Menu



Ive Mendes: „Polska jest dla mnie specjalnym miejscem”

  • Napisane przez  Goniec.com
Ive Mendes: „Polska jest dla mnie specjalnym miejscem”

Ive Mendes to znana na całym świecie brazylijska wokalistka nazywana często „królową brzmienia nu-brazil” czy „brazylijską Sade”. Odnosi sukcesy także w Polsce, gdzie jej poprzedni album „Magnetism” pokrył się podwójną platyną, a najnowszy „Bossa Romantica” również trafił na listy bestsellerów płytowych. Z Ive Mendes o muzyce, Polsce i Polakach oraz o wierze w Boga rozmawia Tomasz Furmanek.

Jesteś wokalistką, którą wielu nazywa brazylijską królową smooth jazzu, mieszkasz na wsi w Anglii, a twoje płyty w Polsce, gdzie masz status gwiazdy, pokrywają się podwójną platyną.
– Kiedy zdecydowałam się wyjechać z Brazylii do Londynu, miałam już za sobą nagranych kilka singlii dla brazylijskiego oddziału BMG. Nigdy, przenigdy nie wyobrażałabym sobie wtedy, że będę gwiazdą w Polsce, że w ogóle trafię do Polski. Owszem, myślałam, że może zdobędę popularność w Azji, Ameryce Łacińskiej... Ale moja popularność w Polsce była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Mój pierwszy album nagrałam w Wielkiej Brytanii dla małej angielskiej wytwórni Mr Bongo, specjalizującej się w muzyce brazylijskiej.

Firma ta świetnie sobie poradziła z moim pierwszym albumem, którego producentem był Robin Millar, odpowiedzialny za słynne brzmienie Sade. Wytwórnia ta, będąca właścicielem nagranego przeze mnie materiału, zaprezentowała mnie najpierw w Azji, włączając takie kraje jak Filipiny, Taiwan, Chiny czy Japonię. I to było dla mnie w zasadzie normalne, spodziewałam się tego, gdyż uwielbiają tam brazylijską muzykę. Potem przyszła kolej na Portugalię i Hiszpanię, co też było dość oczywiste, gdyż śpiewam po portugalsku, a mam też w sobie trochę hiszpańskiej krwi – przyjęto mnie tam z ogromną serdecznością.

Następnie były Grecja i Włochy, gdzie też bardzo podobało się to, co robię i gdzie było duże zainteresowanie brzmieniami „nu brasil” i „chill out”. W sumie firma Mr Bongo sprzedała licencję mojej pierwszej płyty do 14 krajów w Europie i Azji oraz była odpowiedzialna za jej dystrybucję w USA, Kanadzie i Australii. Sprzedali również licencję do Ameryki Łacińskiej, od Meksyku po Argentynę z wyjątkiem Brazylii, gdyż na mój kraj sama posiadam prawa do tego materiału. Któregoś dnia, ktoś z wytwórni powiedział mi: „wiesz co – okazuje się, że Polacy bardzo cię lubią. To interesujące!”.

Co, twoim zdaniem, przyczyniło się do tego, że twoja muzyka spodobała się w tak wielu krajach?
– Mniej więcej w podobnym czasie Bebel Gilberto wydała swój pierwszy album, zaczęto wtedy mówić o zjawisku czy brzmieniu, które nazywano „nu brazil” – o nowej brazylijskiej muzyce, którą kreowałyśmy mimowolnie, po prostu robiąc swoje. Bardzo ważne okazało się też połączenie „nu brazil” z muzyką „chillout”. W tym kontekście miałam ogromne szczęście, jakim był rozkwit tej muzyki i popularność chillout’owych składanek, takich jak np. „Cafe Del Mar” czy „Cafe Brazil”. W którymś momencie ponad 300 składanek z taką muzyką ukazywało się w ciągu roku, a moje piosenki pojawiły się na całym świecie na wielu z nich, na fali chillout’u...

Wróćmy do Polski. Okazało się więc, że twój album bardzo się tam spodobał, w zasadzie bez żadnej promocji ze strony wytwórni. Co było dalej?
– Właściciel klubu Fabryka Trzciny w Warszawie zaprosił mnie, abym tam wystąpiła. To była moja pierwsza wizyta w Polsce, przyjechałam ze swoim angielskim zespołem. Zorganizowano wtedy wiele publikacji prasowych i wizyt w stacjach telewizyjnych mających na celu promocję tego koncertu. Fabryka Trzciny okazała się miejscem bardzo alternatywnym i bardzo cool. Zaplanowany był jeden koncert, ale bilety tak dobrze i szybko się sprzedawały, że poproszono mnie, abym wystąpiła na trzech koncertach, na co się oczywiście zgodziłam. Nawiązałam wtedy wiele polskich przyjaźni, które trwają do tej pory. Polska stała się dla mnie bardzo specjalnym miejscem!

Dlaczego?
– Generalnie mam łatwość nawiązywania przyjaźni, mam przyjaciół wszędzie, gdzie byłam. Ale moi polscy przyjaciele pokazali mi Polskę taką, jakiej się nie spodziewałam. Poznałam ten kraj w okresie świątecznym, to było magiczne miejsce... Zaprzyjaźniłam się nawet z ludźmi z show-biznesu, stali się dla mnie jak rodzina. Czułam się doskonale, niezwykle swobodnie. Istotne jest też to, że Polska pojawiła się w moim życiu w bardzo bolesnym i trudnym momencie. Mój brat został porwany i zabity, wcześniej straciłam już jednego brata. Czułam się straszliwie winna, że nie zabrałam go ze sobą do Wielkiej Brytanii... To był strasznie ciężki czas dla mnie. Wyjazdy do Polski w jakiś sposób łagodziły ten ból, tak czułam. 

W moich wizytach w Polsce było zawsze coś magicznego, coś wyjątkowego. Myślę, że byli to wyjątkowi ludzie, z którymi nawiązałam więź, przed którymi nie miałam tajemnic. W Polsce czułam, że mogłam być sobą, mogłam się odprężyć. Te osoby, z którymi się wtedy zaprzyjaźniłam, naprawdę zaistniały w moim życiu i są w nim do dzisiaj.

Wyjazdy do Polski zaowocowały też podpisaniem kontraktu z firmą Sony, a konkretnie z jej polskim oddziałem. 
– Po tym jak mój pierwszy album, wydany na licencji przez małą polską firmę, odniósł sukces i uzyskał status złotej płyty w Polsce, firma Sony odkryła, że jestem właścicielem „master’a” albumu „Magnetism”, który wtedy nagrywałam,  i zaproponowała, abym udzieliła im licencji. Piotr, mój polski agent, znał ich, zgodziłam się. Poczułam, że mogę im zaufać, a to dla mnie podstawa. Ludzie z Sony wykonali kawał dobrej roboty, gdyż album ten pokrył się podwójną platyną.

Moje doświadczenia z poprzednią firmą były traumatyczne, niestety miały miejsce sytuacje, które podważyły moje zaufanie. Pojawiły się w sprzedaży albumy wydane bez mojej zgody, z nagraniami np. demo, które nigdy nie miały być publikowane. Musiałam skorzystać z pomocy dobrego prawnika, aby powstrzymać wydawanie takich płyt. To był szok, ujrzałam te płyty kiedyś przypadkiem w sklepie w Hiszpanii. Nie wspominając o tym, że nie zobaczyłam nigdy żadnych pieniędzy z ich sprzedaży. Aczkolwiek, wciąż jestem wdzięczna tej firmie za mój pierwszy album i nadal ze sobą współpracujemy.

Domyślam się, że wiele cię te doświadczenia nauczyły i wyciągnęłaś wiele ważnych wniosków. Jesteś typem osoby, która musi postępować w zgodzie ze sobą?
– To prawda. Nie kieruję się też ambicją, przynajmniej w takim typowym znaczeniu. Moją ambicją jest wzruszyć ludzi, dotknąć ich w jakiś sposób. W przeciwnym razie to wszystko nie miałoby sensu. Dlatego też nie wydaję płyt co roku, chociaż wiele osób próbuje wywierać na mnie taką presję. Na aranżera mojej ostatniej płyty wybrałam Earla Okina, którego bardzo szanuję.

Moim zdaniem jest najbardziej utalentowanym muzykiem ze świata bossa novy w Wielkiej Brytanii. Nie wszyscy, którzy mówią, że grają bossa novę, grają prawdziwą bossa novę. Ale ja, jeśli chcę nagrać taką płytę, to chcę, żeby to była autentyczna bossa. I Earl zna się na takiej autentycznej bossie, doskonale dobiera akordy i aranżuje smyczki tak, jak w klasycznej bossa novie. Jeżeli Joao Gilberto, któremu dedykowałam tę płytę, miałby te piosenki zaaranżować, to zrobiłby to właśnie w ten sposób!

A kwestia producenta muzycznego?
– W związku z powyższym sama zostałam producentem tego albumu. Robin Millar, który był zainteresowany wyprodukowaniem go, przede wszystkim wyciął by wszystko oprócz wokali i zrobiłby cały aranż od początku. To byłoby w sprzeczności z moją wizją, aczkolwiek Robin Millar jest producentem z moich marzeń. Poprosiłam go więc, aby wyprodukował mój następny album, przy którym dam mu całkowitą swobodę, i ja w ten sposób zostałam producentem „Bossa Romantica”.

Jako dziecko śpiewałaś w chórze kościelnym. Czym jest dla ciebie wiara w Boga?
– To bardzo ważne pytanie dla mnie. Myślę, że w Brazylii jesteśmy w tym aspekcie bardzo podobni do Polaków. Na Filipinach nazwali mnie „spiritual pop-jazz diva”... Myślę, że wiara jest dla mnie ważna jako źródło prawdy. Wierzę w Boga, wiem, że istnieje, bo doświadczam tego. Mój ojciec był protestantem, moja mama katoliczką. Jako mała dziewczynka, w którymś momencie zauważyłam, że mój ojciec rozmawia z Bogiem, idąc czy prowadząc samochód... Pamiętam, jak zapytałam mamę: „mamo, z kim tata tak rozmawia jak jedzie samochodem?”.

W przypadku mojego ojca nie były to tylko rozmowy, ale niekiedy wręcz kłótnie z Bogiem: „dlaczego”, „musimy to zrobić”, „nie zapomnij o tym” czy „co się dzieje”.

Czy w końcu porozmawiałaś z ojcem o tym?
– Tak. Zapytałam go po prostu: „dlaczego rozmawiasz z Bogiem?”, a on odpowiedział: „ponieważ wiem, że jest moim przyjacielem i tak nas uczy Biblia, abyśmy przyjaźnili się z Bogiem”. Tak więc zaprzyjaźniłam się z Bogiem. Jest to dla mnie prawdziwa przyjaźń.

Nie chodzi więc tyle o kościół, co o duchowość?
– I także o miłość. Jak możesz śpiewać o miłości nie czując i nie dzieląc jej? Jedna z piosenek, które nagrałam, ma tytuł „Serce dziecka”. Wybrałam ją na płytę „Bossa Romantica”, ponieważ sama mam takie serce dziecka, taką naiwność w wierze, że Bóg stworzył świat. W moim zespole tylko jeden muzyk jest wierzący, pozostali całkowici ateiści. Szanuję wszystkich i ich poglądy, ale mam swoją wiarę, poglądy i wierzę w cuda, jestem jednym z nich. Wiara jest dla mnie sposobem na życie, nie chodzę do świątyń cały czas, dla mnie świątynią jest też to, że ty i ja jesteśmy teraz tutaj w tym pięknym pokoju. Jestem chrześcijanką w kościele bez ścian.

I bez chrześcijańskiego poczucia winy?
– Nie, nie mam go. Tym co mam, jest Bóg, który kocha i który ma litość. Mam z nim personalną relację. Życie na tym niepewnym świecie jest trudne, ale wciąż jest pięknym darem, jak powietrze, którym oddychamy, które dla mnie jest oznaką stałej i cierpliwej miłości Boga.

Podobno miałaś przeczucie, że nagrasz płytę z producentem Sade, wspomnianym już Robinem Millarem? Mówiąc dokładniej, wyraziłaś taką prośbę do Boga.
– Miałam w Brazylii jedną płytę Sade, ponieważ ludzie często porównywali mnie do niej. Kiedyś śpiewałam w szkole jakąś piosenkę i ktoś powiedział do mnie: „tą wysoką nutę śpiewasz dokładnie jak Sade, myślałam, że to ona” – wtedy nie znałam jeszcze Sade, ale chodziło zdecydowanie o pewne podobieństwo barwy głosu przy artykułowaniu pewnych nut, ponadto, tak jak Sade, nie używam żadnego vibrata. Kiedy usłyszałam „Smooth Operator”, pokochałam brzmienie tego utworu i jego groove, trochę jak bossa nova, trochę w szybszym tempie... Rzeczywiście, popatrzyłam w niebo i powiedziałam: „Panie, chcę aby ten człowiek był producentem moich nagrań”. Potem miałam bardzo mocne przeczucie, że będę nagrywała z Robinem Millarem. 

A potem – nie uwierzysz! Kiedy byłam w studio nagraniowym w Rio De Janeiro, znaleźli się w studio również jacyś muzycy z Londynu. W pewnym momencie, po usłyszeniu mojego nagrania, jeden z nich powiedział do mnie: „Ive, twoja muzyka jest totalnie europejska, musisz przyjechać do Londynu i zacząć tam nagrywać! Ja ci pomogę”. I tak też się stało. To poprzez niego znalazłam się w Primrose Hill Studio, ponieważ zaprosił mnie do Londynu. Wszystko stało się faktem, prawdą. 

W Londynie poznałam Robina Millara, który został producentem mojej pierwszej płyty, a potem następnej!

Powrót na górę