Menu


Krystyna Mazurówna: Być jak kolorowy ptak

  • Napisane przez  Goniec.com
  • 1 komentarz
Krystyna Mazurówna: Być jak kolorowy ptak Agencja BE&W

Krystyna Mazurówna. Nienawidzi, kiedy mówi się o niej „celebrytka”. Sama kreuje swoją rzeczywistość, wizerunek, a światowej sławy jest, jak twierdzi, tylko w Polsce, co niezmiernie ją bawi. Niekwestionowana ikona tańca i choreografii. Autorka świetnie sprzedających się książek – już za chwilę ukaże się kolejna. Rozmawia: Bartek Fetysz.

Jak to jest być w Polsce „kolorowym ptakiem”?
– Jak to jest w Polsce być kolorowym ptakiem? Tak, jak ogólnie w Polsce BYĆ INNYM – nasz kraj, niestety, jest bardzo zacofany i ma wszystkie wady prymitywnej przeszłości – rasizm, homofobię, antysemityzm i także właśnie brak jakiejkolwiek tolerancji. Nie wolno mieć kolorowych włosów, nie wolno wyróżniać się z tłumu, trzeba być szarym, przemykać się pod ścianami i starać się być niezauważonym. Mao już dawno chciał wszystkich Chińczyków udupić, ubierając ich identycznie.

Skąd w Polakach, tyle tak zwanego ageizmu – że w pewnym wieku to nie wypada, że po pięćdziesiątce to już burka i czador? A jak stuknie sześćdziesiątka to ino wybierać ulubione drzewo i strugać trumienkę.
– Po pięćdziesiątce, mówi pan? Za półtora roku będę – jak się uda – po osiemdziesiątce, i nie zamierzam odmawiać sobie czegokolwiek, ani w sposobie zachowania się, ani ubierania! Mam własne wybory i własne kryteria – nie noszę mini, bo mi się już nie podobają moje tłuste odkryte nóżki, ale – mini do czarnych obcisłych legginsów i butów do pół uda, proszę bardzo!

Pani swoim wyglądem, a przede wszystkim energią, mogłaby obdzielić kilka młodszych kobiet, nie tylko pięćdziesięcioletnich. Jest pani feministką?
– Zależy, co to dokładnie znaczy. Jestem na pewno za tym, żeby mieć równe prawa – biały z czarnym, hetero z homo, baba z facetem. Jestem zapraszana na różne kongresy kobiet – po wielu wystąpieniach kobiet, które ogólnie narzekają na mężczyzn, wychodzę na scenę i zaczynam od: „Ale ja kocham mężczyzn!” – co odbierane jest z ogólną wesołością i dużym aplauzem. Potem już wszystkie idziemy na kolację i popijawę. I znów mnie zapraszają na następny kongres.

Jak narodził się pani wizerunek? Przeniosła pani jakąś sceniczną inspirację do życia codziennego?
– Ależ skąd, to scena inspiruje się czasem moim wizerunkiem. Dobrze wiem, co mi się podoba, a rozszerza się to nie tylko na sposób ubierania się, malowania i czesania, ale i na sposób na życie. W roku 1960 byłam samotną matką, panną z dzieckiem, jak to wtedy nazywano, i to nie z jakiejś konieczności, a z wyboru – był to na pewno akt odwagi, zwłaszcza w tym kraju i w tamtych czasach. To gest bardziej heroiczny niż zielone włosy, które wtedy nosiłam.

Jak zmieniał się wizerunek kobiety? Jako obywatelka świata, paryżanka, uważa pani, że w Polsce idziemy do przodu czy cofamy się do Afryki, gdzie dziewczynkom kastruje się kobiecość?
– Parę lat temu ze smutkiem twierdziłam, że Polska jest jeszcze w epoce średniowiecza. Teraz – cofnęła się do epoki kamienia łupanego. Ale świat też idzie krętymi drogami, postęp i demokracja nie są za wygodne, nasze – niestety, wrodzone instynkty nie są wszak najlepsze, wciąż chcemy odbierać zabawki innym i dawać im po głowie łopatkami... Ach te rączki „do siebie”, kiedy wreszcie damy się ponieść szlachetności?

Gdyby miała pani opisać różnice życia w Paryżu i Warszawie. Co najbardziej kłuje w oczy?
– Ludzie w Warszawie są na pewno bardziej szarzy i smutni. Paryż jest zbiorem ludzi z całego świata, czarni i żółci mają takie same prawa i taką samą rację bytu, a w Warszawie – wszyscy jakoś zielonkawi... Nasi rodacy na ulicach Paryża wyróżniają się głównie tym, że używają „k...., k....” już nie tylko, jako przecinek, ale ten wyraz zastępuje im niemal wszystkie inne.

Tak samo jest w Londynie. Znajomy Anglik dostał kiedyś w pysk w barze, wszak myśląc, że tak często wypowiadana „kurwa” to po prostu „dzień dobry” czy coś grzecznościowego, więc wydarł się tak do ucha niewieście, która mu się spodobała. Ma pani jakieś anegdoty związane z Polakami za granicą?
– Tak, mam wiele, polecam przeczytać moją czwartą książkę, która niedługo wyjdzie – „Nasi zagranicą”.

Pani Krystyno, wróćmy do pani początków. Jak wspomina pani Lwów i dzieciństwo?
– Ze Lwowa pamiętam głównie lampę, która wisiała w salonie... Dzieciństwo było najgorszym okresem w moim życiu, potem było ciężko, ale już lepiej, tak stopniowo się polepszało, a teraz to już po prostu bajka, mam fajne życie, jak ten Cysorz...

Najgorszy okres ze względu na biedę? Czy miało na to wpływ co innego?
– Bieda to jest stan, którego nigdy nie zaznałam, nie dlatego, że miałam zawsze kupę szmalu, ale dlatego, że nie jest to dla mnie ważne. Dzieciństwo było koszmarem, byłam stale prześladowana przez starszą siostrę, była wojna, ojciec się ukrywał w piwnicy, a matka biegała całymi dniami, żeby zdobyć coś do jedzenia, a w wieku moich trzynastu lat rodzice się rozwiedli, jedno poszło w prawo, a drugie w lewo, zostałam sama z ręką w nocniku – przemieszkiwałam trochę u cioci, trochę w hotelu, trochę w internacie, trochę u koleżanki... Potem – wczesna dorosłość w ustroju fałszu, samotność w moich poczynaniach artystycznych, wreszcie adaptacja do życia emigrantki w obcym kraju – na szczęście teraz jest cudnie.

Jak wyglądały pani pierwsze kroki na scenie?
– W wieku trzech lat zadecydowałam, że będę tancerką, i – jako niesłychanie uparte dziecko – tego się trzymam do dziś. Teatr Wielki był dla mnie fabryką, smutne, nużące i mało artystyczne próby w kółko tych samych kilku baletów, odsiadywanie w bufecie przy ciastkach osiem godzin dziennie, a wraz z pensją przydział... dwóch rolek papieru toaletowego. Koszmar, prawda? Dlatego długo tego nie wytrzymałam i po dwóch latach złożyłam – ku zdumieniu wszystkich – wymówienie. Był to pierwszy i nie wiem, czy nie jedyny do dziś taki przypadek.

Nie bała się pani wówczas, że nie znajdzie pani pracy, zostanie z niczym, że nawet rolek papieru toaletowego nie będzie?
– Nigdy w życiu się niczego nie bałam, oprócz... myszy. Wiem doskonale, że każdy z nas jest panem swego losu i ma dokładnie to i tylko to, na co zasłużył.

Jest pani choreografem. Jakie to uczucie patrzeć na scenę i widzieć ułożony przez siebie układ wyćwiczony do perfekcji przez innych tancerzy?
– Byłam choreografem niemal od początku, robiłam w latach 60. wszystkie choreografie dla mnie, dla mego duetu z Gerardem Wilkiem i dla mojego zespołu tańca jazzowego. Potem, w Paryżu – między innymi do teatru „Elysee Montmartre” i dla mego zespołu „Ballet Mazurówna”. Plus – kilkadziesiąt, a może i kilkaset choreografii dla różnych teatrów w Polsce...

Odniosła pani olbrzymi sukces, myśli pani, że z perspektywy czasu – mógłby być jeszcze większy gdyby zrobić coś inaczej? Czy może nie pozwalała na to tamtejsza teraźniejszość?
– Jaki sukces? W Polsce byłam i jestem ciągle „światowej sławy”, ale tylko w Polsce, jest to dowcip, który powtarzam często moim dzieciom. Byłam całe życie niezłą tancerką, bo mam temperament, poczucie linii no i indywidualność... Uprawiałam zawód, który dawał mi wiele satysfakcji, nigdy nie musiałam chodzić do pracy z trudem czy marzyć tylko o niedzieli, o wakacjach, o emeryturze...

Ale moim największym sukcesem jest moja trójka dzieci, spełniłam się jako matka i teraz jestem szczęśliwa i dumna z każdego z nich – są niezależni, mają wspaniałą mentalność, wolne, artystyczne zawody, nie boją się życia i świetnie sobie w nim dają radę! Sukces? Co się przez to rozumie? Ja – żyć zawsze intensywnie, pełnią życia, robić zawsze to, na co się ma ochotę i móc mówić to, co się myśli. Obraża mnie nazywanie mnie w Polsce „celebrytką”, nigdy nie miałam z tym nic wspólnego i nie chcę mieć.

Nie planowała pani kiedyś rzucić tańca?
– Nie, dlaczego? Z rzucania, rzucam tylko mężów...

Co jest dzisiaj w mężczyznach najbardziej pociągające?
– Zależy dla kogo. Dla mnie niewątpliwie najbardziej pociągająca jest inteligencja, uwielbiam mężczyzn o takiej właśnie sile. Jeśli mężczyzna mi imponuje, to właśnie tą stroną swojej osobowości – silniejszy zawsze może być tragarz, przystojniejszy model czy aktor filmowy, bogatego nie szukam, bo sama umiem się wzbogacić dostatecznie do moich potrzeb.

Tak po polsku zapytam, skąd te pieniądze? Znajomy w Londynie z kupą kasy na koncie nie może kupić mieszkania, bo mu bank odpowiada, że wciąż za mało i że za mało wiarygodny…
– Detale opisałam w moich książkach. Wbrew pozorom, udowodniłam nawet i sobie samej, że nawet wykonując tak zwane „drobne zawody” – kelnerki, szatniarki, ekspedientki, kasjerki, informatorki w metrze, barmanki itp. można za to kupić mieszkanie. Tylko – tak jak ja – trzeba wykonywać pięć – sześć zawodów dziennie, a nie jeden. Dziesięć godzin zajadłej roboty, cały zarobek do banku i – za kilka miesięcy, jak znalazł. Tylko zakup pierwszego mieszkania jest trudny, każde następne można od razu wynająć i wtedy lokator niejako spłaca pożyczkę!

Co w ogóle skłoniło panią do wyjazdu akurat tam?
– Nie znoszę wsi, morza, lasów, spokoju i wakacji. Mogę żyć tylko w Paryżu, ewentualnie w Londynie, a na pewno w Nowym Yorku. Sprawa wyboru w życiu, tego się chyba nie da wytłumaczyć...

Obce miasto, brak kontaktów, czasami i nieznajomość języka – uważa pani, że emigracja to w obecnych czasach konieczność, cudowna możliwość czy przekleństwo?
– Jak wszystko w życiu, powinna to być sprawa wyboru, ale świadomego, znając swoje upodobania i możliwości. Nie mówię tu o stanie konta, ale o stanie możliwości wewnętrznych – trzeba charakteru, chęci walki, zapału i wytrwałości, żeby umieć przystosować się do innego otoczenia, innej społeczności, innych zwyczajów – ale zwłaszcza – innej mentalności! Ale – u Polaków jest to często dramat, a u Anglików czy Amerykanów na przykład – sprawa zwykłego wyboru, żyją sobie w Norwegii, w Stanach, na Alasce – i nie jest to ani konieczność, ani cudowna możliwość, ani przekleństwo.

1 komentarz

  • Katarzyna Kołeczek
    Katarzyna Kołeczek niedziela, 09, lipiec 2017 12:26 Link do komentarza

    Babcia ma sklerozę i zapomniała ile ma lat. Kto ją maluje ???

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę