Menu


Monika Jarosińska: „Świat nam się skurczył”

  • Napisane przez  Goniec.com
  • 1 komentarz
Monika Jarosińska:  „Świat nam się skurczył” Agencja BE&W

Dyplomowana aktorka. Piosenkarka. Posiada rozpoznawalny, soulowy głos, ale gra muzykę klubową. Autorka tekstów. Ma niesamowity talent komediowy. Uzależniona od cekinów, bo życie to blask, a sama ma „status gwiazdy”. Ma niespotykaną siłę i pogodę ducha. I bardzo malutkiego psa, Bożenę. Z Moniką Jarosińską rozmawia Bartek Fetysz.

Pięć lat – na tyle zniknęłaś z mediów w kraju. Ale powracasz! Jako żona gangstera, Matylda w „Dziewczynach ze Lwowa”. Jak się czujesz?
– Czuję się fenomenalnie! To prawda, że te pięć lat nie były najszczęśliwszym okresem w moim życiu, które bardzo mocno mnie doświadczyło. Ale umiem nawet z takich przeżyć wyciągnąć wnioski. Kiedyś oglądałam się za siebie, myślałam za dużo o przeszłości. Już tego nie robię. Dla mnie najważniejsze jest „tu i teraz”.

To nie tak, że mnie w ogóle nie było. Pojawiałam się w różnych produkcjach serialowych, ale nie było to tak często. Chorowałam i nie byłam w stanie myśleć o pracy. Wracam z rolą Matyldy, również jako nowa ja. Z nową energią. Jestem bardzo podekscytowana.

Walczyłaś z tętniakiem. Czujesz się wygrana?
– Ależ oczywiście. Gdy lekarz, przyjmując cię do szpitala, mówi ci, że operacja może się nie udać, że masz 40 proc. szans na sukces zabiegu i po wszystkim budzisz się i nadal świeci słońce... To lepsze niż wygrana w totka. Nie chcę wracać do spraw przebytej depresji, bo na ten temat powiedziałam już wystarczająco dużo. To wszystko miało wpływ na moje życie zawodowe. Gdy boisz się wyjść z domu, jak możesz zebrać się, aby szukać pracy. Teraz to zupełnie coś innego. Nie chcę jechać sztampą, ale to naprawdę jest druga szansa, której nie zamierzam zmarnować.

Od niedawna mieszkasz na Malcie. Dlaczego opuściłaś Warszawę?
– Zaraz po zakończeniu łódzkiej szkoły filmowej przyjechałam do Warszawy. Miałam wtedy 25 lat. Spałam w teatrze Ochota, a potem po ciemku w mieszkaniu koleżanki, która zapomniała zapłacić rachunek za elektryczność. Przeszłam wszystkie możliwe etapy, jakie tylko można sobie wyobrazić. Wszystko w Warszawie. Przez ten cały czas doświadczyłam wiele dobrego i złego. W pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że praktycznie wszystkich znasz.

Miejsca, które kiedyś cię fascynowały, stają się rutyną. I nawet gdy twoi przyjaciele i znajomi znikają, a pojawiają się inni, to po prostu przestaje cię to inspirować. I nagle razem ze „starą gwardią” znikasz, zamykając się w swoich czterech ścianach i w efekcie zdajesz sobie sprawę, że po prostu musisz zrobić coś nowego. Musisz zmienić miejsce. Malta jest piękną, a co najważniejsze, bardzo ciekawą wyspą. Posiada niesamowitą historię. I to tylko dwie i pół godziny lotu do Warszawy.

Mieszkałaś wcześniej we Włoszech, podróżowałaś po świecie. Jak my, Polacy wypadamy na tle obcokrajowców? Według statystyk jesteśmy dość wysoko na liście narodów emigrujących.
– Kiedyś nas Polaków rzeczywiście traktowano jak „trzeci świat”. Pamiętam jak wiele lat temu jeszcze będąc w szkole filmowej pojechaliśmy na wymianę uczelnianą do Niemiec. To było bardzo upokarzające, gdy nikt z naszych gospodarzy się nami nie zajął. Nie ugościł tak, jak my ich wcześniej w Polsce. Mieliśmy to odczucie, że traktują nas po prostu źle.

Dlatego przez wiele lat nie chciałam jeździć do Niemiec. Dopiero parę lat temu mój mąż, Robert namówił mnie na spędzenie gwiazdki w Niemczech, w górach pod Monachium. On dobrze zna ten kraj, mówi w tym języku i wie jak się tam poruszać. To był jeden z najpiękniejszych momentów jakie spędziliśmy razem. Gościnność jaką doznaliśmy była po prostu niesamowita.

Pamiętam, że spaliśmy w takim małym pensjonaciku w górach, gdzie codziennie starsza pani przychodziła i robiła nam śniadanka. Najwspanialsze śniadanka jakie jadłam w życiu. I nie miało to znaczenia, że jesteśmy z Polski. Gdy mieszkam tutaj na Malcie i mówię, że jestem Polką, to spotykam się wyłącznie z pozytywną reakcją. To jest fantastyczne.

Wielu Polaków twierdzi, że za granicą najlepiej trzymać się od „swoich” z daleka. Polak Polakowi wilkiem?
– To jest niestety prawda i nigdy w życiu tego nie zrozumiem. Włosi, Anglicy, Hindusi czy inne nacje tworzą swoje diaspory, stowarzyszenia, pomagają sobie wzajemnie, a my jakoś tego nie potrafimy. Mam wielu znajomych Włochów, którzy mieszkają w Warszawie. Wszyscy trzymają się razem. Poznałam kiedyś ambasadora Indii w Polsce.

Mój dobry kolega JJ Singh zasiada w organizacjach wymiany handlowej między Polską a Indiami. Dzięki temu poznałam wielu fantastycznych Hindusów mieszkających w Polsce. Oni też trzymają się razem i sobie pomagają. Nie to, że doświadczyłam jakiś ekstremalnych sytuacji od moich rodaków za granicą, ale jeżeli słyszę od wielu osób „o, mieszkasz za granicą, fantastycznie, ale uważaj na Polaków” to jest mi po prostu smutno.

Z mężem, znanym DJ’em, Mr Root’em, tworzycie muzyczny kolektyw. Występujesz w klubach na całym świecie. W Polsce się o tym nie pisze. Skąd pomysł na taki kierunek w karierze?
– Pamiętasz, że poznaliśmy się podczas jednego z moich klubowych koncertów w Poznaniu. Zawsze chciałam śpiewać. Mimo że moim zawodem jest aktorstwo, od zawsze ciągnęło mnie do śpiewania. Śpiewałam w Górniczym Chórze Śląskim „Polonia Harmonia” jako mała dziewczyna, występowałam też w konkursach piosenki aktorskiej. Zawsze fascynowały mnie gwiazdy, takie jak Donna Summer, Madonna czy Michael Jackson.

Zawsze chciałam być taka jak oni. Wystartowałam z Zenonem Boczarem i piosenką „First Kiss” w preselekcjach do Eurowizji i niewiele nam zabrakło, aby to wygrać. Byliśmy drudzy. Śpiewałam w projekcie „Poland, Why Not”, z którym zjeździliśmy pół świata. Moje pierwsze spotkanie z prawdziwą elektroniką to był udział w nagraniu płyty zespołu Mathplanete, wydanej przez EMI Polska. To była świetna płyta, która zebrała bardzo dobre recenzje. Jednak to nie wystarczyło, aby płyta stała się prawdziwym sukcesem. To był okres, gdzie byłam naprawdę bardzo rozpoznawalna. Pamiętam jak poszłam na spotkanie z promotorami i PR’owcami z EMI.

Gdy opowiadałam, co zrobiłam w mediach, aby wypromować ten projekt oraz jak dalej powinni poprowadzić promocję, miałam wrażenie, że rozmawiam z ludźmi nie z tej planety. To były czasy gdy PR i marketing dopiero raczkował. Jakieś dziwne laski siedziały naprzeciw mnie z notatnikami i notowały wszystko co im mówiłam. Coś co teraz w marketingu jest rzeczą oczywistą, wtedy było czarną magią. Projekt w efekcie upadł, laski nie zrobiły nic, zespół Mathplanete się rozpadł, a ja chyba powinnam się zajmować zawodowo marketingiem i PR-em...

Występowałaś już wcześniej w telewizji, popularność przyniósł ci serial „Samo Życie”. Grałaś Jolkę. Jak ta rola zmieniła twoje życie?
– To nie tak, że było tylko „Samo Życie”. Występowałam w wielu innych serialach jak „Plebania”, „Pierwsza Miłość”, „Dwie strony medalu”, „Tak czy Nie”. Jednak to prawda, że Jolka to była rola z jaką byłam najbardziej kojarzona.

Zresztą nie ma się co dziwić. Na tamte czasy tak kontrowersyjna postać Jolki (prostytutki) w serialu emitowanym w popołudniowych porach, to było coś nowego czy wręcz szokującego. Prawie jak pierwsze polskie reklamy podpasek z cyklu „z pewną nieśmiałością”. A nie oszukujmy się, serialowej Jolce zawdzięczam rozpoznawalność i stabilizację finansową.

Od serialowej prostytutki, poprzez reklamy i epizody, do gangsterki. W międzyczasie jednak długo nic. W Polsce nie ma ról dla kobiet po czterdziestce?
– Pokutuje takie coś, że albo postacie kobiece to młode sex bomby, albo matki lub matrony. Gdy oglądamy amerykańskie seriale zawsze znajdzie się postać silnej kobiety w moim wieku, często wrednej szefowej, albo kobiety po przejściach. W wachlarzu postaci zawsze ktoś taki jest. U nas bardzo często nadal jedzie się sztampą lub brak jest pomysłu na taką postać.

Może w naszej mentalności nie istnieją takie kobiety, a singielki po czterdziestce, samotnie wychowujące dzieci i wciąż robiące karierę czy wręcz kierujące mężczyznami w naszym społeczeństwie nie istnieją lub zasługują na społeczną śmierć i potępienie. Nie można takich kobiet ignorować nawet w serialach czy filmach. One istnieją i trzeba opowiadać ich historie.

W rolach serialowych, jak w życiu, jesteś nieobliczalna. Odważna. Dlaczego dzisiaj, nie ma cię na salonach?
– W Warszawie wszystko już było. Powiem ci szczerze, że nie zamierzam iść, gdzieś gdzie cię obgadają, że założyłaś tą samą kieckę czy buty. To naprawdę nic nie daje. To żaden fejm tylko żałosne pompowanie własnego ego. Zdarzają się eventy, na których należy być, ale i tak za moich czasów to były imprezy, a i gifty dla celebrytów były fajne, a nie tanie pomadki do ust i ohydny catering.

Teraz wolę spotkać się ze znajomymi w domu i coś im ugotować. Wiesz, że są tacy ludzie, którzy tylko chodzą na takie imprezy? Nie są artystami, nie są nawet celebrytami. Nazywam ich „chodziarzami”, bo potrafią obskoczyć nawet kilka imprez jednego wieczoru.

Do Polski wracać obecnie będziesz tylko na zdjęcia do serialu. Tęsknisz za krajem?
– Oczywiście, że mam sentyment. Wracam i będę wracać. Świat nam się skurczył. To tylko niecałe trzy godziny lotu do Warszawy. Często dłużej zajmie ci przyjazd pociągiem z Krakowa, gdy w zimie zamarznie trakcja, a w lecie szyny pogną się od upałów.

Media zszokowała wiadomość o twoich problemach ze zdrowiem, o których przed chwilą wspomniałaś. Miałaś tętniaka. Wszyscy śledzili przebieg choroby. Czy wszystko jest już dobrze?
– Nie ukrywam, że to był horror. Poszłam do szpitala, bo bolała mnie połowa twarzy i kark. Okazało się, że tą dolegliwość można wyleczyć w kilka miesięcy, za to mam tętniaka, który jest tak duży, że nadaje się tylko do natychmiastowego zabiegu. I tak musiałam czekać kolejne kilka miesięcy na operację. Najgorszy okres w moim życiu.

Prawie jak pobyt w celi śmierci tuż przed egzekucją. Nikomu nie życzę czegoś takiego. Powiedziałam o tym, bo uważam, że osoby publiczne mają misję, to nasz obowiązek o rzeczach przykrych, w tym wypadku prywatnych, mówić, aby zwrócić na to uwagę innych. Chodźmy na badania okresowe, nie ignorujmy objawów, nie mówmy, że jesteśmy niezniszczalni czy, że nas to nie dotyczy. Bo to nieprawda. Pamiętam, że oczywiście wszyscy mi bardzo współczuli, pisali, że zapraszają na kawę czy obiad, a tak naprawdę to były najczęściej deklaracje bez pokrycia.

Jakby moja choroba była przedstawieniem i każdy czekał tylko, aby pewnego dnia móc powiedzieć „tak, byłam jej przyjaciółką” albo „tak, znałem ją bardzo dobrze”. Smutne, prawda? Obecnie wszystko jest już u mnie dobrze i jedyne co mi dokucza tutaj to upały. Nigdy nie narzekałam na słońce i gorąco, ale ponad 40 stopni to już jest hardcore...

Muzyka. Malta. Serial. Co dalej?
– Nie wiem. Żyję chwilą. Co będzie to będzie. Kiedyś uwielbiałam latać do Londynu. Zagrałam tam kilka koncertów. Chcę tam wrócić. To jedno z moich ulubionych miast na świecie.

Życie zaczyna się po czterdziestce? 
– Bzdura, kompletna bzdura. Żyjmy tak, jak byśmy chcieli żyć. Nie zastanawiajmy się co powie sąsiad, kuzyni, ciotki, dzieci, rodzice, pani ze sklepu. Nie ma znaczenia co masz w dowodzie, ważne co masz w głowie. Uśmiechajmy się, bądźmy życzliwi. Nawet gdy nam ciężko. My Polacy jesteśmy mistrzami w narzekaniu. Zmieńmy to. 

1 komentarz

  • bździna
    bździna wtorek, 01, sierpień 2017 09:40 Link do komentarza

    Świat się skurczył jak skóra na twojej gębie po operacji plastycznej :-)

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę