Menu


M. Zakliczyński: Kocham Londyn od pierwszego widzenia

M. Zakliczyński: Kocham Londyn od pierwszego widzenia Agencja BEW

O tańcu, teatrze, sztuce  i miłości do Londynu opowiada Maciej Zakliczyński – choreograf polskich edycji  Tańca z Gwiazdami. Rozmawia: Milena Sieńko.

Taniec w twoim życiu... Jak to się zaczęło?
– Taniec był obecny w moim życiu odkąd pamiętam. Przykleiłem twarz do kineskopu, oglądając jazdę figurową na lodzie podczas Igrzysk Olimpijskich w Sarajewie w 1984 roku, gdy para brytyjskich łyżwiarzy zdobyła złoto. Kiedy Jayne Torvill i Christopher Dean w programie dowolnym zatańczyli „Bolero” Ravela – zaniemówiłem.

To było coś tak pięknego, a jednocześnie abstrakcyjnego, że do dziś przechodzi mnie dreszcz na samo wspomnienie tego występu. Pokazuję ten taniec studentom podczas wykładów z historii i chociaż nie było ich wtedy na świecie nadal są pod wrażeniem ponadczasowej i uniwersalnej choreografii tego tańca. Niektórzy z moich znajomych tancerzy wskazują na Michael’a Jacksona jako bezpośrednią inspirację dla ich kariery tanecznej, inni film Dirty Dancing. Jeśli mogę stworzyć własną legendę to rozpocznę ją właśnie od bolera duetu Torvill/Dean.

A poza tym moi rodzice prowadzili „dom otwarty” na małej przestrzeni mieszkania w bloku, gdzie często odwiedzali nas nasi sąsiedzi do dziś zwani przeze mnie i mojego brata wujkami i ciociami. Spotkania rozpoczynały „nocne Polaków rozmowy”, a kończyły tańce. Najweselej było na imieninach, świetnie to pamiętam, było gwarno i serdecznie, a ja uwielbiałem tańczyć z dorosłymi ciotkami. Tak to się zaczęło. Pierwszy kurs tańca przeszedłem w podstawówce. Na pierwsze zajęcia przyszło prawie 400 osób. Z naboru zostałem tylko ja. To był 1985 rok i początek pracy z dziećmi nad sportową, turniejową formą tańca towarzyskiego. Pierwsze walce i rock&roll’e popełniłem w wieku 10 lat. Pierwszy poważny turniej zatańczyłem w komunijnych spodniach.

A czy myślałeś kiedykolwiek jak wyglądałoby twoje życie gdyby nie taniec? Jakie miałeś pomysły na życie?
– Zawsze myślałem o wielu profesjach, kiedy dorosnę. Chciałem być lekarzem po mamie, inżynierem po tacie, geniuszem po bracie. W szkole miałem same piątki, byłem wzorowym uczniem, ślicznym, ukochanym przez wszystkie nauczycielki i woźne, znienawidzonym przez pryszczatych kolegów, musiałem przetrwać stojąc na bramce.

Świetnie śpiewałem, deklamowałem wiersze, ponadto kręciłem biodrami, malowałem i fotografowałem. Byłem humanistą od małego, ale liceum skończyłem w klasie o profilu matematyczno-fizycznym. Zamierzałem zdawać do szkoły teatralnej, przygotowywałem się też na prawo, ostatecznie po maturze wyjechałem tańczyć w Niemczech w kategorii zawodowców. Nigdy nie przestałem myśleć o teatrze, filmie, pisarstwie, podróżowaniu i fotografii, i to nadal mnie kręci. Gdy wróciłem do Polski zrezygnowałem ze startów w turniejach, zostałem w tańcu jako nauczyciel, trener, sędzia. Obroniłem w międzyczasie magisterium z teatrologii i założyłem agencję artystyczną.

Właśnie. Obok tańca pojawił się też teatr i to nie tylko od strony teoretycznej, ale również praktycznej. Czy mógłbyś opowiedzieć o swoich teatralnych osiągnięciach?
– Praca w teatrze bardzo mnie satysfakcjonuje. Lubię to, co kryje się pod pojęciem ruchu scenicznego. Zadana aktorom choreografia paradoksalnie wydaje mi się łatwiejsza do wykonania, bo jest im z góry przeze mnie narzucona, a przez to szybko staje się schematyczna, martwa. Ruch tworzy się we współpracy ze wszystkimi i wszystkim co na scenie.

Jest siatką napięć, odpowiednikiem pajęczyny zdarzeń, zadań i intencji. Zawsze czuję się jak reżyser, który tekst przekłada na ruch. Jako choreograf mam na swoim koncie kilkanaście przedstawień w Polsce i za granicą, które zdobyły wiele nagród na festiwalach teatralnych. Wyreżyserowałem też trzy przedstawienia. To była najtrudniejsza, a jednocześnie najciekawsza praca, jaką do tej pory wykonywałem w moim życiu.

Czego nie udało ci się osiągnąć? Jest coś czego żałujesz?
– Żałuję wielu rzeczy, których nie spróbowałem, kiedy nadarzyła się ku temu okazja. Jestem z tych rozsądnych, a nawet spolegliwych. Lubię się pozastanawiać, zanim podejmę decyzję, a czasami koło fortuny toczy się bardzo szybko. Uważam, że sam powinienem starać się o szczęście. Można wracać do niedokończonych spraw, tylko po co? Pewnie nie zostały dokończone, bo szkoda na nie czasu i zachodu. Liczę na tu i teraz, a wszystko przede mną, przede wszystkim dzięki temu co za mną.

Czy można powiedzieć, że „tu i teraz” cię inspiruje?  
– Inspirację czerpię dosłownie ze wszystkiego. Kiedyś przez dwa tygodnie pracowałem z Leah Stein Dance Company z Filadelfii. To Leah nauczyła mnie zwracać uwagę na fakturę ścian, w których żyję, kolory przedmiotów codziennego użytku, hałas i rozmaite dźwięki, jak i na instrumenty. Od tej pory każdy materiał, którego dotykam, słowo, które słyszę lub czytam, kształty, które widzę – są inspiracją. Najbardziej ludzie, których spotykam i miejsca, w których przebywam. Jestem sumą tego wszystkiego, a mózg tworzy dla mnie obrazy.

Taniec, teatr i poezja. Możesz zdradzić czytelnikom czym jest Droho? Doczekamy się kolejnych edycji?
– Droho, to projekt literacko-graficzny. Zawsze notuję własne myśli, które chcę zapamiętać. Zapisuję również te zasłyszane od ludzi na ulicy, w restauracji. Oni często nie zdają sobie sprawy, jakie mądre rzeczy umykają im między słowami. Ileż bzdur plotą, to inna historia.

Droho to jedno zdanie zakończone kropką, pomysł surowy i konsekwentny w formie, który opieram o zasadę: mniej znaczy więcej. Zdanie opisuje moją codzienność i doświadczenie w skrócie, jak Droho od Drohobycza, z którego w wyniku wojny na Śląsk trafiła część mojej rodziny. Wielka historia ukryta w kilku znakach.

Co robi choreograf polskiej edycji Tańca z Gwiazdami w Londynie? Za co tak  bardzo lubisz Londyn?
– Londyn kocham od pierwszego wejrzenia i przyjeżdżam tu jak tylko czas mi na to pozwala. Na początku lat 90. spędzałem tu cały lipiec po każdej kolejnej klasie ucząc się języka angielskiego w szkole na Baker Street i zwiedzając wszystkie dostępne muzea i galerie. To było coś nieprawdopodobnego. Do dziś pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie British Museum, National Gallery czy figury z Madame Tussauds.

Najbardziej jednak otwierały mój umysł lekcje w klasach pełnych obcokrajowców. Zdawałem sobie sprawę, że mój pobyt w angielskich szkołach wymaga ogromnych wyrzeczeń od moich rodziców, a co za tym idzie ogromnej odpowiedzialności ode mnie. Tak Londyn został we mnie na zawsze i czuję jego energię podczas każdej wizyty. Londyn to kolebka wolności wyboru i kreatywności zwykłych ludzi. Miasto paradoksów, bogactwa i biedy, ale przede wszystkim kalejdoskopu rozmaitych kultur.

Zmieszana krew niezliczonych nacji w kolejnych pokoleniach, bogata historia kultury i ewolucji cywilizacji, rewolucja przemysłowa – to wszystko w jednym kotle, co powoduje, że ma się poczucie równouprawnienia i unoszącego się nad wszystkimi ludzkiego szacunku i życzliwości. Dobroci, pomimo strachu przed terrorem i narastającą nierównością pomiędzy bogatymi i biednymi. Po każdej kolejnej edycji wpadam tu na parę dni odwiedzić przyjaciół, zobaczyć coś z bieżącego afisza i pooddychać ciepłym powietrzem londyńskiego metra.

Ulubione miejsca w Londynie?
– Mam ich wiele. Na pewno szalone Waterloo i wszystko pobliskich teatrów: zawsze chodzę do The Old Vic i nigdy nie jestem zawiedziony. Obowiązkowo spektakl w National Theatre i zakupy w tamtejszej księgarni. Ubóstwiam West End i tutejsze musicale – najwyższy możliwy poziom i w porównaniu z Broadwayem zawsze z większym europejskim przymrużeniem oka.

Lubię tłumy na Camden, Portobello i Shoreditch – ludzi, którzy szukają tam swojego miejsca. Czuję się tam zawsze młody. No i typowo po londyńsku w ciągu dnia lubię zdjąć buty na zielonej trawie w Green Parku i wypić kupioną w pobliżu kawę w kubku na wynos.

 

Dokończ proszę zdanie: W wolnym czasie najbardziej lubię...

– Czytać o myśleniu, myśleć o pisaniu, pisać o wszystkim. I... przytulać się bardzo lubię i polecam wszystkim..

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę