Menu


Polly Gibbons: Mój głos mógł być dany komukolwiek

Polly Gibbons: Mój głos mógł być dany komukolwiek

Polly Gibbons to obdarzona fascynującym, pełnym emocjonalnej głębi głosem młoda brytyjska wokalistka, która w tym roku została nominowana przez stację radiową JazzFM do tytułu wokalistki roku. Rozmawia Tomasz Furmanek.

Gdzie zaczyna się twoja historia?
– Jestem córką rolnika, wychowałam się na wsi w Suffolk, mam sześcioro rodzeństwa, łącznie jest nas sześć dziewcząt i jeden chłopiec. Moja mama jest córką pastora baptystów, która poślubiła lokalnego farmera z Suffolk, mojego tatę. Religia stanowiła dość dużą i ważną część mojego życia, chodziłam do kościoła i jestem mocno wierząca, i choć powiedziałabym, że kwestie duszy i wiary to skomplikowany temat, to absolutnie jestem mocnej wiary.

Natomiast jeżeli chodzi o muzykę, to nigdy (choć to wydaje się dziwne) nie gościła w moich marzeniach czy fantazjach. Pamiętam, pierwszy raz świadomie pomyślałam o muzyce oglądając film „Blues Brothers” i Arethę Franklin śpiewająca tam w kawiarni piosenkę „Think!”! To było jeszcze zanim w ogóle wiedziałam, że potrafię śpiewać, uwielbiałam Arethę i przewijałam ten fragment filmu z powrotem wiele razy, i z podziwem myślałam o tym, jak bezbłędnie i odważnie atakuje dźwięk. Wcześniej zaś interesowałam się głównie  teatrem, mój wujek założył teatr w Suffolk.

Pamiętasz, kiedy odkryłaś, że obdarzona jesteś wspaniałym głosem?
– Moja kuzynka usłyszała mnie kiedyś jak śpiewałam sobie refren hip-hopowej piosenki z lat 80. i powiedziała do mnie: „Polly, ty masz naprawdę świetny głos!”. Potem zmusiła mnie, żebym zaśpiewała przy mojej rodzinie. W efekcie zaczęłam uczyć się u miejscowej przyjaciółki, jak poprawnie oddychać przy śpiewaniu i dołączyłam do jej zespołu.

Mój pierwszy publiczny występ odbył się kiedy miałam 14 lat, było to podczas szkolnego koncertu świątecznego, zaśpiewałam „I’d Rather Go Blind” Etty James i dostałam owacje na stojąco. Byłam w szoku, ale też później, uświadomiłam sobie, że mogłabym się zajmować śpiewem na poważnie. Życzliwa uwaga, jaką od tamtego występu byłam obdarzona w szkole, też była przyjemna. Wcześniej było mi ciężko w szkole, dzieciaki były dość wredne, dokuczały mi, przezywały mnie, byłam otyłym dzieckiem, wyzywały mnie od grubych i brzydkich...Natomiast, jak tylko okazało się, że potrafię śpiewać, nastąpiła interesująca zmiana w socjalnej dynamice moich relacji szkolnych, zaczęto do mnie miło się zwracać, słyszałam dużo komplementów i nagle chciano się ze mną przyjaźnić...

W pewnym momencie w twoim życiu pojawił się Ian Show, wielka gwiazda brytyjskiego jazzu – w jaki sposób pomogła ci znajomość i przyjaźń z nim?
– Ian prowadził warsztaty wokalne niedaleko Suffolk, w których wzięłam udział. Miałam wtedy 16 lat. Ian zauważył mój wyjątkowy głos i mocno zachwycił się moim śpiewem. Mówiąc szczerze, rozpłakał się, gdy usłyszał mnie śpiewającą. Od razu zapragnął wyprodukować mój pierwszy album, co uczynił rok później. To on wprowadził mnie na londyńską scenę jazzową, to dzięki jego rekomendacji miałam swój pierwszy poważny koncert w Londynie. W pewnym momencie wprowadziłam się razem z nim do mieszkania na Elephant & Castle, gdzie mieszkaliśmy razem przez rok, mój pierwszy rok w Londynie.

Czego cię uczył?
– Tak naprawdę nie mieliśmy żadnych lekcji razem, czuliśmy się świetnie zajadając pyszne jedzenie  i oglądając South Park w telewizji... A tak zupełnie poważnie, uczył mnie nie będąc nauczycielem. Oczywiście, że wiele się od niego nauczyłam. Spotkać go i poznać go było czymś wspaniałym, dzięki niemu moje wejście na scenę w Londynie było czymś cudownym.

Od tamtego czasu minęło już kilka lat, a ty masz właśnie kolejną nową płytę na rynku, zatytułowaną „Is It Me..?”, wydaną m.in. w Anglii i USA. Opowiedz o niej.
–  To moja druga płyta dla wytwórni Resonance Records wyprodukowana przez George’a Klabina. Myślę, że już trochę lepiej poznał mnie i możliwości jakie ze sobą niosę, ponieważ nie jestem wyłącznie wokalistką jazzową. Jestem bardzo bluesowa, lubię soul, gospel, wiele różnych wpływów muzycznych ukształtowało mnie jako wokalistkę i mój styl, trzeba sobie zdawać z tego sprawę...

George pozwolił mi na ujęcie tych wszystkich aspektów mojej muzycznej osobowości na tej płycie, mam tu też 7-osobową sekcję dętą, więc brzmienie jest dynamiczne. Nagrałam też trzy napisane przeze mnie piosenki.

W recenzjach podkreśla się „amerykańskość” twojego brzmienia i stylu, i w istocie, wygląda na to, że również Amerykanie zachwycają się tobą. Jeździsz tam coraz częściej?
– Zaczęło się od tego, że jakieś pięć lat temu ktoś z pewnej internetowej stacji telewizyjnej zwrócił się do mnie z pytaniem, czy chciałabym nagrać dla nich video clip. Zgodziłam się i wysłałam im trochę moich materiałów muzycznych. Osoba ta zwróciła się równocześnie do właściciela wytwórni Resonance Records o dofinansowanie produkcji tego teledysku, który „nie wszedł” w to, ale bardzo się zainteresował moim głosem, zadzwonił do mnie i w efekcie kilka miesięcy później nagrywałam już płytę dla jego wytwórni w Beverly Hills. To był mój pierwszy amerykański album dla tej firmy, najnowszy „Is It Me..?” jest drugim, i zbiera naprawdę dobre recenzje zarówno w Stanach, jak i tutaj. W tym roku byłam w Ameryce już jakieś pięć razy, w poprzednim cztery, więc często tam występuję.

Świadomość posiadania tak wyjątkowego głosu musi być czymś fantastycznym. Jak to na ciebie wpływa?
– Mówiąc szczerze, myślę, że to jedna z tych rzeczy, które w pewnym sensie dane są kompletnie bez naszego wpływu czy zasługi. Mój głos mógł być dany komukolwiek innemu, więc nie ekscytuję się szczególnie tym faktem i nie myślę o tym zbyt wiele. Kiedy jestem na scenie zawsze staram się koncentrować na tym, jak mogę połączyć się z publicznością, jak najlepiej mogę podzielić się z nią moją muzyką, jak najpełniej przekazać treść utworu,  przekazać prawdziwe emocje. Skoro Bóg, któremu ufam bezwzględnie jako kochającemu Stwórcy, dał mi głos, to moim zadaniem jest używać go i dzielić się nim jak najlepiej.

Wiara daje ci więcej pewności siebie, pozbawia wielu wątpliwości?
– I tak, i nie, ponieważ tzw. przemysł muzyczny jest nieprzyzwoicie trudnym i dość okropnym biznesem. Jednym z najgorszych... Działam więc i idę do przodu, w pewnym sensie pomimo tego przemysłu. Tak, myślę, że dość mocno stoję na ziemi, myślę, że to niezbędna cecha tak naprawdę.

Tak jak wspomniałam, komukolwiek mógłby się przytrafić mój głos, ale skoro przytrafiło się to mnie, to myślę, że w pewnym sensie jestem zobowiązana zrobić z niego użytek, jakoś sobie radzić, iść do przodu. Aczkolwiek, przestałam już kiedyś śpiewać na dwa lata, przechodziłam załamanie, skumulowały się różne rzeczy.

Ale zrobiłaś z tym porządek, poradziłaś sobie?
– Tak. Mniej więcej. Przeszłam przez to, jestem tutaj! To był okres jakiejś hibernacji, myślę, że moja mama i jej wsparcie były kluczem do pokonania tego stanu. Bardzo się mną zaopiekowała.

A obecnie zostałaś nominowana przez stację JazzFM do tytułu wokalistki roku. To bardzo popularna stacja radiowa i ogromne wyróżnienie. Kto jeszcze był nominowany?
– Carleen Anderson i Norma Winston. Nagrodę otrzymała Norma, która jest legendą brytyjskiego jazzu, i byłoby to wręcz dziwaczne, gdyby tę nagrodę przyznano mnie lub Carleen, a nie Normie. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że sam fakt, że zostałam postawiona w jednym rzędzie z Normą Winstone było czymś wspaniałym i niezmiernie pochlebiającym. Wcześniej byłam też nominowana w 2006 roku do BBC Jazz Award, nie mając jeszcze nawet wydanej płyty. Te nominacje to bardzo miłe niespodzianki.

Myślisz o Ameryce jako o miejscu dla siebie?
– Nigdy nie mów nigdy, ale ja bardzo kocham swoją rodzinę i chciałabym być blisko nich. Lubię angielską kulturę, ogólnie kultura europejska jest mi bliska, a w Ameryce, mówiąc szczerze, jest inna kultura. Niekoniecznie chciałabym tam mieszkać. Mamy tam też problem natury politycznej, ale podobnie dzieje się tutaj obecnie. Nie wiem.

Czasami nie jestem do końca pewna, co jest tam prawdziwe. Jest tam tak bardzo hiper pozytywnie i przyjacielsko, i aż do przesady z jednej strony, a z drugiej strony nie jesteś całkowicie przekonany czy to jest naprawdę szczere i na ile głębokie tak naprawdę? Aczkolwiek, spotkałam wielu absolutnie cudownych Amerykanów, bardzo, bardzo wspaniałych ludzi.

Ale tutaj też jest przecież podobnie, całe to ciśnienie, że wszyscy muszą jawić się zawsze szczęśliwi, lovely, bubbly, easy going i Bóg wie, co jeszcze...
– Tak, masz rację. Nigdy nie zapomnę spędzonych kiedyś sześciu tygodni w Tanzanii. Pamiętam, jak przez pewien czas myślałam, że szczególnie tanzańskie kobiety są super poważne, że wyglądają jakby były czymś poważnie wkurzone wręcz. Ale potem okazało się, że były absolutnie szczęśliwe, absolutnie w porządku.

Pamiętam, że w którymś momencie jedna z kobiet, która życzyła sobie, abym nazywała ją „mama”, zapytała mnie: „Polly, dlaczego ty cały czas się uśmiechasz? Dlaczego biali ludzie uśmiechają się cały czas”? Zaczęłam się zastanawiać nad tym naszym uśmiechaniem się, to niemalże jak mechanizm obronny: „nie atakuj mnie!” Dlaczego? A może lepiej po prostu powiedzieć „cześć”, zakładając, że wszystko jest w porządku? To jest trochę tak, jakbyśmy potrzebowali tego uśmiechania się, aby torować sobie nim drogę... To śmieszne, leży u podstaw tego coś lekko paranoicznego.

Przypuszczam, że Ameryka ma swoją extremalną wersję tego czegoś, definitywnie jest to również do znalezienia w Londynie. Konsumpcjonizm, kultura próżności. Trudno mi żyć obok tego, ponieważ to nie jest tym, w co wierzę. Bardziej interesuje mnie ludzkie serce, to co jest wewnątrz nas. Rzeczy, które składają się na to, kim naprawdę jesteśmy. 

Polly Gibbons wystąpi w Ronnie Scott’s Jazz Club w Londynie 

w sobotę, 14 października. 

Bilety i więcej info na:  

www.ronniescotts.co.uk     

www.pollygibbons.com

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę