Menu



Remi Rachuba: W zgodzie z własnym przeznaczeniem

  • Napisane przez  Dariusz Dzikowski
Remi Rachuba: W zgodzie z własnym przeznaczeniem

O zostaniu aktorem marzył od dziecka. I mimo że w Polsce wiele osób zapatrywało się na to sceptycznie, na wyspach dopiął swego. Obecnie Remi Rachuba może się pochwalić ciekawymi osiągnięciami. 

 

"Intruz". Ten spektakl w pierowtnej  wersji napisany przez Remiego w 2013 roku, odniósł szereg sukcesów. Entuzjastyczne reakcje widowni, nominacja do nagrody dla najlepszego monodramu w konkursie im. Adriana Pagana, organizowanego przez londyński King’s Head Theatre, miejsce w czołówce konkursu BBC Writersroom’s Drama, do którego zgłoszono niemal 4 tysiące sztuk. Rachuba, idąc za ciosem, w marcu bieżącego roku rozpoczął próby do przedstawienia, co było możliwe dzięki dofinansowaniu uzyskanemu z Arts Council England. – Wszystko już było gotowe, mieliśmy zaplanowane występy w Londynie, Slough, Bognor Regis, Wandsworth, Bedford i Manchesterze, niestety ze względu na epidemię koronawirusa musieliśmy je przełożyć na później. Ale co się odwlecze… – nie traci nadziei 45-latek. „Intruz” to autobiograficzna historia młodego mężczyzny, który przeprowadza się z Polski do Szkocji, by tam spełnić swoje marzenie i zostać aktorem, ale pada ofiarą napadów rabunkowych, co odbija się na jego zdrowiu psychicznym. Spektakl porusza problematykę stanów lękowych, sprawiedliwości naprawczej, przebaczania, dążenia do realizacji obranego celu. Flegmatyczny naukowiec – Co najbardziej podoba mi się na Wyspach? – Rachuba zastanawia się chwilę. – Chyba to, że w każdym momencie można zmienić swoje życie i zacząć robić coś nowego. Niestety, ludziom czasami brakuje szczerości. Owszem, w Glasgow mówią otwarcie co czują, ale w Londynie już nie do końca. „It’s lovely, but…”, „It’s nice, but…”. Zawsze jest gdzieś to „but”… W tym pierwszym mieście Polak zakotwiczył w 2005 roku, w kolejnych latach ucząc języka angielskiego w liceach, a potem pracując również w szkole specjalnej. Jednocześnie rozwijał swoją artystyczną pasję. W sztuce „Volpone”, wystawianej w Teatrze Ramshorn, wcielił się w klauna, a niedługo potem zagrał w trzech przedstawieniach podczas festiwalu w Edynburgu. Kulminacją tego okresu były studia aktorskie w prestiżowej Royal Conservatoire of Scotland, które roztoczyły przed nim nowe perspektywy. Dziś ośmioletni okres pobytu w Szkocji wspomina z dużym sentymentem. Poza serdecznymi, pomocnymi ludźmi, to również niezwykłe widoki. Wyspa Skye, Hebrydy Zewnętrzne, Loch Ness, Oban, Inverurie, miejsc, których warto zobaczyć nie brakuje. 

Życie pisze jednak własne scenariusze, dlatego w 2013 roku przeniósł się do Londynu, gdzie grupa teatralna dreamthinkspeak wystawiała przedstawienie „In the Beginning was the End”. Odniosło ono duży sukces, a Polak wcielił się we flegmatycznego, zatopionego we własnym świecie naukowca. 15 minut przed każdym występem schodził do laboratorium, żeby odnaleźć tę postać w sobie, a potem przez cztery godziny improwizował przed publicznością. Początkowo nie było łatwo, ale po kilku tygodniach czuł się w tej roli jak ryba w wodzie. Dwa lata wcześniej z grupą dreamthinkspeak wystąpił w spektaklu „Before I Sleep”, opartym na „Wiśniowym sadzie” Antoniego Czechowa.  Ten projekt również cieszył się dużym powodzeniem, co skutkowało dwukrotnym przedłużeniem terminu pokazów oraz udziałem w Holland Festival w Amsterdamie. Kolejne wspólne produkcje były już tylko kwestią czasu. Gorzka pigułka Pochodzi z Kudowy Zdrój. Mama była nauczycielką wychowania fizycznego, a tato urzędnikiem państwowym. Remi udzielał się na różnych polach – działał w zuchach, harcerstwie, trenował siatkówkę, prywatnie uczył się niemieckiego oraz gry na pianinie. Było intensywnie, ale przede wszystkim pasjonowało go aktorstwo. Jeździł na przedstawienia teatralne, namiętnie oglądał filmy, brał udział w rozmaitych kółkach, konkursach, szkolnych przedstawieniach. Wkładał w to całe serce, chcąc zostać zawodowym aktorem, jednak nie wszyscy podzielali jego entuzjazm, dając do zrozumienia, że to nie jest profesja dla niego. Największym rozczarowaniem okazały się egzaminy na studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. – Od osób z komisji usłyszałem, że mam wadę wymowy, której korekta zajmie wiele lat i żebym dał sobie spokój. Taką pigułkę niełatwo jest przełknąć, ale miałem wewnętrzne przekonanie, że aktorstwo jest moim przeznaczeniem i nie poddam się – mówi Rachuba.

Po ukończeniu filologii angielskiej w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Wałbrzychu, w 1997 roku przeprowadził się do stolicy, rozpoczynając studia zaoczne w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, które ukończył z tytułem magistra. Jednocześnie pracował jako nauczyciel angielskiego – w liceum oraz prywatnych firmach – ale przede wszystkim, co było dla niego najważniejsze, szlifował swój artystyczny warsztat. Został przyjęty do Studia Dramy w Mazowieckim Centrum Kultury i Sztuki, gdzie pod okiem Anny Dziedzic jego wystudzony nieco entuzjazm ponownie odżył. Rok czasu, osiem godzin zajęć w tygodniu plus spektakle dla publiczności. Dużo się działo, czasami sam się dziwił, jak to wszystko udaje się pogodzić. Ba, w okresie wakacji wyjeżdżał na zagraniczne kursy aktorskie, pobierając nauki w Nowym Jorku (American Academy of Dramatic Arts), Moskwie (Moscow Arts Theatre School) oraz Londynie (Royal Academy of Dramatic Arts i London Academy of Performing Arts). Dyrektorka tej ostatniej placówki stwierdziła, że bardzo podoba się jej gra Polaka i powinien zbierać pieniądze na studiowanie u nich. To było niesamowite uczucie, w końcu ktoś dostrzegł w nim talent i możliwości. Na operowych deskach Zdjęcia, plakaty, wspomnienia. Marzenia, których nie udało się zrealizować w ojczystym kraju, stały się jego udziałem na Wyspach. Z wielu projektów, w jakich uczestniczył, najbliższy jest mu wspomniany już monodram „Intruz”, ale i do innych ma duży sentyment. Chociażby przedstawienie „Łucja z Lammermooru” w reżyserii Katie Mitchell, wystawiane na deskach słynnej Royal Opera House w Londynie, gdzie wcielił się w szkockiego służącego, pracując z tak wybitnymi śpiewakami operowymi jak Aleksandra Kurzak i Artur Ruciński. Od tamtej pory stał się fanem twórczości Donizettiego, która towarzyszy mu do dziś.

Były też pamiętne występy podczas studiów w Royal Conservatoire of Scotland w Glasgow.  W „Królu Learze” został obsadzony w wymagającej i trudnej roli Edgara, który przechodzi wiele transformacji i pokonuje zło. Wymagało to również dobrego przygotowania fizycznego, gdyż spektakl grano dwa razy dziennie – po południu i wieczorem. Z kolei w „Ashes Blood”, sztuce wybitnego szkockiego pisarza Davida Harrowera, który napisał ją specjalnie dla pięciu wybranych studentów z roku, zagrał 65-letniego ojca, szefa firmy autobusowej, charakteryzującego się specyficznym poczuciem czarnego humoru. Warto również wspomnieć o nadużywającym wyskokowych trunków Lövborgu w przedstawieniu „Hedda Gabler”. Remi spędził dużo czasu pracując nad tą postacią – czytając książki i oglądając filmy poświęcone temu nałogowi, a nawet chodząc na spotkania anonimowych alkoholików. Innego rodzaju doświadczeniem okazały się czterodniowe próby w garażu do objazdowego spektaklu „Pinokio”, gdzie zagrał siedem różnych postaci. Ćwiczenie tekstu oraz przyzwyczajanie się do szybkich zmian kostiumów i puszczania muzyki było dobrą kuźnią charakteru. Kierunek – Alaska Jako dziecko uwielbiał grać w siatkówkę i to mu pozostało do dziś. Jest również zapalonym kibicem, a mecze reprezentacji Polski w tej dyscyplinie śledzi z zapartym tchem, szczególnie, że w ostatnich latach sukcesów biało-czerwonym nie brakuje. Jego pasją są też podróże. Był w wielu ciekawych miejscach, jednak największe wrażenie zrobiły na nim Chiny i Islandia. Do Państwa Środka poleciał w 2004 roku i w ciągu miesiąca przemierzył pociągiem jego duże połacie – od Pekinu, przez Xi’an, Chongqing, przeprawę rzeką Jangcy, po Wuhan, Szanghaj i powrót do stolicy kraju. Najbardziej urzekający był kontrast tamtego świata, tak różnego od europejskiego. Architektura, tradycja, ubiory, zachowania ludzi… – tam wszystko jest inne. Osiem lat później w ciągu 17 dni objechał autobusem Islandię. Bajkowe krajobrazy, gejzery, długie dni i dodatkowe atrakcje, takie jak chociażby urodzinowe nurkowanie w krystalicznie czystej wodzie laguny Silfra, do dziś stoją mu przed oczami. A przy okazji odwiedził dawnego kolegę z Polski, który uczył tam w szkole matematyki, oczywiście po islandzku. Gdzie chciałby się wybrać w przyszłości? – Intrygujących miejsc nie brakuje, jednak najbardziej fascynują mnie bezludzia, szczególnie północna część półkuli północnej – biegun, Alaska, Syberia. Sam nie wiem dlaczego mam do tych terenów taki sentyment, może bierze się to z ich dzikości, potrzeby spokoju, przebywania na łonie natury – wylicza 45-latek, który również pod względem artystycznym nie zasypuje gruszek w popiele i pisze nową sztukę. Będzie ona oparta na jego niedawnym zawodowym doświadczeniu, jakim była praca z młodzieżą autystyczną… 

Powrót na górę