Menu



Earl Okin: „Nie jestem drugim McCartney'em”

  • Napisała 
Earl Okin: „Nie jestem drugim McCartney'em”

Earl Okin to wokalista, muzyk, kompozytor, tekściarz i komik w jednej osobie. Jest uosobieniem wyrafinowanego jazzowego wokalnego kabaretu. Szczególnie ukochał sobie styl muzyczny zwany bossa-novą, uważany jest przez wielu za najlepszego nie pochodzącego z Brazylii wykonawcę tej muzyki. Pracował z największymi legendami muzyki. Z Earlem Okinem rozmawia Tomasz Furmanek.

Zdecydowanie można by cię nazwać człowiekiem renesansu, rozwinąłeś wiele talentów – do wcześniej wymienionych można by jeszcze dodać rolę aranżera i producenta. Za kogo ty sam się uważasz?
– Na pewno nie za producenta, raz tylko ktoś mi przypisał tę rolę, ale poza tym wszystko się zgadza. Przede wszystkim widzę siebie jako wokalistę, ponieważ gdybym nie śpiewał, to te wszystkie pozostałe rzeczy nie wydarzyłyby się. Ponieważ śpiewałem, to zacząłem próbować akompaniować sobie na gitarze i pianinie, a to doprowadziło mnie do komponowania dla siebie piosenek. Spotykając różnych muzyków na swej drodze uczyłem się akordów i poznawałem tajniki pisania piosenek, zdałem sobie sprawę, że akordy właśnie są kluczem do pisania nowych melodii. Nigdy nie będę wielkim pianistą czy gitarzystą, ale gram wystarczająco dobrze, aby nie wyjść na kompletnego idiotę w obecności prawdziwych muzyków – ujmijmy to w ten sposób. Ale piszę dobre piosenki, a ostatnio nauczyłem się aranżowania, posługuję się programem komputerowym zwanym logic.

Ponoć już na początku twojej drogi muzycznej wielu cenionych artystów nagrało twoje piosenki. Kto na przykład?
– Na wczesnym etapie mojej kariery miałem kontrakt z Dickiem Jamesem, który był również wydawcą The Beatles i który naturalnie rozsyłał moje piosenki do różnych wykonawców. Cilla Black śpiewała parę moich piosenek, także Helen Shapiro, która była wielką gwiazdą w latach 70. Georgie Fame też coś nagrał oraz obecnie zapomniany, niegdyś popularny wokalista o nazwisku, o ile dobrze pamiętam, Wayne Fontana. Pisałem też dla pewnej niemieckiej popowej wokalistki o imieniu Marion.

Wtedy też nagrałeś swojego pierwszego singla, który został wydany przez tę samą wytwórnię, która wydawała The Beatles?
– Nagrałem w tamtym okresie dwa single, pierwszy z nich w istocie wydany został przez Parlophone, która wtedy była firmą płytową Beatlesów. Jak wspomniałeś, mieliśmy tego samego wydawcę. Co więcej, nagrałem go w studio Abbey Road, legendarnym dzięki nagraniom The Beatles. Nie uważam, żeby ten singiel był bardzo dobry, nie podobał mi się wtedy i nie podoba mi się nadal. Nie podobał mi się sposób w jaki został zgrany, wokal był bardzo schowany…, aczkolwiek był grany przez Radio1, Tony Blackburn uwielbiał to nagranie.

Wątek „beatlesowski” przez wiele lat pojawiał się w kontekście twojej kariery, w której przełom nastąpił w 1979 roku, kiedy pojechałeś na wielkie tournee razem z Paulem McCartneyem i jego grupą Wings…
– To nie tyle był przełom, co raczej początek mojej kariery. Dick James, wydawca The Beatles zmarł w 1971 roku, więc nie miałem już tego powiązania, zacząłem występować w małych, folkowych klubach. Następnie miałem managera, który wprowadził mnie do tych lepszych folkowych klubów, gdzie grałem jako support przed takimi wykonawcami jak Ralph McTell, Jean-Luc Ponty czy Fairport Convention.

Stopniowo budowałem swoją pozycję. W maju w 1979 roku pojechałem na tournee z Van Morrisonem, w ostatniej chwili, gdyż ktoś inny nie mógł tego zrobić – poszło bardzo dobrze. Następnie w okolicach Bożego Narodzenia tego samego roku pojawił się perkusista Wings, który widział gdzieś mój występ. Szukali wtedy kogoś, kto mógłby otwierać ich koncerty, ale nie chodziło im o jakiś kolejny młody zespół, chcieli czegoś innego, czegoś co by im pasowało. No więc ten perkusista, poszedł do nich po spotkaniu ze mną i powiedział „ten gość naprawdę się nadaje!” i w taki oto sposób pojechałem na tournee z grupą Wings!

Jaki jest Paul McCartney?
– Zanim odpowiem na to pytanie, nawiążę jeszcze na chwilę do Dicka Jamesa, który uważał, że moje piosenki brzmiały trochę jak piosenki Paula McCartneya i nazywał mnie swoim „drugim Paulem McCartneyem”. Ja mu na to odpowiadałem „nie – jestem twoim pierwszym Earlem Okinem”. Paul jest bardzo przyjaznym, życzliwym, otwartym facetem. Chodzi mi o to, że, jeżeli spadłbyś nagle z planety Zargon i znalazł się za kulisami sceny, nie wiedząc kto jest tam supergwiazdą, to nie domyśliłbyś się. Bycie zwyczajnym jest dla niego czymś bardzo ważnym, nie cierpi być w pobliżu ludzi, którzy podchodzą do niego na zasadzie „ach! To Paul McCartney”. Zazwyczaj otacza się ludźmi, którzy znają go od 30 lat i jeżeli go za coś skrytykują lub odmówią mu w czymś, to zna ich na tyle, aby wiedzieć, że stoi za tym jakiś dobry powód i będzie to z korzyścią np. dla występu. On tego właśnie potrzebuje, takiej szczerości – każda sensowna osoba, moim zdaniem, tego by chciała. Jest naprawdę miły… i być może zabrzmi to okropnie, jest zwyczajny – mam na myśli zwyczajność w najlepszy możliwy sposób.

Podobno zabawiałeś swoim występem królową Elżbietę II na prywatnym występie?
– Wystąpiłem w bardzo popularnym programie telewizyjnym stacji BBC emitowanym w porze lunchu. Niedługo potem odebrałem telefon od jakiejś elegancko brzmiącej damy, pomyślałem, że to jedna z moich przyjaciółek urządza sobie żarty, gdyż zwykliśmy dzwonić do siebie i udawać różne akcenty. Bóg jeden wie co wtedy nagadałem, byłem przekonany, że rozmawiam z moją przyjaciółką, więc przyjąłem tą samą manierę i mówiłem z tym posh akcentem, będąc przekonanym, że to zabawa, ale dla owej damy musiało to być naturalne, gdyż pewnie wszyscy w jej otoczeniu tak mówili…

Na  koniec pani ta powiedziała, że wydaje małe przyjęcie, że byłem bardzo przyjemny w telewizji i czy chciałbym przybyć i wystąpić? Odpowiedziałem „tak, tak, czemu nie?”,  a dama zapytała ile sobie liczę? Wciąż myśląc, że to moja znajoma, podałem nonszalancko i bez specjalnego zastanowienia kwotę, która była 50-krotnie wyższa niż stawka za występ w klubie komediowym w owych czasach. Pani odparła „tak, tak, ale będzie pan musiał jeszcze tutaj dojechać..” i podała sensownie większą kwotę, po czym dodała „jest możliwe, że księżniczka Małgorzata też przyjdzie, ale proszę o tym nikomu nie mówić, dobrze?”, na co ja „absolutnie nie, proszę pani, ani słowa!”. I tak zakończyła się ta rozmowa, o której szybko zapomniałem. Niedługo później ranną pocztą przybyła piękna, duża koperta z instrukcjami, mapą, wszelkimi informacjami oraz z czekiem na umówioną kwotę. Wtedy zdałem sobie sprawę, że chodzi tu o prawdziwy występ! Pojechałem. Na cały program składał się mój koncert oraz występ egipskiej tancerki brzucha… Publiczność pełna wybitnych gwiazd, jak aktor Rex Harrison, Richard Rogers od Rogers and Hammerstein, David Frost, żeby wymienić tylko kilka nazwisk – prawdziwi celebryci, nie tacy jakich mamy teraz… Występ się udał, a księżniczka Małgorzata w istocie tam była i w dodatku przyprowadziła ze sobą swoją starszą siostrę.

Opowiedz proszę o swoich rodzinnych korzeniach.
– Troje z moich dziadków urodziło się w Polsce, dwoje z nich wywodziło się z dość wykształconych rodzin. Rodzina Orbachów była bardzo artystyczna, zajmowali się malarstwem, muzyką… Opuścili Polskę w roku 1890, jak wiele innych żydowskich rodzin. Polska była wtedy pod rosyjskim zaborem i był to bardzo zły czas dla Żydów. Jak na ironię, wyjechali do dużo bardziej liberalnego wtedy kraju zwanego Niemcami i osiedlili się w miasteczku Offenbach na obrzeżach Frankfurtu, gdzie założyli swoje biznesy i byli dość zamożni – 7 braci i jedna siostra – moja babcia.

Zanim rozpoczęła się I wojna światowa wszyscy, z takich czy innych powodów, wyjechali z Niemiec. Moja babcia z małą córeczką, moją przyszłą mamą, przyjechała do Londynu w 1914 roku tylko na jakiś czas, ale wybuchła wojna i nigdy już stąd nie wyjechała. Mój dziadek ze strony ojca urodził się na Białorusi w miejscowości Mogilev, jego rodzina również przyjechała tutaj w podobnym czasie. Moja babcia, jego żona, pochodzi z Szydłowca niedaleko Warszawy, nie pamiętam jej niestety, gdyż zmarła kiedy miałem sześć miesięcy, a więc jeszcze zdążyła trzymać mnie na rękach. Była bardzo bystra, zabawna i masakrowała język angielski w sobie właściwy sposób.

Czy znani ci są jacyś polscy artyści, muzycy, może komicy?
– Moi dwaj ukochani wielcy Polacy są kompletnie różni. Pierwszy z nich to gość o nazwisku Fryderyk Chopin, który, poza tym wszystkim kim był i co stworzył, stał się ogromną inspiracją w bossa-novie. Jobim, rok po tym jak napisał piosenkę „Insensantez” nagle zdumiał się tym co uczynił, stwierdzając „to jest Chopin!” Jest niemalże identyczna jak Preludium nr.4 Chopina, nie identyczna, ale bardzo blisko… Jeżeli zaś chodzi o drugiego… Jest takie małe pytanie, które zawsze lubię zadawać młodym Polakom: kto był waszym najbardziej znanym premierem, który był także muzykiem? Większość spogląda na mnie wtedy jakbym mówił Greką. A ja na to: „sprawdźcie! Nazywał się Ignacy Jan Paderewski”. Gdy byłem małym chłopcem, jedną z pierwszych płyt jakie miałem była płyta Paderewskiego grającego „Sonatę księżycową”. Była ona powodem, że spędziłem sześć miesięcy próbując nauczyć się tej sonaty z zapisu nutowego, uczyłem się dwóch taktów każdego dnia. Zajęło mi to sześć miesięcy, do tej pory jest to jedyna rzecz, jakiej nauczyłem się grać z nut.

Powrót na górę