Menu


Daria Dudkiewicz-Goławska - mistrzyni świata w balonach na ogrzane powietrze

Daria Dudkiewicz-Goławska - mistrzyni świata w balonach na ogrzane powietrze

– W powietrzu zdarzają się różne sytuacje. Czasami trzeba stawić czoła ekstremalnym warunkom i wtedy w oczy może zajrzeć strach – mówi Daria Dudkiewicz-Goławska, mistrzyni świata w balonach na ogrzane powietrze.

To specyficzny środek przemieszczania się, będący w istocie statkiem powietrznym. Jego wysokość sięga ośmiopiętrowego bloku, przy czym rozmiary i rodzaje materiałów z jakich zrobione są balony różnią się w zależności od producenta i przeznaczenia. Powłoka egzemplarza należącego do Darii jest uszyta w dolnej części z nomexu, w środkowej – poliestru, a w górnej – hyperlastu. Balon ma 24 metry wysokości i 2000 metrów sześciennych pojemności (tyle powietrza mieści się w powłoce). W przeciwieństwie do samochodu czy szybowca aerostaty nie posiadają kierownicy gądź drążka sterowego, które zastępuje palnik.

W tym sporcie nie wystarczą same mięśnie. Przede wszystkim trzeba mieć wielką wyobraźnię, odwagę, a także wiedzę. Nasza mistrzyni przyznaje, że widziała niejednego silnego i zwinnego mężczyznę, który w wiklinowym koszu tracił pewność siebie, stając się blady i małomówny. Owszem, tężyzna fizyczna przydaje się na ziemi, bo nikt nie jest w stanie sam postawić balonu, dlatego ważne jest żeby mieć dobrą i sprawną ekipę.

Kilka litrów łez
To największy sukces polskiego baloniarstwa w kategorii balonów na ogrzane powietrze. Złoty medal mistrzostw świata zdobyty przez Darię w sierpniu ubiegłego roku w Nałęczowie był spełnieniem nie tylko jej marzeń. Po rozegraniu 14 konkurencji Polka zostawiła w pokonanym polu 33 zawodniczki z 14 krajów (reprezentujących Azję, Amerykę Północną, Australię i Europę), a Mazurek Dąbrowskiego koronował wiele lat ciężkiej pracy.


– W mojej rodzinie nie było lotniczych tradycji. Jednak kiedy w 2003 roku wzięłam udział w roli obserwatora w Pucharowych Zawodach Balonowych w Lesznie, od razu połknęłam bakcyla – przyznaje 32-latka, dodając, że z czasem zaczęła poznawać ten sport z różnych perspektyw. Była członkiem personelu mistrzostw, współorganizatorem imprez, wiele godzin spędziła w balonowej ekipie naziemnej, bywała też nawigatorką w koszu. Aż w końcu, siedem lat temu, zrobiła licencję lotniczą, a w 2016 roku uzyskała uprawnienia instruktorskie.
Droga na szczyt nie była usłana różami. Nie raz pojawiały się zwątpienie i łzy, szczególnie po lotach, w których walczyła o przetrwanie. Dziś, z perspektywy czasu uważa, że to wszystko miało sens. Najbardziej w pamięci utkwił jej lot podczas pierwszych Mistrzostw Świata Kobiet w Lesznie w 2014 roku. 10 minut po starcie nastąpiło nagłe załamanie pogody i zaczęło lać jak z cebra. To nie jest naturalne środowisko dla aerostatów, ale w ogniu sportowej rywalizacji nie zważała na przeciwności i leciała dalej. Balon zachowywał się bardzo dziwnie, jakby w koszu było kilka dodatkowych osób. Wszystko stało się ciężkie, nasiąknięte wodą, pojawił się problem z opanowaniem sprzętu, kiedy ten zaczynał opadać na linię wysokiego napięcia. Na szczęście udało się bezpiecznie wylądować.
– W trakcie tamtego lotu doświadczyłam również bliskiego spotkania z klapą spadochronową, która pod wpływem wody i niedużego wznoszenia wpadła do wnętrza powłoki. Sytuacja trudna, ale nie krytyczna, jednak dla kogoś, kto swoją przygodę z lotnictwem dopiero zaczynał, było to przeżycie dość traumatyczne. Po wylądowaniu wylałam kilka litrów łez, oczyściłam umysł i… znowu wróciłam do kosza.

Karta Richarda Bransona
Pochodzi z niewielkiej miejscowości Krzemieniewo w województwie wielkopolskim. Ukończyła dziennikarstwo i komunikację społeczną na Uniwersytecie Wrocławskim, ze specjalizacją Public Relations, a obecnie razem z rodzicami prowadzi sklep spożywczy i firmę galwanotechniczną, dając drugie życie motocyklom oraz innym przedmiotom, które trzeba pokryć niklem, chromem, tudzież miedzią. Nie jest to co prawda życiowa pasja Darii, jednak generuje stały dochód, otwierając większe możliwości – tym bardziej, że baloniorstwo nie jest tanim hobby. Zakup nowego balonu oscyluje w granicach 150 - 250 tys. złotych, do tego potrzeba specjalnej przyczepy do transportu oraz terenowego auta z hakiem, które poradzi sobie w trudnych warunkach. Sprzęt pokładowy, czyli radia lotnicze, wariometr, GPS, a także pakiet ubezpieczeń lotniczych i gaz propan, niezbędny przy każdej podniebnej wyprawie, pochłaniają kolejne koszty.

Grupa ludzi związanych z aerostatycznym światem jest dość hermetyczna, jednak w Polsce w ostatnich latach można zauważyć jej intensywny rozwój. Według statystyk Urzędu Lotnictwa Cywilnego, o ile w 2013 roku ważnych licencji pilota balonu wolnego było 107, o tyle w 2017 już 216.

Jednym z większych ośrodków tego sportu na świecie, pomimo często niesprzyjającej pogody, jest Wielka Brytania. W połowie lat 60. ubiegłego stulecia rozpoczęto tu szkolenia i produkcję balonów na ogrzane powietrze, a brytyjscy piloci uczestnczyli w wielu ciekawych przedsięwzięciach, by wymienić loty dookoła świata, przez Atlantyk, czy nad Mount Everestem. Barwną podniebną kartę w latach 90. zapisał też znany miliarder Richard Branson.

Obecnie brytyjscy baloniarze dzielą się na tych, którzy oferują loty komercyjne i tych, którzy kilka razy w roku latają w gronie przyjaciół wyłącznie dla przyjemności bądź uczestniczą w imprezach „towarzyskich”, takich jak Bristol Balloon Festival. Sportowa rywalizacja nie jest na Wyspach aż tak popularna jak na kontynencie, a mimo to reprezentanci Albionu, z Davidem i Dominikiem Barefordami na czele, od lat należą do światowej czołówki.

Wstążka z obciążnikiem
Reguły są proste – zawody stanowią sprawdzian umiejętności pilotów w wielu różnych konkurencjach. Czas lotu zależy od warunków meteorologicznych, ilości zadań do wykonania oraz zasobów gazu na pokładzie. Szacunkowo te poranne oscylują w granicach od jednej do trzech godzin, natomiast popołudniowe trwają około półtorej godziny.

Podstawą jest precyzja – trzeba dolecieć jak najbliżej do określonych przez sędziów punktów. Czasami są one wyznaczone na ziemi i wtedy należy zrzucić z kosza marker, czyli wstążkę z obciążnikiem oraz swoim numerem startowym. Innym razem wiszą w przestrzeni tworząc figury geometryczne, w których pilot ma przebyć na przykład najdłuższą trasę. Wszystkie cele zawodnicy widzą na komputerze i GPS-ach, a przed startem dostają komunikaty meteorologiczne oraz mapy wiatrów na wysokościach i muszą zaplanować lot w taki sposób, żeby optymalnie wykorzystać odpowiednie warstwy powietrza. Wiatr na różnych poziomach ma odmienne kierunki oraz prędkości, czasami to kilkanaście, a niekiedy kilkadziesiąt stopni różnicy. Zazwyczaj na naszej półkuli górą wieje bardziej w prawo, a dołem w lewo, ale zdarzają się odstępstwa od tej reguły.

Dokładną trasę przelotu, wszystkie prędkości i rezultaty, zapisują loggery, czyli rejestratory lotu i na podstawie tych danych powstaje końcowa klasyfikacja.