×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/goniec-new/www/public_html/images/gallery/tratwiarz.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery Pro plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/gallery/tratwiarz
Menu



Frank Siesta zdobył Tamizę

  • Napisane przez  Goniec Polski
Frank Siesta zdobył Tamizę Fot. Bartosz Twaróg

Ten, kto widzi jego tratwę pierwszy raz powie, że to stare drzwi i bańki po ropie. Ale tyle wystarczyło, by przez ponad dwa tygodnie płynąć przez Tamizę od źródeł rzeki po sam Londyn. Przemysław Cwynar, znany Brytyjczykom jako Frank Siesta właśnie ukończył swoją niezwykłą podróż. Rozmawia Ewelina Wojda.

Ile trwała podróż i ile kilometrów udało się przepłynąć?
– Podróż trwała 15 dni. Przepłynąłem ponad 200 km.

Jak z praktycznego punktu widzenia wygląda życie przez 15 dni na własnoręcznie zrobionej tratwie? Gdzie się śpi, co się je?
– Budziłem się rano, czekałem do momentu aż wyschną wszystkie rzeczy: namiot, śpiwory, bo przez mgłę wszystko było wilgotne. Potem się pakowałem, robiłem sobie jakiś ciepły posiłek, używając małego palnika gazowego. Później mała rozgrzewka przed płynięciem. Potem siadam na tratwę, klnę na szczury lądowe i na wszystkie wiatry, i heja. W trakcie płynięcia już nie jem ciepłych posiłków, a jedynie kanapki. Płynę przez 12 godzin, do godziny około 21. W tym czasie rozglądam się już za jakimś ciekawym miejscem do rozbicia namiotu. Dopływając do Londynu miałem z tym coraz więcej problemów, bo już mniej było dzikich terenów. Dwie ostatnie noce spędziłem na deptakach. Jeden z moich ekstremalnych noclegów wyglądał tak, że znalazłem się na łące, na której w oddali pasło się stado krów. Zasnąłem, a o godz. drugiej w nocy obudził mnie byk. Próbowałem go przegonić. Zacząłem machać wiosłem, ale nie robiło to na nim żadnego wrażenia. Odszedł dopiero po pół godzinie, na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

A jakie przygody czekały na wodzie?
– Rzeka jest bardzo ruchliwa. Dużo barek, statków, kajaków, wioślarzy. Ale z nimi łączą mnie same miłe przygody, miłe pozdrowienia, krótkie rozmowy. Na śluzach też było ciekawie, kiedy przychodzili turyści i robili sobie ze mną zdjęcia. Dzieci biły brawa, gratulowano mi. Niesamowicie mnie to zaskoczyło.

Pogoda była równie łaskawa?
– Ona też miło mnie zaskoczyła. Do tego spływu przygotowywałem się od roku. Słyszałem mnóstwo opinii o brytyjskiej pogodzie, ale tylko dwa razy w ciągu dnia padał deszcz. Mam ze sobą ubrania przeciwdeszczowe, byłem na wszystko przygotowany. Płynąłem dalej w deszczu. Jedynie kiedy była burza szukałem jakiegoś bezpiecznego miejsca na rozbicie namiotu i czekałem. Jedna noc była bardzo niebezpieczna, gdy burza nadchodziła z dwóch stron. Pioruny biły z jednej i drugiej, byłem w strachu. Wyrzuciłem wszystkie metalowe rzeczy z namiotu: wiosła, kuchenkę i inne rzeczy. Wszystko wyrzuciłem gdzieś daleko w krzaki, żeby nie ryzykować. W resztę dni świeciło słońce. Czasami nawet za bardzo. Wtedy, żeby chronić skórę, płynąłem w białej koszuli z długim rękawem. Żeby chronić dłonie zakładałem skarpety. Na pewnym etapie spotkałem Polaka, który płynął kajakiem i podarował mi swoje profesjonalne rękawiczki.

Wszystko, czego potrzebowałeś, musiałeś zmieścić w plecaku?
– Pakowałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy, żeby było jak najmniejsze zanurzenie łódki. Ubrania na zmianę, podstawowe kosmetyki, namiot, aparat... W Reading poznałem sympatycznego Polaka, Kubę, który oddał mi swój telefon komórkowy, gdy mojemu skończyła się bateria.

Więc po drodze spotkałeś sporo pomocnych ludzi?
– Tak, cały czas miałem mnóstwo sympatycznych spotkań. Raz, gdy szukałem schronienia przed burzą, znalazłem opuszczoną chatę. Gdy rozkładałem w środku swoje rzeczy, usłyszał mnie sąsiad i przyszedł sprawdzić, co się dzieje. Gdy opowiedziałem mu całą historię, zaprosił mnie na śniadanie następnego dnia. Wymieniliśmy się numerami telefonów i mamy stały kontakt.

A czy ta wyprawa nauczyła cię czegoś nowego?
– Ta wyprawa była całkowicie inna od wcześniejszych. Wybrałem Tamizę, bo jest znana i uczęszczana. Wcześniejsze tereny, przez które przepływałem były bardziej dzikie. Tutaj bardziej zależało mi na kontakcie z ludźmi, na poznawaniu historii miast, przez które przepływałem.

Jak wyglądały poprzednie podróże na tratwie? Jak to się zaczęło?
 – Moją pierwszą wyprawą był spływ z Rzeszowa nad Bałtyk. To był pierwszy kontakt z rzeką i z wodą. Gdy z pomocą kolegów zbudowałem pierwszą tratwę, nie mieliśmy pojęcia, jak będzie się ona zachowywać na rzece. Czy w ogóle będzie płynąć. Rzuciliśmy się od razu na głęboką wodę. Ale zdecydowaliśmy się zwodować tratwę. Znajomi mnie pożegnali i popłynąłem. Napisaliśmy na tratwie trochę w żartach „Rzeszów-Bałtyk”, ale miałem małe nadzieje, że dopłynę na tym aż do morza. Po dwóch tygodniach byłem w Warszawie. Zatrzymałem się u przyjaciela. Tam naładowałem baterie i zjadłem porządny obiad. Następnego dnia wyruszyłem dalej i udało mi się dopłynąć aż do morza. To było niesamowite pierwsze przeżycie i to miał być koniec historii z tratwami. Później przyszła zima, nuda. Zacząłem myśleć nad wybudowaniem kolejnej tratwy. Wtedy przypomniałem sobie lekcję geografii, że jest taka rzeka w Polsce, która nie płynie nad Bałtyk tylko w kierunku Morza Czarnego. Sprawdziłem na mapie jak to wygląda. Przez kolejne pół roku studiowałem mapę, sprawdzałem kto płynął wcześniej tą rzeką. Padło na Ukrainę i udało mi się płynąć tamtędy w zeszłym roku.

Jak powstała twoja tratwa i jak to możliwe, że przepłynąłeś ponad 200 km na drzwiach?
– Drzwi to podstawa tej konstrukcji. Już jadąc do Anglii myślałem skąd je wziąć. Drugiego dnia mojego pobytu tutaj, na sąsiednim podwórku, gdzie trwał remont zauważyłem samochód z przyczepą gruzu, a na gruzie leżały właśnie drzwi od toalety. Wyglądały na stare i przeznaczone do wyrzucenia. Po trzech dniach, gdy nadal tam były, zabrałem je i zostawiłem kartkę, na której napisałem: „Zabieram drzwi, mam nadzieję, że nie będziesz zły. Życzę miłego dnia”. Zostało jeszcze załatwienie baniek po ropie, żeby tratwa miała wyporność. Niedaleko był zakład mechaniczny. Po rozmowie z właścicielem dostałem tyle baniek, ile było mi potrzeba.

Dotrwała do końca podróży czy po drodze potrzebne były naprawy?
– Była idealna! To moja czwarta tratwa i jest najlepsza. Ma bardzo dobrą zwrotność, jest lekka. Bardzo dobrze zachowuje się na falach. Nie przewraca się, dzięki czemu płynnie przechodziłem na niej przez fale. Jedyny problem był taki, że drzwi są w środku puste, więc przed wyprawą musiałem je wzmocnić. A plus tej tratwy jest taki, że mogę ją zostawić w każdym mieście, które chcę zwiedzić. Zostawiam ją, cumuję i nie martwię się, że ktoś ją zabierze. Jeden ze spotkanych Polaków podsumował konstrukcję mówiąc: „Dziwak z Polski płynie na czymś”. To dziwne dla kogoś, kto pierwszy raz coś takiego widzi.

Kim jesteś? Podróżnikiem?
– Nie, nie jestem podróżnikiem. Podróżuję na tratwie, ale nazywać mnie podróżnikiem to za duże słowo. To moje hobby. Cały rok ćwiczę, przygotowuję się, żeby spełnić swój plan. Od roku sprawdzałem każdy odcinek rzeki, szukałem informacji o niej. Gdy już usiadłem na tratwie czułem, że to jest to. Tego pierwszego dnia już byłem rozmarzony o kolejnej, może tym razem bardziej egzotycznej podróży.

Czy komuś równie odważnemu polecałbyś taką podróż? Warto?
– Warto! Niesamowita przygoda. Warto i tratwą, i kajakiem. I długie, ale też krótkie wyprawy. Na pierwszy ogień polecam polskie wody. Znam wiele osób, które w ten sposób podróżują. Moim idolem jest Aleksander Doba, który dwukrotnie przepłynął Atlantyk, a w tym roku z Portugalii na Florydę. To sześć miesięcy samotnie na morzu. Gdy mam gorsze dni, bo takie też się zdarzają albo nie mam siły do wiosłowania, wystarczy, że pomyślę o nim i wtedy przychodzi siła.

Co daje człowiekowi taka podróż?
– To kolejne doświadczenia, kolejne wyzwanie, które wzmacnia charakter. Można sobie wtedy dużo przemyśleć. Lubię podróżować samotnie. To jest odcięcie się od szarej rzeczywistości. Tylko kontakt z przyrodą, choć płynąc Tamizą miałem też duży kontakt z ludźmi. Dostałem wiele zaproszeń od różnych rodzin. Jestem mile widziany w wielu domach. Dostałem propozycję pracy w pubie, a nawet propozycję małżeństwa, ale szczegółów nie zdradzę...

{gallery}tratwiarz{/gallery}

Fot. Bartosz Twaróg/whereisbartek.com

Powrót na górę