Menu


Polacy w cenie

  • Napisane przez  Sonia Grodek
  • 3 komentarzy
Polacy w cenie Shutterstock

Polscy lekarze i pielęgniarki to nasz skarb narodowy, coraz bardziej ceniony również poza granicami kraju. Z ich usług korzystają nie tylko Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii, ale też Brytyjczycy.

Smród, ścisk, nieprzespane noce, olbrzymia odpowiedzialność i urągające godności ludzi warunki. A to wszystko za 1600 złotych brutto miesięcznie. To nie przepis na horror, a rzeczywistość pielęgniarek w polskich szpitalach.

Lekarze mają nieco lepiej choć i tak skarżą się na biurokrację, trwające niekiedy po 24 godziny dyżury i brak możliwości rozwoju. – Niska pensja i niski prestiż zawodu – podsumowała na łamach CNN pracę pielęgniarki w Polsce jedna z sióstr, Katarzyna Kaseja, pytana o powody, dla których tak wiele polskich pielęgniarek pracuje za granicą.

Trudno im się dziwić, że tak często wybierają szpitale w Wielkiej Brytanii. Tu najniższa stawka dla początkującej pielęgniarki to ok. 1200 funtów miesięcznie, a zarobki lekarza zaczynają się od 1800 funtów; do tego doliczyć trzeba dodatki za staż i bonusy za pracę w nocy czy w weekendy. To jednak tylko początek pozytywów.

Wyjeżdżają tysiącami

– Mogę powiedzieć, że po przyjeździe przeżyłam szok kulturowy – opowiada Magda Rybicka, pielęgniarka z 10-letnim stażem z Poznania, obecnie zatrudniona w Essex. – Wszyscy służyli mi pomocą, a ja miałam za zadanie jak najlepiej pomóc pacjentom.

W Polsce ze zmęczenia, frustracji, złości, pacjent często jest intruzem, umieszczonym najniżej w szpitalnej hierarchii, a i w załodze trudno o wzajemną życzliwość, bo siłą rzeczy pojawia się zazdrość o zarobki czy lepsze dyżury.

Nic dziwnego, że już w pierwszym roku po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej do Anglii przyjechało 500 polskich lekarzy. Dziś jest ich już kilka tysięcy, a do tego dochodzi co najmniej kilkanaście tysięcy polskich pielęgniarek.

Wielka Brytania to największe skupisko polskich pracowników służby zdrowia poza krajem. Co ciekawe, Związek Lekarzy Polskich w Londynie powstał... w 1944 roku i składał się w większości z lekarzy wojskowych, a na spotkaniach stowarzyszenia można było spotkać generała Andersa. Już wtedy związek liczył 300 członków, a w lata '50 wszedł z podwojoną liczbą uczestników.

Tylko dla najlepszych

Barry Pactor z agencji pracy Specialist Recruitment twierdzi, że na brytyjskim rynku wciąż brakuje kilku tysięcy pielęgniarek i lekarzy, a Polacy – obok obywateli Indii – to najczęściej zatrudniani na tych stanowiskach obcokrajowcy.

– To, co przekonuje ich do wyjazdu, to możliwość rozwijania kariery, lepsza tu, niż w ich rodzinnym kraju – tłumaczy. Trzeba wiedzieć, że polscy specjaliści zatrudnieni w Anglii to naprawdę najlepsi fachowcy – przed rozpoczęciem pracy muszą przejść półroczny kurs adaptacyjny, bardzo dobrze znać język angielski i zostać zakwalifikowanymi do pracy przez NHS. Niekiedy więc cała procedura trwa latami i nawet bardzo zdolni, i oddani medycy muszą zawrócić do Polski.

Mimo to, pracy agencjom zajmującym się rekrutacją Polaków do brytyjskich przychodni nie brakuje – świadczy o tym tłok w oddziale Peak Staff w Rzeszowie, skąd polskie pielęgniarki jadą do Anglii, Irlandii czy Norwegii. Na ich stronie można znaleźć kilkanaście aktualnych ofert z zarobkami od 12 do 15 funtów za godzinę i darmowym mieszkaniem w Southampton, Essex czy Sussex.

Lekarz na dwa etaty

Nie każdy jednak decyduje się na przeprowadzkę na stałe do Anglii, o czym dobitnie świadczy przykład dr. Piotra Robińskiego. Na co dzień ma on pracę w polskim szpitalu. Jego drugie życie rozpoczyna się w piątek o czwartej rano – jedzie wtedy z rodzinnego Poznania do Wrocławia, gdzie około

 

dziewiątej łapie samolot tanich linii do Glasgow.

Tam wynajmuje samochód, którym jedzie cztery godziny na północ. Po trzynastu godzinach podróży z marszu rozpoczyna zmianę w szpitalu w Aberdeen, gdzie w weekendy zastępuje tamtejszego lekarza pierwszego kontaktu. Dziwne? Dla niego ani trochę – w weekend zarabia w godzinę niemal tyle samo, co w ciągu tygodnia w polskim szpitalu.

W niedzielę rano jest już z powrotem w domu. I tak co tydzień. Według dziennikarskiego śledztwa BBC2, jest on jednym z wielu. – Lekarze w Anglii pracują na jeden etat; w Polsce lekarz pracujący w trzech miejscach to norma – tłumaczył dziennikarzom, którzy pytali jak wytrzymuje to tempo pracy. – Gdybym nie pracował tu i tak znalazłbym gorzej płatny drugi etat w Poznaniu lub Wrocławiu.

Lepiej od przyszłego roku

Przykład doktora Robińskiego jest ekstremalny, jednak pozwala mu ominąć długi proces rejestracji w brytyjskim systemie zdrowia. Od 1 stycznia 2014 łatwiej pod tym względem będą miały też pielęgniarki – na forum Unii Europejskiej właśnie przegłosowano zmianę, dzięki której polskie położne i pielęgniarki będą mogły pracować w Anglii bez długotrwałych i męczących procedur – automatyczne poświadczenie dyplomu ma odbywać się jeszcze w Polsce i zająć do czterech tygodni.

Około 2016 roku ma być też wprowadzona europejska karta zawodowa, na której znajdą się wszystkie informacje o doświadczeniu i kursach, odbytych przez chcące pracować w brytyjskim szpitalu Polki. Wystarczy, że z taką kartą zwrócą się do NHS.

Lekarze poligloci

Mniej szczęścia w przyszłym roku będą mieli lekarze. Okazuje się, że z powodu potrzeby zapełnienia wolnych wakatów na te stanowiska rekrutowano często osoby, które słabo mówiły po angielsku. Niekiedy porozumiewali się oni z pacjentami na migi, a ci nie byli w stanie zrozumieć zaleceń, od których zależało przecież często ich życie.

Teraz ma się to zmienić – wszyscy medycy urodzeni poza Wielką Brytanią będą musieli przejść testy językowe. Być może dodatkowe testy obejmą też pielęgniarki, bo na forum parlamentu lord Robert Winston przekonywał, że komunikacja z pacjentem jest najważniejsza. – Ryzykujemy, że to stracimy, zatrudniając pielęgniarki, które nie umieją mówić po angielsku.

Szczególnie dotyczy to tych ze wschodniego bloku Europy. Nasi specjaliści już niedługo będą musieli udowodnić nie tylko bardzo dobrą znajomość angielskiego, ale też specjalistycznego, medycznego słownictwa, kluczowego w pracy z pacjentami i lekarzami.

U Polaka najlepiej

Coraz częściej polscy lekarze zakładają więc biznesy. Ale nie tylko po to, by uniknąć językowych testów. Prywatne, polskie przychodnie znajdują się choćby w Manchesterze, Liverpoolu, Coventry. W Londynie znajdziemy ich kilka.

Do tego jest też kilkunastu polskich dentystów czy polskie laboratorium medyczne, w którym można wykonać testy na konkretne schorzenia, czy polskojęzyczne pielęgniarki dojeżdżające do domu klienta np. na odtrucia, czy zastrzyki. Mamy też bazę Polscylekarze.org, która pozwala znaleźć medyka o polskich korzeniach nawet w najmniejszej angielskiej miejscowości.

Powód tego boomu na polskie usługi jest banalny. Rocznie w Anglii rodzi się ok. 20 tysięcy polskich dzieci, a świeżo przybyłe emigrantki często lepiej się czują, gdy mogą rodzić w towarzystwie polskich lekarzy.

Później cała rodzina musi gdzieś leczyć zęby, przeziębienia i złamania, i znów często pada na przychodnię rodaka. Ciężarne leczące się u polskich specjalistów to zresztą sól w oku brytyjskiego systemu zdrowia. Jak podawał ostatnio The Sun, rocznie 500 Polek woli lecieć do ojczyzny i tam pod okiem polskiego personelu rodzić dzieci, co kosztuje NHS milion funtów.

Paracetamol na wszystko

Niektórzy mają też dosyć medialnych posądzeń o „medyczną turystykę” i, o ile tylko mogą sobie na to pozwolić, wolą sami płacić za swoje leczenie w

 

prywatnym, rodzimym gabinecie. Jest jeszcze coś. Polska pielęgniarka Teresa Drzewiecka tłumaczy na łamach The Guardian, że ludzie często przychodzą do niej, bo uważają, że np. pobranie krwi przez niedoświadczoną pielęgniarkę może boleć.

Tymczasem polskie pielęgniarki na starcie mają większe doświadczenie niż ich koleżanki z Anglii – zamiast trzyletniego kursu uczą się pięć lat, po których muszą jeszcze przejść trzyletnie wprowadzenie do zawodu w polskim szpitalu.

Dokładając do tego popularne (nie tylko wśród emigrantów) przekonanie, że brytyjscy lekarze na wszystko przepisują paracetamol, trudno się dziwić, że wolą zobaczyć się z polskim lekarzem, który w Anglii może do tego znaleźć dla nich więcej czasu, niż w przeludnionym szpitalu w ojczyźnie. Ale nie tylko Polacy odwiedzają takie przychodnie.

„Za ułamek ceny można w nich umówić się na spotkanie siedem dni w tygodniu” zachwycał się niedawno Daily Mail. I to do późnych godzin nocnych – Krzysztof Zemlik, menadżer Green Surgeon w Menchesterze przyznaje, że ich chirurg wychodzi z pracy często o drugiej czy trzeciej w nocy.

Z kolei Daily Telegraph pisał w samych superlatywach o klinice My Medyk, z której usług już skorzystało 6 tysięcy zadowolonych Brytyjczyków. Green Surgeon przyjmuje też sporo Słowaków, Bułgarów i Portugalczyków.

Oblicza doktora

– Po kilkunastu latach pracy w Polsce czuję się tu jak na emeryturze – mówi anonimowo jeden z lekarzy, pracujących w Londyńskiej przychodni. – Tam ciągle trzeba się było zmagać i wschodzić na wyżyny intelektu, by zdiagnozować pacjenta pomimo braku czasu, środków i sprzętu. Przez to czasem wydaje mi się, że moi brytyjscy koledzy z pracy są na niższym poziomie niż ci z Polski. Dlaczego? – uśmiecha się. – To proste: wszystko mają podane na tacy.

A czy Wielka Brytania okiem medyków czymkolwiek przegrywa z Polską? – Jedyne, na co mogę się skarżyć, to... brak fantazji – mówi Magda Rybicka. – W Polsce trzeba sobie radzić w ekstremalnych sytuacjach i każdym sposobem. Nikogo nie dziwi, że pielęgniarka da pacjentowi tabletkę od bólu głowy wyjętą z torebki czy, że w dyżurce obchodzone są hucznie urodziny. Tu wszystko musi być zgodnie z regulaminem.

Niektórzy polscy specjaliści mają kłopot z przestrzeganiem surowych reguł. Tak było z Włodzimierzem Szepielowem, który do niedawna pracował w Ninewells Hospital Dundee w Szkocji. Władze szpitala w końcu zainteresowało, dlaczego u tego lekarza umiera zadziwiająco dużo pacjentów.

Po kilkanastu latach doświadczenia, przeszedł ponownie test kwalifikacji zawodowej i uzyskał... 17 proc. pozytywnych odpowiedzi. Kto jednak nie ma problemu z dostosowaniem się do brytyjskiego rygoru, może zajść bardzo wysoko. Przykład? Sir Leszek Borysiewicz – immunolog, członek rady Cancer Researc UK i rektor Cambridge.

 

3 komentarzy

  • lola
    lola piątek, 03, październik 2014 22:42 Link do komentarza

    Co to za bzdura, że polskie pielęgniarki uczą się 5 lat, a póżniej mają 3 letnie wprowadzenie w szpitalu? po 3 latach licencjatu można pracować, ja ktoś chce to robi magisterkę 2 letnią, ale nie musi, a po po 1-2 miesiącach po przyjęciu na oddział absolwent pracuje normalnie bez nadzoru, eewntualnie pozniej robi kursy

  • lek
    lek poniedziałek, 29, wrzesień 2014 12:54 Link do komentarza

    jak np. lekarze z http://www.polski-lekarz.co.uk/

  • lekarz
    lekarz poniedziałek, 29, wrzesień 2014 12:53 Link do komentarza

    Polscy lekarze wszędzie uważani są za fachowców bo przeszli w kraju prawdziwą szkołę życia.

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę