Menu


Łukasz Stec o swojej najnowszej książce „Psychoanioł w Dublinie”

Łukasz Stec o swojej najnowszej książce „Psychoanioł w Dublinie”

Z Łukaszem Stecem, pisarzem, autorem książki „Psychoanioł w Dublinie”, rozmawia Joanna Szmatuła

Akcja pana powieści toczy się w Dublinie. Dlaczego akurat to miasto jest jednym z „bohaterów” książki?
– Niedawno otrzymałem e-maila od pewnego Irlandczyka, który uczy się polskiego, ponieważ jego żona jest Polką. Kupił „Psychoanioła” podczas wakacji w Polsce i była to jego pierwsza powieść przeczytana w naszym języku. Napisał, że autor bardzo dobrze rozumie Dublin i Irlandię. Przyznam, że dla takiej wiadomości warto było pisać tę książkę. „Psychoanioł w Dublinie” to opowieść bardzo dynamiczna, a do tego najbliżej jej do komedii.

Dublin zdecydowanie do tego pasuje. To miasto pełne energii, spontaniczne, gościnne, ale czasami również trochę melancholijne. Tylko tu mógł „zniebozstąpić” anioł-nicpoń mający sztuczne skrzydła, palący papierosy, pijący piwo i zabawiający się na wyścigach konnych. Sam mieszkałem w Dublinie przez rok, a miasto dosyć szybko stało się jednym z moich ulubionych miejsc, głównie dzięki jego mieszkańcom, ale też dzięki niesamowitym przedmieściom położonym wzdłuż linii brzegowej morza. Chociaż, czy to miało aż taki wpływ na umiejscowienie akcji w Dublinie? Ten prawdziwy powód jest zupełnie inny. Został szczegółowo opisany w książce, na samym jej końcu...  

Głównym bohaterem książki jest Wawrzyniec, nazywany Wową. Poznajemy tu też historie przedstawicieli innych narodowości. Czy z racji tego, że Wowa jest Polakiem, który wyemigrował z kraju, powieść można określić jako „emigracyjną”?
– Pytanie, czym w ogóle miała by być „powieść emigracyjna”? Jeśli taka istnieje, to raczej jest to literatura obyczajowa przedstawiająca codzienne życie emigrantów. A to zupełnie inny nurt. To tak jakby powiedzieć, że „Biały kruk” Stasiuka to powieść turystyczna, bo jej główni bohaterowie chodzą po górach. Imigranci stanowią blisko 20 proc. populacji Irlandii i ma to swoje odbicie w książce. Jest to jednak tło, punkt wyjścia do opowiadanej w powieści zupełnie innej historii.

Jak wygląda pana dzień pracy? Ma pan ustalone godziny, w których pisze?
– Najczęściej są to godziny, w których ludzie rozpoczynają nowy dzień w... Australii. Tak, w nocy pisze się zdecydowanie najlepiej.

W książce dość mocno widać wpływ Bułhakowa, choćby ze względu na postać inteligentnego kota, jednego z ważniejszych bohaterów powieści.
– Bułhakow jest tu czasem przywoływany właśnie z powodu kota Borysa. Jego imię miało właśnie nawiązywać do bułhakowskiego kota Behemota. Od imienia kota bierze się też pseudonim głównego bohatera – Wowa. Jeżeli czytelnik widzi podobieństwo do Bułhakowa i czuje klimat podobny do tego, który panuje w jego powieściach, to niezmiernie mnie to cieszy. Jest to na pewno bliższy dla mnie trop niż pojawiające się czasami skojarzenia z kotem Garfieldem.

Których pisarzy ceni pan najbardziej, do kogo chętnie wraca?
– Moje własne fascynacje czytelnicze przez długi czas w pewien dziwny sposób łączyły się z geografią. Najpierw była proza polska, następnie, na długi czas przeniosłem się na wschód i królowała u mnie głównie mocno poetycka i nieco chuligańska literatura z Ukrainy i Rosji, by ostatecznie osiąść tam gdzie dominuje historia, opowieść, czyli w prozie krajów anglojęzycznych. A najchętniej wracam do Kurta Vonneguta. 

Od paru lat trwa debata skupiająca się wokół problemu dotyczącego tego, że Polacy nie kupują i nie czytają książek. Można odwrócić ten proces?
– Wszystkie dane statystyczne faktycznie wskazują na to, że liczba osób czytających książki jest z roku na rok coraz mniejsza. Nie mówię już nawet o kupowaniu książek – są przecież biblioteki, z których można korzystać, ale liczba osób, które wybierają to rozwiązanie też systematycznie maleje. Problem polega między innymi na tym, że nie potrafi sobie z tym radzić polski system edukacyjny, który nie zachęca do czytania i go nie wspiera. To działania szkolnictwa są jedną z przyczyn, dlaczego Polacy coraz mniej czytają.

Które dokładnie działania ma pan na myśli?
– Wystarczy spojrzeć chociażby na kanon lektur szkolnych – mamy tu w przeważającej części książki, które tylko zniechęcają młodego czytelnika do książek i jakiejkolwiek lektury w dorosłym życiu.

Jakie książki powinny być więc usunięte z tego kanonu? Mógłby pan je wymienić?
– Ta lista byłaby zbyt długa, by ją teraz przedstawić. W polskim programie nauczania jest za mało literatury opisującej współczesny świat. Młody człowiek czyta o jakichś „Antkach Muzykantach”, i owszem znajdzie tam pewne uniwersalne, ahistoryczne tematy jak miłość, śmierć czy zdrada, ale nie pozwoli mu to zrozumieć świata współczesnego – z tematami zupełnie nowymi jak globalizacja, konsumeryzm, postmodernizm czy korporacjonizm. 

Dziś pewnie około 80 proc. lektur obowiązujących w szkole powstało przed paroma wiekami. Obronić by je mogła wartość artystyczna tworząca pewną wrażliwość u odbiorcy. Ale tego też nie odnajdzie się w większości lektur, szczególnie w tak hołubionej okropnej utylitarystycznej literaturze pozytywizmu.

Zmniejszanie się liczby czytelników to nie tylko polski problem. Tu jednak, w przeciwieństwie do wielu krajów europejskich, ten spadek jest dość duży.
– Polska transformacja gospodarcza osiągnęła taki „fascynujący” moment, w którym książka stała się dobrem luksusowym. Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni i nikt nie będzie miał dylematów czy kupić książkę, czy obiad. Wystarczy spojrzeć np. na bogatsze zachodnie kraje, gdzie odsetek osób czytających książki jest znacznie wyższy.

Z drugiej strony mamy jednak Czechy czy Słowenię, wcale nie będące w dużo lepszej sytuacji gospodarczej. Tam chociażby nakłady czasopism literackich są znacznie większe niż w Polsce, mimo że są to dużo mniejsze kraje. Może więc literatura nie jest Polakom do niczego potrzebna?


„Psychoanioł w Dublinie”

Mieszkającego w Irlandii Wowę, nałogowego palacza i autora specyficznych dzieł sztuki współczesnej (która nie ma zbyt wielu odbiorców), odwiedza ogromny Indianin w białym fartuchu i białymi skrzydłami. To psychoanioł, czyli anioł ateistów, który w dość lekkim stylu informuje Wowę o jego śmierci. Młody mężczyzna ma siedem dni na to, by odwrócić przeznaczenie i wymknąć się jej z rąk. Zadania nie ułatwia mu cierpiący na depresję kot Borys, dziwni współlokatorzy, psychoanioł, który nie odmawia szklaneczki czegoś mocniejszego czy szaleni znajomi spotkani po drodze.

Sytuacji nie polepsza także niespodziewane pojawienie się byłej żony Wowy, która przyjeżdża do Dublina wraz z ojcem i zapewnia, że wciąż darzy miłością byłego męża. Sprawy komplikuje także obecność Hayal, bardzo pięknej Turczynki, która zjawia się wraz ze swoim narzeczonym. To dla niej Wowa – dosłownie i w przenośni – jest gotów stracić głowę. Istotną rolę mają też do odegrania polskie pierogi oraz dubliński detektyw.
Łukasz Stec

Rocznik 1982, autor zbioru opowiadań „Bimber”; publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Przeglądzie”, „Kulturze” i „Pograniczach”. Mieszkał w Katowicach, Bytomiu, Dublinie, Wrocławiu, Five Oak Green, Las Palmas de Gran Canaria, Krakowie, obecnie w Warszawie.

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę