Menu


Magdalena Parys: Przestałam się z Polską rozumieć

Magdalena Parys: Przestałam się z Polską rozumieć Wojtek Rudzki

Pisarka. Laureatka Europejskiej Nagrody Literackiej. Poszukiwaczka. Emigrantka. Kiedy opowiada swoje historie, czyta się je z zapartym tchem, czuje wręcz niekomfortowo, bo słowem manipuluje tak, że dociera do szpiku. Przeszywa dreszczem. Mistrzyni kryminałów politycznych. Magdalena Parys – polskie odkrycie ostatnich lat. Rozmawia: Bartek Fetysz

Pojawiłaś się w Polsce jak jakiś meteoryt. Normalnie kryptonit na Grocholę, bo chyba po raz pierwszy w kobiecych mediach pisano bardziej o tobie niż o najpopularniejszej polskiej autorce, a literacko nie macie ze sobą nic wspólnego. Ona romanse, szczęście, będzie dobrze, a ty – druty kolczaste, jakieś słownie wyżyłowane morderstwa, kryminały. Nie chcę tu wypominać ci wieku, ale łatwo jest debiutować po trzydziestce?
– Pierwsza książka Grocholi „Przegryźć dżdżownicę” nie jest wcale taka zła. Przeczytaj koniecznie. Poza tym, nie każdy musi rozumieć Mrożka czy Zweiga. Czytanie to proces, do wszystkiego trzeba dojrzeć. Co do debiutowania po trzydziestce – ja po prostu wcześniej nie miałam czasu na poważne pisanie.

Interesowało mnie życie. Byłam tak zajęta chłopakami i imprezowaniem, ludźmi, których poznawałam, przeprowadzkami, podróżami, studiami, wszystkim na maksa, że nie byłam w stanie zebrać myśli. Miałam o czym pisać i pisałam, ale żeby pisać dobrze albo chociaż prawie dobrze, musisz się skupić. A ja nie byłam wystarczająco skupiona i w związku z tym nie miałam do tego co pisałam wystarczająco zaufania. I słusznie. Gdybym wydała to, co pisałam mając lat 20, umarłabym dzisiaj ze wstydu.

Do Niemiec wyjechałaś jako dziewczynka. Trudno było być w Niemczech Polką?
– Wyjechałam w wieku dojrzewania, miałam trzynaście lat, nie najlepszy okres na przeprowadzki, a już całkiem paskudny na zmianę kraju. Pamiętam, że mieszkając jeszcze w latach 80. w Polsce moje koleżanki i koledzy, i ja za wszelką cenę pragnęliśmy być Żydami, wszyscy bez wyjątku. Płakaliśmy nad „Dzieciństwem w pasiakach” i pragnęliśmy być tak odważni i wytrwali jak te biedne dzieci z obozów. Było mi trudno w Niemczech. Nie znałam języka, nie chciałam wyjechać do Berlina Zachodniego, nie chciałam opuszczać Gdańska i Szczecina, babci, taty.

W pamiętniku napisałam wtedy: „Umarłam. Nie żyję”. Buntowałam się, nie było powrotów, coś takiego jak „odwiedziny w Polsce” nie istniało, warto przypomnieć to wszystkim, którzy chcieliby, aby Polska wyszła z Unii Europejskiej. Byłam zdrajcą systemu, kanalią, bo wyjechałam według ówczesnego państwa nielegalnie, czyli nie wróciłam do kraju.

Za karę nie widziałam babci i taty dwa lata. Jakimś cudem po milionie wysłanych listów, odwołań i wędrówek do misji wojskowej w Berlinie Zachodnim otrzymałam paszport konsularny, dzięki temu mogłam jeździć do Polski, bez obawy, że zostanę karnie zatrzymana. Co noc w Berlinie nawiedzał mnie sen o drzewie w Polsce. Wciąż śniło mi się drzewo – bez, pod babcinym balkonem. Tęskniłam za szarością, biedą, za tym co znałam, za tym co moje.

Pamiętasz ten „twój” Berlin? Ten, do którego zjechałaś?
– Był krzykliwy, kolorowy i bardzo się go bałam. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej, ale początkowo mnie ogłuszył. Niemieckie koleżanki przyjęły mnie bez uprzedzeń, ale tylko dlatego, że dobrze się uczyłam, a w tej szkole liczyły się wyniki i to, co masz w głowie, a nie jakie ciuchy nosisz. Mój światopogląd ukształtował nauczyciel historii i polityki, ukochany profesor Bachmann.

Stawiał dobre stopnie za odwagę, mówił, że co prawda nie zgadza się ze mną, ale cieszy się, że mam własne zdanie i bronię swej niezależności. Nigdy nie zapomnę jak tłumaczył nam smarkaczom, że kampania wyborcza, która obraża przeciwnika i godzi w niego osobiście jest słaba i że mamy się dokładnie przyglądnąć takiemu politykowi, nie ufać mu.

Ciągle uczyliśmy się wszystkich możliwych szczegółów o nacjonalizmie, holokauście i powiem ci szczerze, że był moment, że wyłaziło mi to już uszami. Nie ma narodu, który przerabiałby to dokładniej niż Niemcy. Uczyli nas wychowankowie rewolucji kulturowej z 68. roku i to było coś niesamowitego. Dzisiaj do tej szkoły chodzą też moje dzieci.

Powiedziałaś kiedyś, że teraz jako osoba dorosła odradzałabyś emigrację. Dlaczego?
– Emigracja jest dobra dla ludzi silnych i odważnych. Dzisiaj w Berlinie co drugi bezdomny to Polak... Kiedyś jako bardzo młoda dziewczyna wróciłam na chwilę do Polski. Zawsze lubiłam przygody, wróciłam sama, bez rodziców, miałam jakieś dwadzieścia lat, rzuciłam w Berlinie studia i przyjechałam do Gdańska zakładać biznes, był początek lat dziewięćdziesiątych. Biznes założyłam, zarabiałam nawet nienajgorsze pieniądze, ale po drodze zakochałam się w żonatym facecie i wszystko diabli wzięli.

Zamiast pracować złamałam serce sobie i jemu. Zresztą w jakimś momencie zauważyłam, że coś z tą Polską nie tak... Przestałam Polskę rozumieć, drażnił mnie bałagan, opryskliwi urzędnicy, odrapane tynki, nierówne chodniki, niedomyci i zapijaczeni mężczyźni, chamstwo na drogach. Nagle zaczęłam dostrzegać te różnice, potrafiłam je nazwać. Wcześniej polski chaos wydawał mi się uroczy, bo swojski, ale nagle gdy przyszło mi w nim żyć, wydało mi się okropnie nie moje. Uciekłam z powrotem do Berlina.

Jako emigrant i pisarz, jestem na tym poziomie, że nie mówię już po angielsku, ja po angielsku po prostu myślę. Wiem, że nigdy nie będę w stanie napisać czegoś tak dobrze po angielsku, jak po polsku. Jak jest z tobą?
– Ze mną jest inaczej. W niemieckim jestem bardziej poukładana, skrupulatna, a w polskim jakaś rozkrzyczana i emocjonalna. Ale to może być złudzeniem, głupim stereotypem. Wyjechałam z Polski w takim momencie, kiedy jeszcze inny język może stać się twoim językiem.

Nie możesz chodzić do niemieckiej szkoły i myśleć po polsku. Kiedyś już wszystko jest po niemiecku. Zabawy, poznawanie świata, wiele ważnych lektur – wszystko po niemiecku. Całe moje młodzieńcze życie szkolne, uniwersyteckie i zawodowe to zadania domowe, dyskusje, panele, wypracowania, prace magisterskie i doktorskie, po niemiecku.

Jakie są dzisiejsze Niemcy? Jaki jest Berlin? Wydaje się, że berło i tytuł stolicy mody, clubbingu, życia w ogóle Londyn oddał jakiś czas temu Berlinowi, lub zaraz absolutnie je straci.
– Bo tu jest coś nieprzemijająco autentycznego. Zburzą, rozwalą, znów powstanie. W Berlinie wcale nie jest głupio mówić, że ważne są ideały, podstawowe wartości. 1 maja regularnie dochodzi do starć z policją, bo walczy się o coś, co w innych miastach wydaje się śmieszne. Tu jest niepokorny duch. Wolność. Równość. Demokracja. Wytarte slogany wybrzmiewają tutaj prawdziwie.

Bardzo dużo podróżuję, czasem dłużej zatrzymuję się w jakiś miastach, nigdzie nie czułam tego co w Berlinie. Takiego niespokojnego proletariatu. Tyle tylko, że on nie ma nic wspólnego z tym, co natychmiast przychodzi na myśl Polkom, czyli lewactwo, komuna. Nie, Berlin to oderwana, lepsza orbita tej galaktyki, inna jakość.

To prawda, że kiedy runął mur berliński, piłaś wódkę na dyskotece i o wszystkim dowiedziałaś się z telewizji?
– Lubię intensywne życie. Akurat wtedy rodzice wyjechali do naszego domu na wieś i byłam sama, nikt mnie nie kontrolował. Tańczyłam z jakimś amerykańskim żołnierzem i było super. Rzeczywiście pierwszy raz w życiu „waliłam wódkę” w jakimś klubie i pamiętam, że ledwo dotarłam do domu. Pomimo niemrawego stanu zauważyłam dziwny nastrój na ulicach, ludzie biegali we wszystkie strony jak w amoku.

Włączyłam telewizję, podają, że mur padł, no więc z powrotem z moimi imprezowiczami pojechaliśmy na miasto. Wiesz ten stan wtedy to było coś takiego, co można przyrównać do tego kiedy się kończy wojna. Myślę, że podobnie będzie za jakiś czas w Polsce, jak PiS odejdzie od władzy.

W 2011 r. ukazuje się twoja debiutancka powieść „Tunel”. Skąd w kobiecie pomysł, chęć napisania takiej książki?
– Nie rozumiem dlaczego dziwisz się, że w kobiecie? Mamy 2017 rok! „Tunel” musiałam napisać. Wszystko co przeżyłam w Berlinie Zachodnim nagle zebrało się do kupy i mną zawładnęło. Rozdział puchł po rozdziale i powstała książka. Ogarnął mnie wtedy jakiś szał, jak gdyby wszystkie intensywnie przeżyte lata były tylko po to, aby je przefiltrować i wypuścić z siebie. „Magika” chciałam napisać – pomysł przyszedł z artykułu ze „Spiegla” pod tytułem „Ostatni strzał”, a „Rika” to w ogóle nie wiem, co to było. Totalne zaskoczenie dla mnie samej.

Pamiętam, „Tunel” wszyscy sobie polecali, ledwo się obejrzałem, a rynek zdobywał już „Magik”. Skąd nagle ta Bułgaria, mordy, krew, szaleństwo?
– Osobiście wolałabym pisać książki o miłości, ale pod koniec zawsze wychodzi z tego brudna polityka. Jedna z moich wydawczyń nazywa mnie „polityczne zwierzę”. Myślę, że coś w tym jest, coś się przykleja i łazi za mną, dojrzewa i właściwie nie chcę o tym pisać lecz nagle pisze się to samo, wypływa. Teraz też pracuję nad taką książką. Dziwnie to zabrzmi, ale niektóre rozwiązania konstrukcyjne przychodzą mi najczęściej w wannie albo pod prysznicem.

Nie ciążą ci te historie po ich napisaniu? W ogóle, co pomiędzy tymi historiami, czytasz?
– „Tunel” i „Magik” pisały się nielekko, ale natychmiast po ich napisaniu zapomniałam o czym pisałam, bo już byłam w innej książce. W tej chwili „Magik” tłumaczony jest na 20 języków i co chwila jakiś tłumacz o coś mnie pyta, a ja kompletnie nie wiem, o co mu chodzi. Przy „Rice” było zupełnie inaczej, choć pisałam ją na najwyższym emocjonalnym „c”, traciłam dosłownie oddech.

Długo z niej wychodziłam. To jest cena za intymne książki. Jednak myślę, że gdybym miała ją pisać jeszcze raz, byłabym jeszcze odważniejsza. To była komunikacja na kilku poziomach, także z duchami. Co do czytania, to czytam non stop. Wciąż mam jakieś nowe odkrycia literackie, co tydzień nowe.

Obserwując z zagranicy sytuację polityczną w kraju – będzie rewolucja?
– Chyba żartujesz! Już jest rewolucja! Zobacz co się dzieje w całej Polsce! PiS ma w sobie siłę niszczycielską i właśnie sam się niszczy. Nie uprawia polityki, uprawia manipulację, tworzy sektę, obraża, ale Polska to nie Korea, państwo, któremu można wcisnąć kit, że Wałęsa nie był przywódcą Solidarności.

No dobrze, a co myślisz o sytuacji w Polsce?
– Znasz takie przysłowie? Pride comes before a fall? Myślę, że PiS się przeliczył, że zwyczajnie odleciał, odciął się od realu, jak jakaś planeta, która sama sobie zrobi i niebo, i księżyc, i słońce. Prezes pochodzi z epoki dziewiętnastowiecznej, nie zna języków, nie ma żony, dzieci, niewiele podróżuje, więc ma tylko jeden horyzont. Dzisiejsza Polska zna wiele języków, dużo podróżuje i ma coraz szerszy horyzont. Nie po drodze im ze sobą.  

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę