Menu


UK: Coraz mniej pracy w handlu

UK: Coraz mniej pracy w handlu Shutterstock

Od zeszłego roku zniknęły tysiące miejsc pracy w handlu. A zamknie się jeszcze więcej sklepów sieci takich jak Marks & Spencer i Netto. Zagrożone są też apteki, sklepy z elektroniką czy salony meblowe.

– Pamiętam pierwszy sklep Marks & Spencer w Polsce – wspomina 42-letnia Marzena, dentystka z Warszawy, wtedy studentka stomatologii. – To był zielony pawilon przy dworcu Centralnym. Sklep był powiewem wielkiego świata, symbolem brytyjskiego szyku. Wydawało się, że to ubrania z wyższej półki, bo kosztowały kilkaset złotych – przypomina. Z czasem przybyło 11 sklepów sieci, a do marki przywiązywały się kolejne pokolenia Polaków. Od tego roku nie będą jednak mogli zrobić już zakupów w kultowym sklepie, bo M&S zamyka wszystkie swoje oddziały nad Wisłą i 42 w innych europejskich krajach. Firma notuje dziś największe straty od dekady, w historii porównywalne tylko z tymi z czasu kryzysu bankowego z 2008 r. Z Wysp zniknie 30 sklepów tej sieci, a kolejne 45 – zamiast ubrań, będzie sprzedawać wyłącznie jedzenie. Żywność to ta część biznesu M&S, która przynosi największe zyski.

Nie zależy nam na ubraniach

Koniec ubiegłego roku przyniósł podobną wiadomość również z innego popularnego niegdyś sklepu. Store Twenty One zamknie 80 z ponad 200 oddziałów, a w kolejnych kilkudziesięciu będzie negocjować stawki czynszów z właścicielami budynków, by uniknąć zamknięcia. Debenhams rozważa zamknięcie swoich kilkunastu irlandzkich sklepów, a najbardziej zagrożone są te w Limerick, Waterford i Tallaght. Decyzję o bankructwie podjął już BHS i Austin Reed. Okazuje się, że bankructwa dotyczą też zagranicznych firm. Z Wysp zniknie w tym roku kilkanaście amerykańskich sklepów odzieżowych Banana Republic i Old Navy oraz 12 oddziałów American Appareal. Łącznie pracę straci ponad tysiąc osób. Analitycy zauważają, że, zamiast kupować drogie ubrania, wolimy dziś wydawać pieniądze na przyjemności i nowe doświadczenia. Widok miliardera w T-shircie za kilka funtów i starych dżinsach nikogo nie dziwi, więc i przeciętni zjadacze chleba coraz mniejszą wagę przywiązują do marki. Dostępność taniej mody z Primarku czy supermarketów, którą często trudno odróżnić od droższych ubrań, ostatecznie dobiła niektóre sieci sklepów.

Mniej aptek?

Niestety, zamknięcia sklepów nie dotyczą tylko tych z branży mody. W przyszłym roku mogą do nich dołączyć też małe apteki. Po cięciach w budżecie Pharmaceutical Services Negotiating Committee (PSNC) w tym roku dostał o 12 proc. mniej pieniędzy niż zwykle. W przyszłym trafi tam dodatkowo o 7 proc. mniej. Ucierpią najbardziej małe apteki w mniejszych miejscowościach – może ich zniknąć nawet 1,5 tysiąca. – Bez apteki, gdzie można od razu zasięgnąć porady i kupić to, co potrzeba, będę musiał za każdym razem jechać do szpitala i stać w kolejkach – wyjaśnia 25-letni Marek, budowlaniec i ojciec 5-letniego Kuby i 3-letniej Patrycji mieszkający pod Morecambe w środkowej części kraju. Przyznaje, że nie słyszał wcześniej o cięciach i dziwi go, że rząd miałby utrudniać w ten sposób życie mieszkańcom mniejszych miejscowości i lekarzom. Z branży medycznej zniknie też fabryka dostarczająca okulary do sieci salonów optycznych Specsavers. To jednak tylko częściowo zła wiadomość, bo produkcja okularów ma być przeniesiona do... Polski. Tak twierdzi Centre for Retail Research z Newark.

Młodzi nie potrzebują mebli

Fala bankructw dotyka też marketów z wyposażeniem wnętrz i sklepów z meblami. – Ja akurat lubię kupować  dodatki, świeczki i inne drobiazgi do domu. Większość moich koleżanek też, choć faktycznie teraz tyle tego jest, że kupuję je raczej w markecie czy na przecenie niż w specjalnym sklepie – zauważa 30-letnia Monika, która pracuje jako kasjerka w Sheffield. Przyznaje jednak, że z uwagi na przeprowadzki (w ciągu ostatnich ośmiu lat mieszkała w czterech mieszkaniach w trzech różnych miastach), stara się nie wydawać zbyt dużo na meble. – Zdaniem moich rodziców trzeba mieć porządną szafę i stół na kilkanaście osób. Ale mi trudno określić, ile lat będę w danym miejscu, więc nie przywiązuję się do mebli. Wolę kupić najtańsze półki z IKEI, niż się martwić, że coś się zniszczy. Mąż to mógłby wszystkie ubrania trzymać w kartonowym pudle i nawet by nie zauważył – dodaje. Podobnie myśli dziś coraz więcej młodych, mobilnych ludzi, co odbija się na wynikach finansowych sklepów meblowych. Betty Living zamknęło pierwsze ze swoich 24 sklepów (w Meadowhall i Rotherham), obecny na rynku od 1900 roku Watsons and Sons rezygnuje ze sklepu w Perth, a Furniture Barn oddał się w zarząd komisaryczny.

Netto w starciu

Pół roku temu zniknęła też sieć 120 małych marketów spożywczych My Local, z których część została zamknięta, a niektóre sprzedane. Z 1700 pracowników wielu znalazło jednak zatrudnienie w Morrisons. Taki sam los czeka kilkanaście dyskontów Netto, które działają na północy kraju. Inne sieci też przyznają się do kłopotów finansowych, łącznie z największymi. Tesco od zeszłego roku nie działa już w trybie 24-godzinnym. W ten sposób chce ograniczyć koszty obsługi w nocy, gdy sklepy odwiedza zwykle niewielu klientów. Dotyczy to też polskich oddziałów firmy. Od problemów wolny nie będzie też rynek elektroniki. W zeszłym roku zniknęło ponad 130 sklepów Dixons Carphone, które przekształciły się w stoiska w połączonych oddziałach Curry’s i PC World. Nie będzie też irlandzkich sklepów HMV, w których przez lata można było kupić filmy i gry. Cztery z nich przeniosą się do sieci, gdzie będą oferować wypożyczanie filmów na podobnej zasadzie, jak Netflix. Zostanie tylko największy w Belfaście. Wcześniej podobny los spotkał sieć wypożyczalni filmów Blockbusters i Games, gdzie można było znaleźć najnowsze gry. Z ich łącznie prawie tysiąca sklepów nie pozostał dziś ani jeden.

Zmieniają się zwyczaje

Brytyjskie Konsorcjum Handlu ostrzega, że do 2025 roku zniknąć może nawet 900 tys. miejsc pracy w handlu. Te, które zostaną, mają być jednak lepiej płatne i bardziej produktywne. W zeszłym roku zamknęło się mniej niż 4 tys. firm – dla porównania w 2009 roku było ich ponad 5 tys., a w 2004 roku mniej więcej tyle, co teraz. Nie jesteśmy więc świadkami gigantycznej fali bankructw, a raczej zmiany tego, gdzie i jak robimy zakupy. Nowe potrzeby klientów i zwrot ku transakcjom przez internet może niepokoić mniej konkurencyjne sieci, ale nie oznacza, że przestajemy robić zakupy. Wcześniej zamieniliśmy Kodaka na producentów smartfonów. Dziś właściciele firm też muszą robić wszystko, by dostosować się do zmieniających się czasów.

Anna Dobiecka

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę