Menu


Dzień z Kasią Maderą

Dzień z Kasią Maderą

Z czystym sumieniem można powiedzieć, że zna ją cały świat. Codziennie oglądają ją miliony osób. Śnieżnobiały uśmiech, elegancka sylwetka. Błyskotliwa i pełna pasji. Kasia Madera. Prezenterka BBC World News.

Londyn, Portland Place. To nie jest przypadkowe, że siedziba BBC (British Broadcasting Corporation, czyli Brytyjskiej Korporacji Nadawczej) znajduje się w centralnym miejscu stolicy Wielkiej Brytanii. Ten główny brytyjski publiczny nadawca radiowo-telewizyjny to największa tego rodzaju instytucja na świecie. Gdyby wszystkich pracujących dla BBC zebrać w jednym mieście, zaludniliby Olecko – jest ich blisko 16.500 osób! To niewyobrażalny sztab dziennikarzy, korespondentów, producentów, operatorów, researcherów, prawników, pracowników administracyjnych i księgowych. – Stacja powstała w 1922 r. z inicjatywy sześciu firm zajmujących się produkcją sprzętu radiowego, które chciały prowadzić przy jej pomocy eksperymentalne nadawanie. Korporacja utrzymuje się z produkcji własnych programów, abonamentu telewizyjnego (osiem kanałów telewizyjnych) i zysków należących do niej przedsiębiorstw. W Wielkiej Brytanii nie emituje reklam ani płatnych ogłoszeń – tyle można wyczytać w popularnych źródłach.

11-poziomowy budynek – cztery mieszczą się pod ziemią. Wejście od Langham Place. Ogromna recepcja, kilkoro drzwi obrotowych i można znaleźć się w największym newsroomie Europy. Kilkuset dziennikarzy pracuje siedząc przy biurkach z ogromnymi monitorami. Praca wrze tutaj pełną parą. Słychać dyskusje, dzwonią telefony, ktoś coś rysuje na tablicy. Na biurkach stosy dokumentów, słuchawki, mikrofony, a także porzucone w pośpiechu niedojedzone kanapki i stygnące napoje. Skupieni dziennikarze i researcherzy wpatrują się w monitory. – To miejsce nigdy nie jest puste, bo i świat nigdy nie zasypia – mówi Helen Deller, senior publicist w BBC Global News, która z przyjemnością oprowadza gości po siedzibie swojej firmy. – Bo przecież kiedy my śpimy, w Singapurze jest akurat pora lanczu – dodaje. Taki obrazek ma zwykle przed oczami Kasia Madera, gdy wchodzi do pracy. Sama zwykle schodzi na dół, by w plątaninie schodów i korytarzy odnaleźć „swoje” studio.

On air

W przeciwieństwie do BBC News, gdzie standardem jest para spikerów, która prowadzi ciągnący się przez cały dzień serwis, w BBC World News jest szereg serwisów i 30-minutowych programów. W nocy (od 02:00 do 06:00), gdzie serwisy prowadzi zwykle jeden prezenter, obie stacje mają wspólny serwis informacyjny, nadawany ze studia BBC News, ale poświęcony głównie tematyce międzynarodowej. Studio, z którego zwykle odbywa się transmisja BBC World News, nie jest tak duże, jakby się mogło wydawać osobom, które znają je tylko z ekranu telewizyjnego. – To właśnie stąd mój kolega, James Menendez robił materiał z profesorem Robertem Kelly’m i podczas nagrania do pokoju weszły jego małe dzieci. Ten film zrobił furorę w mediach i serwisach społecznościowych – uśmiecha się Kasia. – To było słodkie. Oczywiście, nie powinno się tak zdarzyć, ale…

Podczas nagrania w studiu jest tylko Kasia i Caroline obsługująca sprzęt – ogromny zbiór kamer, monitorów i reflektorów. Cała reszta ekipy odpowiedzialna za przygotowanie programu jest kilka pięter wyżej, w tzw. galerii.Szklany blat w studiu ukrywa pod sobą dwa monitory. Dlatego na nim leży klawiatura. Ale można nie zwrócić na nią uwagi, bo często przykrywają ją notatki, które Kasia drukuje sobie przed wejściem na antenę. Dodatkowo Kasia musi na bieżąco czytać treści z promptera i obserwować się uważnie na kilku monitorach. Cały czas jest w kontakcie głosowym z producentem programu.

W galerii, przy pomocy kilkudziesięciu ekranów, zegarów, zestawów mikrofonów i specjalistycznego sprzętu grupa siedmiu osób w napięciu realizuje program. Mocno skoncentrowani wpatrują się w kilka monitorów. Czerwony pasek na dole ekranu oznacza, że widok z tej właśnie kamery jest na wizji.– Wiadomości to dzieło całego zespołu. Redaktor, czyli producent jest jak kompozytor, a reżyser jest jak dyrygent – tłumaczy Helen, wskazując na Andy’ego, który instruuje Kasię.

– Kasia, trójka! Kasia, czwórka! I znowu trójka – podaje jej wprost do ucha numery kamer, w które prezenterka ma patrzeć. – Przerwa 7 sekund i wchodzisz po słowach „w marcu”. 3!…2!...1!... Iiii trójka! – tak wygląda komunikacja tych dwojga podczas prezentacji newsów. Obserwując Kasię, która z niewiarygodną szybkością przerzuca się z tematu na temat, z Mosulu do Turcji, z Turcji do Kanady, a z Kanady do Syrii, trudno uwierzyć, że ma aż tak podzielną uwagę.

Mikroskopijne przerwy Kasia wykorzystuje na przerzucenie kartek z notatkami lub przygładzenie włosów. Czasem to błyskawiczny łyk wody i wymiana kliku uwag z prowadzącym, by po chwili z przepięknym uśmiechem zaprezentować się widzom, jakby cały czas siedziała przy biurku bez drgnięcia w tej samej pozycji.

– Kasia, nie będzie Nicoli Sturgeon, nie mamy połączenia – mówi Andy, a Kasia już wie, że zamiast rozmowy w sprawie Brexitu za niedługo będzie mogła skończyć i chwilę odpocząć. Ale nie, moment, jeszcze musi omówić materiał na żywo spod Pałacu Buckingham. To nie było planowane, jednak prezenterka musi reagować na bieżąco. Breaking News może się zdarzyć w każdej chwili. Rozbrzmiewa sygnał zakończenia BBC News i Kasia może z ulgą opaść na oparcie krzesła. Sięga za siebie, by wyjąć kosmetyczkę przemyślnie ukrytą w schowku, w kanapie, która stoi za biurkiem. Poprawia makijaż. Makijażystka Kasi bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki i pilnuje, by dziennikarka co godzinę poprawiała make up. Dla pewności Kasia spryskuje włosy lakierem. Fryzura musi wytrzymać jeszcze parę godzin.

Zwykły dzień

Dziś akurat wstała o 5:00, bo o 5:30 podjechała taksówka, by ją podwieźć na Langham Place. O 6:00 musiała być przy biurku, by przygotować sobie notatki i skrypt. O 8:00 była na wizji. Zwykle jednak pracuje wieczorami, tak, żeby zdążyć położyć spać dzieci, a po powrocie (kończy ok. 2:00 w nocy) złapać trochę snu, zanim rano zgoni synków z łóżek i zawiezie do szkoły. Po odstawieniu chłopców może spróbować odespać kawałek zarwanej nocy, choć nie zawsze się jej to udaje. Często ma też po prostu inne plany. Dziś, po serwisie porannym, planowała jechać do szpitala Westminster, żeby zdążyć na koncert charytatywny młodej, obiecującej śpiewaczki operowej, Natalie Coyle, sopranistki o polskich korzeniach. – Warto o niej mówić. Jej kariera dopiero się rozwija, ale już widać, że to prawdziwy talent. Jest zjawiskowa. Ona sama nie mówi po polsku, ale bardzo jej zależy na integrowaniu się z polską społecznością – tłumaczy.

Nie, jednak nie da rady porozmawiać z Natalie – jest zbyt zmęczona, a przecież musi odebrać dzieci ze szkoły i czeka ją jeszcze serwis o 18:00. –Nie, naprawdę chapeau bas przed matkami pracującymi codziennie od 9 do 17. Nie wiem, jak one sobie radzą z wychowaniem dzieci i prowadzeniem domu. Szczerze podziwiam. Sama pracuję na nocne zmiany, więc jest mi łatwiej – podkreśla.

Dzik jest dziki

– Skąd mam taką podzielność uwagi? Mam dzieci – śmieje się Kasia. – To wystarczy – dodaje po chwili. Dla synów niespecjalnie ma znaczenie fakt, że mamę codziennie ogląda w telewizji kilkadziesiąt milionów ludzi. – No cóż, co drugi ich kolega ma kanał na youtube – mruga porozumiewawczo Kasia. – Jak mogę z nimi konkurować?

Kiedyś Kasia przyniosła do domu książkę Brina Besta „Poles in the UK: a Story of Friendship and Cooperation” i z rozmachem położyła starszemu synowi na biurku, przed nosem. – „O, mama!” – usłyszała po chwili. Przeglądał książkę z zainteresowaniem. Stara się mówić do dzieci po polsku, jednak jest to trudne. – Ale pracujemy nad tym – zaznacza. – Czytamy Tuwima, Brzechwę. Hitem jest „Dzik jest dziki” – opowiada. Jak spędza czas w domu? – Pierwsze, co przychodzi mi na myśl do głowy, to pranie. Zawsze znajdę parę dziecięcych ubłoconych spodni – śmieje się. Mieszkają w centrum Londynu i Kasia stara się to wykorzystać: muzea, galerie, centra kultury. – O, właśnie mi się przypomniało, że niedługo jedziemy z chłopcami do POSK-u, na „Koziołka Matołka” – mówi. Kasia widzi, że u starszego syna powoli budzi się zainteresowanie historią. Również historią Polski. I nie ukrywa, że ją to niezmiernie cieszy.Jako dziennikarka często oczywiście pracuje w dni świąteczne. Kiedyś wolała mieć wolne w Sylwestra. Od kiedy ma dzieci – w Wigilię.

To trudne, dzielić czas między pracę i rodzinę. Kasia jest pewna, że gdyby nie wsparcie męża i mamy, to by jej się to nie udało. A należałoby jeszcze pomyśleć o sobie. – Chciałabym więcej ćwiczyć, nawet zaczęłam biegać i widzę, jaka jestem „straszna”. W ogóle nie mam kondycji. A muszę pomyśleć o zdrowiu – podkreśla. – Bardzo wcześnie straciłam ojca, który zmarł na zawał jako młody człowiek. Muszę dbać o siebie dla moich dzieci – mówi. Od pracy Kasia nie odpoczywa właściwie nigdy. Nawet w domu BBC News włączone jest non stop. Nie ma litości! Musi wiedzieć, co się dzieje na świecie.

Polka z Londynu

Nie urodziła się w Polsce, ale pielęgnuje polskie tradycje nieustannie. Polskie korzenie ją zobowiązują. Na Wigilię karp i śledzie, święconka na Wielkanoc. – No, w tym roku niestety zapomniałam o tłustym czwartku i nie przyniosłam pączków do pracy… – tłumaczy się. Lubi jeździć do Polski. Najczęściej łączy wyjazd służbowy z prywatnym. Tak jak teraz: przygotowała materiał o proteście kobiet, wzięła udział w forum biznesowym w Belwederze, a potem mogła odwiedzić przyjaciół i rodzinę. – Nie, nie mam zamiaru się przeprowadzać – zastrzega. – Lubię Polskę, ale chcę mieszkać tu, gdzie mieszkam. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej.

Polska jest ważna. Trzeba wiedzieć o kraju swojego pochodzenia jak najwięcej. Trzeba rozmawiać z ludźmi. Przypominać jednym i drugim, ile dla siebie znaczymy. I Polakom, i Brytyjczykom. I „starej”, i poakcesyjnej emigracji. Dlatego Kasia tak chętnie relacjonuje londyńskie targi książki, na których jest Polski Tydzień (zaprasza na wywiad Jacka Dehnela) i dokonania polskich projektantów podczas London Fashion Week. Z przyjemnością prowadziła cykl programów „Poland direct”. Teraz szuka kogoś, kto pomógłby jej sfinansować serię „Heart of Poland”. To właśnie jedno z jej marzeń, które realizuje: pokazywać światu Polaków, polską kulturę, sztukę, modę, artystów. Przypominać historię, która przecież wielokrotnie połączyła oba kraje.

Z drugiej strony czasem się zastanawia, czy polskie korzenie pomagają jej, czy przeszkadzają w karierze. – Mama dała mi imię dające się przetłumaczyć na angielski: Catherine, czyli Kate. Mój mąż nazywa się Russell. Sama nie wiem, czy jako Kate Russell osiągnęłabym więcej, czy mniej. Może bym prowadziła główne wiadomości? A może w ogóle nie dostałabym się do BBC – rozważa dziennikarka. Wątpliwości towarzyszyły jej przy wyborze imion dla synków. Musiały mieć swoje odpowiedniki w obu językach. Wybór padł więc na Henryka i Jerzego.

Fanka Wajdy

23 lutego 2017 r., City, eleganckie audytorium w prestiżowej siedzibie jednego z banków, godzina 18.00.

– Kasiu! Wyglądasz jak księżniczka – woła Peter, jeden z jej przyjaciół. I rzeczywiście, w pięknej, koronkowej sukni i wyszukanej fryzurze Kasia przyciąga spojrzenia zaproszonych gości: artystów, dziennikarzy, biznesmenów, którzy przybyli na pokaz filmu Viery Głagoljewej „Dwie kobiety”. – Witam Państwa na pokazie filmowym organizowanym przez Międzynarodowy Festiwal Filmowy Sochi. Nazywam się Kasia Madera i z ogromną przyjemnością poprowadzę dla Państwa ten wieczór… – przemawia ze sceny i zahipnotyzowana jej głosem widownia milknie, czekając na dalszy ciąg.

Mimo nawału pracy i rodzinnych obowiązków znalazła czas, by zająć się organizacją festiwalu, przeprowadzić wywiad z reżyserką, a potem być gospodynią wieczoru, który miał swoją kontynuację w siedzibie BAFTY. Dlaczego się na to zdecydowała? – Podobała mi się idea samego festiwalu – „peacemaking bridge without politics”. Spotkanie zjednoczyło trzy narodowości: Rosjan, Polaków i Brytyjczyków. Poza tym uwielbiam film. A podczas tego wieczoru został uhonorowany pośmiertnie Andrzej Wajda, którego bardzo cenię i kocham. To absolutny mistrz – podkreśla Kasia. – Jego twórczość ma na mnie silny wpływ. Gdy oglądam jego filmy, stają mi przed oczami obrazy z dzieciństwa. Przypomina mi się, kiedy jechałam na dwa miesiące wakacji do dziadków, do Polski. Czasy beztroski i zabawy, ale też i kryzysu. Kiedy stało się w kolejkach po wszystko i nie było pewności czy cokolwiek się dostanie – wspomina.

Profesjonalistka

Gdy jako nastolatka Kasia zdecydowała się studiować politykę i język francuski, jej mama załamała ręce. – Mama jest humanistką. W Polsce skończyła historię na UW i nie miała lekkiego życia. Bała się, że po studiach będę bezrobotna albo zostanę politykiem – mówi w jednym z wywiadów. Pierwsza praca w telewizji to stanowisko producentki w polskiej Wizji Sport, która nadawała ze studia pod Londynem. Kasia nie do końca miała pojęcie o pracy w telewizji, wysyłając swoje cv, ale cieszyła się, że przydała się jej wreszcie znajomość polskiego. Jej pierwsze zadanie to koordynowanie prac personelu technicznego, mówiącego tylko po angielsku i polskich dziennikarzy. Wtedy po raz pierwszy pomyślała, że mogłaby występować również przed kamerą. Dlatego zdecydowała się na podyplomowe studia dziennikarskie. – Poczułam, że chciałam być tam, gdzie się dzieje coś ważnego i mówić o tym – wspomina.

Zanim znalazła się w BBC News, szczeble jej kariery poprowadziły ją przez Sky Sports, BBC Asian Network i Radio Four. Początki nie były łatwe. Trema, emocje, analizowanie wpadek i wyciąganie wniosków, co poprawić następnym razem. Dziś już nie przeraża jej myśl, że może zaginąć jakiś materiał, wyłączyć się prompter czy zawiesić komputer, na którym ma rozkład newsów. – Piętnaście lat praktyki daje mi pewność, że poradzę sobie w każdej sytuacji. Dodatkowo doświadczenie pomaga w walce z tremą. Ale nawet dzisiaj czuję adrenalinę, gdy wchodzę na antenę. To ogromna odpowiedzialność. Goszczę przecież w domach milionów widzów – podkreśla nasza rozmówczyni.

Kasię można zapytać o wszystko. I odpowie. Z jednym wyjątkiem: nigdy nie ujawni swojej opinii. – Bycie dziennikarką w niezależnym medium zobowiązuje – podkreśla. – Mogę opowiedzieć, co widziałam podczas Czarnego Protestu w Polsce, ale nie odpowiem na pytanie, czy stanęłabym razem z tymi kobietami. Bo straciłabym opinię bezstronnej obserwatorki i zaufanie widzów. Dlatego też nie zgodziłam się na udział w debacie nt. przemocy wobec kobiet. Zaproponowałam organizatorkom, że poprowadzę im dyskusję, ale nie zostanę panelistką. Po prostu mi nie wolno – przyznaje.

Czy trudno jest czasem nie wyrażać swojego zdania, nie pokazywać emocji, gdy materiał ewidentnie musi je wywoływać? – Lata pracy w zawodzie nauczyły mnie sobie z tym radzić – tłumaczy dziennikarka. Nie mogłaby pracować w innym medium. – Tygodnik? Miałabym czekać tyle czasu z relacjonowaniem tego, co się wydarzyło? Nie, to nie dla mnie. Najważniejsze dla mnie to być tam, gdzie się akurat coś dzieje. Poszła relacja? – Poszła. No, to lecimy dalej…

Anna Dobiecka

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę