Menu


Trzeba dostrzegać dobre rzeczy nawet w tych bardzo złych

Trzeba dostrzegać dobre rzeczy nawet w tych bardzo złych

Z pisarką Magdaleną Witkiewicz rozmawia Karolina Tuszyńska

Mówi pani, że "Jeszcze się kiedyś spotkamy", to najbardziej osobista powieść w pani dorobku, na którą pomysł zrodził się podczas jednego ze spotkań z czytelnikami. Jak długo dojrzewała pani do napisania tej książki? Od czego zaczęły pani przygotowania do napisania tej, wyobrażam sobie, bardzo wymagającej zarówno emocjonalnie, jak i warsztatowo dla pisarza powieści?

– Przygotowania zaczęły się od wymyślenia tej historii. Od tego, że zastanowiłam się, co chciałabym przekazać. Myślałam o niej chyba dwa lata, zbierając różne źródła. W zasadzie zbierałam wszystko, co napotkałam o wojennych czasach, o psychologii transgeneracyjnej. Powieść w tym czasie układała się w głowie. Musiałam do niej dojrzeć. I bardzo cieszę się, że w końcu nadszedł jej czas, bo to naprawdę ważna dla mnie książka. 

W podziękowaniach mówi pani, że czasem podczas pisania powieści miała wrażenie, że przodkowie, jakby nie życzą sobie, by grzebać w przeszłości, czym to się przejawiało?

– Nie mogłam pisać. Po prostu nie mogłam. Robiłam wszystko, by nie pisać i nie byłam w zbyt dobrej formie psychicznej. Może to byli właśnie oni?

Mówi pani również, że niekiedy podczas pisania zacierała się granica między fikcją literacką, a rzeczywistością. Który z wymyślonych bohaterów stał się pani najbliższy?

– Chyba Adela. Bo w niej widziałam moją babcię. I tak naprawdę chyba dopiero teraz ją zrozumiałam. I chciałabym jej powiedzieć, że ją podziwiam za to, co przeszła. Za to jak dała sobie radę. Nie wiem jak wyglądało jej życie, ale wiem jak mogło wyglądać. 

W moim filmie na YouTube ośmieliłam się nazwać panią kobietą, która przechytrzyła Hitlera. Nie obawiała się pani, by również w obliczu tak tragicznego tła historycznego i tym razem zdecydować się na swój znak rozpoznawczy, czyli szczęśliwe zakończenie?

– Ja myślę, że trzeba zawsze widzieć to szczęście. Ktoś mógłby myśleć, że ta książka się nie zakończyła szczęśliwie… Jest tutaj happy end, ale trochę nieoczywisty. Chciałabym pokazać czytelnikom, że trzeba dostrzegać dobre rzeczy nawet w tych bardzo złych. 

Czy ciężko było rozstać się z bohaterami powieści? Czy jest szansa na kolejne z nimi spotkanie? Z punktu widzenia czytelnika rozkochanego w historiach pani wojennych bohaterów, tak naprawdę chciałabym poznać bliżej losy każdego z nich.

– Tego nie wiem. Na razie chyba nie. Chociaż już czytelnicy piszą mi, który z wątków mogłabym pociągnąć dalej. Myślę, że jeszcze kiedyś wrócę do wojennego Grudziądza. Mam mnóstwo materiałów, literatury… 

A być może jest coś, co z perspektywy czasu, chciałaby pani w swojej ostatniej powieści zmienić? Inaczej pokierować losami niektórych bohaterów? 

– Ta powieść wydaje mi się skończona. Chociaż już po napisaniu, na spotkaniu autorskim w Grudziądzu od męża bratanicy mojego dziadka dowiedziałam się, że dziadka brat najpierw był w wojsku polskim, a potem został wcielony również do Wehrmachtu. Może gdybym o tym wiedziała, jeszcze bardziej poplątałabym losy bohaterów? Chociaż chyba i tak wystarczająco były poplątane. Na początku chciałam zostawić pewne wątki nierozwiązane, na przykład wątek Racheli… Ale potem stwierdziłam, że to nie byłoby w porządku wobec czytelników. 

Bohaterka pani powieści zainspirowała się artykułem prasowym o teorii psychologii transgeneracyjnej. Czy ów artykuł rzeczywiście istniał i być może wpłynął również na panią i formę powieści?

– Tak, taki artykuł istniał, ale przeczytałam go już po zainteresowaniu się tematem. Jednak mogło tak być.

Często zastanawia mnie jakie to uczucie być pisarzem, kreatorem ludzkich losów, demiurgiem? Jak sama postrzega się pani w tej roli? Jak przebiega proces twórczy? Co bardziej panią napędza do pracy: natchnienie, czy deadline?

– Natchnienie jest zawsze. Nieustająco wymyślam nowe historie, w głowie jest już ich kilka. Tylko największym problemem jest usiąść na pupie i to wszystko napisać. Do tego zdecydowanie napędza mnie deadline i podpisana umowa. A bycie kreatorem losów? Może inaczej. Ja jestem kreatorem postaci, a te postacie potem chodzą różnymi drogami i powiem szczerze, że czasem mi się wydaje, że ja nie mam żadnego wpływu na to, co one wyprawiają!

Na polskim rynku wydawniczym wciąż pojawia się wiele nowych nazwisk. Co doradziłaby pani początkującym pisarzom? Jaka jest Magdaleny Witkiewicz recepta na sukces? 

– Wytrwałość i wiara w marzenia. I czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i też promować swoje książki. I trzeba zawsze pamiętać, że z wydawcą gra się do jednej bramki. I pisarzowi i wydawcy zależy jak na najlepszej sprzedaży. Więc trzeba robić wszystko, by tak się stało. Trochę pokory też się przyda. Ale tylko trochę. I bez fałszywej skromności. Wiara w to, co się napisało, to podstawa. Bo któż ma w to wierzyć, jak sam twórca nie wierzy?

Wreszcie pytanie jakże ważne dla nas, czytelników, jakie dalsze plany twórcze pani Magdo? Kiedy następna powieść i czym tym razem nas pani zaskoczy?

– Jeszcze do niedawna powiedziałabym ze stuprocentową pewnością: komedia obyczajowa. Ale teraz strasznie pcha mi się na świat thriller! Tylko czy ktoś uwierzy, że Magdalena Witkiewicz może napisać dobry thriller?

A może odwiedzi nas Pani w Wielkiej Brytanii? 

– Wybieram się latem do Londynu. Będziemy wraz z dziećmi uczyć się angielskiego. A po godzinach chcę zobaczyć wszystko, co jest możliwe!

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę