Menu


Pomysł na weekend: Wyspy Owcze

Pomysł na weekend: Wyspy Owcze Shutterstock

Podobno na Wyspach Owczych mieszka mniej osób niż żyje tu owiec. Do tego ceny zwalają z nóg, a do europejskich stolic wcale nie jest tak blisko. A jednak i tu żyje spora grupka Polaków, i sporo tutystów przyjeżdża poznać te tereny.

Położone na Morzu Norweskim, między Wielką Brytanią, Islandią a Norwegią wyspy stanowią terytorium zależne Danii. Na archipelagu 18 wysp żyje niespełna 50 tysięcy mieszkańców. To co przyciąga tutaj turystów, to bez wątpienia przyroda – gości zachwycają wybrzeża, skaliste i strome, przypominają fiordy, wzgórza i delikatne wzniesienia, ale i klify, w tym klif przylądka Enniberg (745 m), zajmujący w Europie pierwsze miejsce pod względem wysokości.

Brakujące owce

Zanim jednak wybierzemy się w podróż na te wyjątkowe wyspy, warto wiedzieć, czego możemy się na miejscu spodziewać. Zaskoczeniem może być już sam język – mieszkańcy posługują się językiem farerskim, który jest jednym z dwóch języków urzędowych kraju. Drugim z nich jest duński, którym posługuje się grupa imigrantów z Danii. Dla turystów nie powinna być to jednak przeszkoda, bo dość powszechna jest tu także znajomość języka angielskiego, zwłaszcza w stolicy kraju, Thorshavn (duń.: Port Thora – nordyckiego boga burzy i piorunów), w której mieszka ponad 1/4 ludności Wysp, w tym także zdecydowana większość imigrantów.

Co jeszcze może zaskoczyć przejezdnych? Do niemiłych niespodzianek z pewnością należeć będą wysokie ceny. – Ceny w sklepach są naprawdę zabójcze i narzekają na nie nie tylko turyści, ale też miejscowi. Praktycznie wszystkie towary i usługi są o ok. 30 proc. droższe niż w Danii, a paradoksalnie zarobki nie są tu o wiele wyższe. Winą za taki stan rzeczy należy obarczać oczywiście izolację archipelagu, co niesie za sobą wysokie koszty transportu towarów. Bardzo drogie są warzywa i owoce, których jakość na dodatek pozostawia wiele do życzenia – mówi w wywiadzie dla portalu bankier.pl Kinga Eysturland, Polka mieszkająca na Wyspach Owczych.

Za ciekawostkę można też uznać fakt, że na Wyspach żyje więcej owiec niż mieszkańców (tych pierwszych jest blisko 70 tysięcy), ale ich liczba i tak nie wystarcza na pokrycie zapotrzebowania lokalnej populacji. – Każdej jesieni przychodzi czas uboju owiec, a wówczas każda sztuka eksploatowana jest do granic możliwości – sierść zabierana jest na wełnę, wnętrzności wykorzystywane są do wyrobu kiełbas, głowy są opalane i zjadane (to jedno z dań narodowych), z rogów robi się kielichy lub świeczniki, które turyści nabywają w sklepach z pamiątkami, tak więc praktycznie nic się nie marnuje – dodaje Kinga Eysturland.

Historyczne centrum

Thorshavn, podobnie jak spora część wyspy, coraz bardziej otwiera się na turystów, głównie dzięki otwarciu linii promowej Norröna do Islandii. Inną możliwością dotarcia do Thorshavn jest przelot samolotem linii lotniczych Atlantic Airways (rodzima linia Wysp Owczych), docierających do portu lotniczego Vágar,  jedynego lotniska na Wyspach Owczych, położonego ok. 1,5 km od miejscowości Sørvágur. Mimo niewielkich rozmiarów Thorshavn może pochwalić się sporą liczbą zabytków, zlokalizowanych głównie w historycznym centrum miasta – Tinganes. Choć wiele z nich to rekonstrukcje budynków po pożarze z 1673 roku, to wciąż stanowią ciekawą atrakcję turystyczną.

Jednym z takich punktów jest Munkastovan, który w XIII wieku był rezydencją mnichów, pierwszych stałych osadników Thorshavn, a dziś jest najstarszym obiektem w mieście. Podczas zwiedzania turyści trafią też pod Reynagarður, czyli dom zbudowany na początku lat 30. XVII wieku, który choć przetrwał pożar z 1673 r., uległ częściowemu zniszczeniu w 1820 r. To, co zostało wtedy zniszczone udało się zrekonstruować, ale w ten sposób powstał swoisty miks stylów – XVII- i XIX-wiecznego. Innym ciekawym miejscem jest Skansapakkhúsið, czyli najlepiej widoczny z morza budynek, stojący na wierzchołku półwyspu Tingane, pochodzący z połowy XVIII w.

Bez parasola

Choć z reguły turyści, którzy tu przyjeżdżają najbardziej doceniają piękne widoki i krajobrazy z malowniczymi wzgórzami i górami, na których pasą się stada owiec, to jednak w sieci można spotkać się z opiniami, że „pada tam 400 dni w roku”. I nawet jeśli liczba jest podana w żartach, to pokazuje, że o słoneczną pogodę wcale nie jest tu łatwo. Podobno jednak  Farerczycy tak przywykli do tej aury, że nawet nie zwracają na nią uwagi – spora część z nich nie nosi parasola podczas deszczu.

Na szczęście ani pogoda, ani wysokie ceny nie są w stanie sprawić, by Wyspy Owcze straciły swój urok, zwłaszcza dla osób przyzwyczajonych do angielskiej pogody. Docenił je nawet magazyn „National Geographic Traveler”, który w jednym z rankingów określił je mianem Najatrakcyjniejszych Wysp świata, przez co w tyle zostały m.in. Bermudy czy Hawaje.

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę