niebezpieczeństwa „narodzenia się nowego zwyczaju”, który z nabożeństwa czyni kolejny rodzaj telewizyjnego show. A jak radosne to show wiedzą wszyscy, którzy codziennie otrzymują nagrania z fragmentami kazań, śpiewów liturgicznych czy ogłoszeń parafialnych.

Kiedy zbliżał się Wielki Tydzień, pojawiało się coraz więcej próśb, by subskrybować kolejny kanał transmitujący Mszę świętą. Nie zdziwiła mnie taka prośba, gdy dostałem ją od zaprzyjaźnionego kapłana, który duszpasterzuje wśród katolików języka hebrajskiego. Ale czy każda parafia musi teraz mieć liturgię on-line? Uważam, że wystarczą transmisje przygotowywane przez telewizję publiczną czy stacje komercyjne. Ich liczba i zróżnicowane zaspokajają potrzeby wszystkich katolików, a dostęp do transmisji niedzielnej Mszy św. mamy co 10-15 minut. Dzisiaj mamy również okazję, by przypomnieć sobie o wielu sposobach obecności Jezusa, jak choćby w słowie Bożym czy w aktach miłości bliźniego. Jestem przekonany, że w trakcie epidemii niektórzy po raz pierwszy usłyszeli o pozasakramentalnych sposobach odpuszczenia grzechów powszednich, że o żalu doskonałym czy duchowej komunii nie wspomnę, a są to stare dary Kościoła.

Epidemia dała nam okazję do refleksji, co to znaczy być Kościołem w takim nietypowym czasie i jak w takim czasie rozumieć zbawienie. Bóg ciągle zbawia, ale teraz – jak zresztą zapowiadał na początku Wielkiego Postu – czyni to w izdebce, w ukryciu, wśród ludzi, którzy żyją bardziej pragnieniem niż zaspokojeniem. W izdebce jest jednak inaczej niż w świątyni czy na placu. Inaczej też musi objawić się tam i Kościół, i kapłan. Ciekaw jestem, jak Wasze parafie zdały egzamin z misji miłosierdzia w czasie epidemii? Tylko transmisje on-line, czy może coś więcej? Swoje świadectwa i opinie możecie wysyłać na adres e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

(Ks. Bartosz Rajewski)

Powrót na górę