Menu


Marek Niedźwiecki: Nie ma życia bez radia

Marek Niedźwiecki: Nie ma życia bez radia

Z Markiem Niedźwieckim, polskim dziennikarzem muzycznym, długoletnim prezenterze Programu III Polskiego Radia, rozmawia Anna Paprzycka.

 

 

 

 

O byciu prezenterem radiowym marzył pan od dziecka, ale nie ukończył pan dziennikarstwa, tylko wydział budownictwa Politechniki Łódzkiej. Dlaczego? Z „rozsądku”?

– W tamtych czasach dziennikarstwo, to były studia polityczne, a ja chciałem w radiu prezentować muzykę. Wybrałem politechnikę, bo wcześniej studiowała tam moja siostra i powiedziała mi o grającym w akademikach studenckim radiu „Żak”. Pomyślałem, że to może być moje pierwsze radio, i tak się stało.

Jak zaczęła się pana przygoda z radiem? Podobno na samym początku byłe „leśne audycje”...

– Zaczynem była radiowa audycja w Pierwszym Programie Polskiego Radia – „Popołudnie z młodością”. Ja byłem młody i wszystko w tej audycji mi się podobało. Zwłaszcza lista przebojów „Studia Rytm”, nadawana w każdą sobotę od 18.00 do 19.00. Słuchałem, głosowałem i marzyłem, że kiedyś będę mógł prowadzić podobną audycję. Nie mogłem przewidzieć wtedy, że za kilkanaście lat spełni mi się to marzenie. Radio „Las”? No tak, chodziłem latem do lasu na grzyby i wymyślałem audycje, jakie będę prowadził w prawdziwym radiu. Warto było marzyć…

Jak trafił pan do Trójki?

– Bo bardzo o tym marzyłem. A w rzeczywistości to przypadkiem. Kiedy w kwietniu 1982 roku Trójka wracała na antenę, jej szefem został Andrzej Turski (ten sam, który prowadził Listę Przebojów „Studia Rytm”). Andrzej wymyślił, że w sobotę o 20.00 będzie w Trójce lista przebojów. Szukali prowadzącego i padło na mnie. Z polecenia Zofii Kruszewskiej i Piotra Kaczkowskiego, który też prowadził listę „Studia Rytm” i wiedział o mnie, że bardzo czekam na taką propozycję. Miałem szczęście.

Co jest najważniejsze w byciu radiowcem?

– Uczciwość i rzetelność w stosunku do słuchacza. Bo w radiu to on jest najważniejszy. Jeśli go nie ma, nie ma radia. Trzeba zawsze pracować na 100 proc., nigdy nie odpuszczać. Tak, jakby każda audycja była tą najważniejszą. Ja to robię już od ponad 40 lat. Chyba się sprawdza…

Pamięta pan jeszcze swoją pierwszą wpadkę?

– Pierwsze zdarzały się w „Żaku”, następne w rozgłośni Polskiego Radia w Łodzi, ale najgorsza to zdarzyła mi się w Trójce. Moim gościem w audycji była Edyta Geppert, a ja zapowiedziałem: w studiu witam Edytę Górniak. W zasadzie po takiej zapowiedzi powinienem wyjść z radia i nigdy tam nie wracać. Edyta roześmiała się i zaczęliśmy rozmawiać. To była miła rozmowa, wszystko się udało, była rozluźniona moją wpadką. Pamiętam, że zagrałem po rozmowie piosenkę w jej wykonaniu „Słynne gładkie eł”. Na końcu tej piosenki Edyta spontanicznie się śmieje. Było ok. Ale będę zawsze pamiętał o tym, żeby zapisywać na kartce nazwisko gościa. Na wszelki wypadek…

Powiedział pan kiedyś „nie jestem wesołym didżejem, który musi się wszystkim podobać. Ale nie jestem też dziadkiem. Na szczęście nadal jest spora grupa ludzi, która czeka na audycję w stylu dawnej listy”. Przez te wszystkie lata, pewnie dla wielu słuchaczy jest pan również swego rodzaju członkiem rodziny?

– Tak. Mam takie sygnały i to jest bardzo sympatyczne. Zapracować na coś takiego, to poważna sprawa. Sam jestem oczywiście słuchaczem radia i też tak traktuję te głosy, których lubię słuchać.

Również wśród moich znajomych są tacy, którzy listy za żadne skarby nie odpuszczą. Takie przywiązanie do programu, do prowadzącego zapewne jest bardzo miłe, ale podejrzewam, że zdarzają się przez to również śmieszne sytuacje. Pamięta pan jakieś, może dziwny prezent od słuchacza albo zaproszenie?

– Oj, jest tego bardzo, bardzo dużo. Zaproszenia na sylwestra, bale i wesela. Nie w charakterze prowadzącego imprezę, ale jako „osoba towarzysząca”. Odmawiam… Często dostaję słoik miodu. Bochen chleba. Kiedyś słuchacz spod Warszawy przywiózł mi kilka skrzynek jabłek. Podzieliłem się z kolegami na Myśliwieckiej. Słuchacz z Warszawy, po powrocie od rodziny z Podlasia przywozi pyszne wędliny i sery do spróbowania. Poziomki, maliny, przetwory domowe… Na szczęście coraz rzadziej dostaję czekoladki. Byłem kiedyś „słodkim Maćkiem”, ale ostatnio wolę śledzia. Prezenter lubi dostawać prezenty. Ja się odwdzięczam moimi książkami, płytami…

Myśliwiecka to zapewne pana drugi dom. Ile godzin trwał pana najdłuższy dyżur radiowy, taki z własnej woli?

– Na początku pracy na Myśliwieckiej przychodziło się do radia przed 9.00, czasem przed 5.00, jeśli miałem dyżur poranny, a wychodziło po audycji „Zapraszamy do Trójki”, czyli po 19.00. I tak kilka lat. Teraz robię co jest do zrobienia i wychodzę.

Po studiu chodzi pan w kapciach czy na bosaka?

– W butach! Zimą zmieniam obuwie w pracy, żeby było wygodniej. Nigdy w kapciach!

Wyobraża pan sobie życie bez radia?

– Nie bardzo. Gdybym nie pracował w radiu, to by mnie po prostu nie było.

Podobno poza radiem lubi pan być „niewidzialny i nieuchwytny” – prawda to?

– Tak. Nie odbieram telefonów, jeśli wyświetla mi się nieznany numer. Chyba dlatego, że mam kłopot z odmawianiem. Słaba asertywność. Lubię być ze sobą. Nie nudzę się. Lubię codzienność i powtarzalność. Lubię słuchać muzyki i czytać książki.

Od 1982 roku hipnotyzuje pan słuchaczy Trójki, niektórzy jednak twierdzą, że pana prawdziwym powołaniem jest gotowanie, szczególnie dobrze wychodzą panu kotlety mielone. Czy przyrządza je pan według jakiegoś starego przepisu, przekazywanego z pokolenia na pokolenie? Mógłby zdradzić pan czytelnikom „Gońca” swój sekret?

– Mój tato był rzeźnikiem. Robił najwspanialsze mielone jakie jadłem. Od ponad 20 lat, kiedy tato zmarł szukam tamtego smaku. Nie znajduję go. Pozostanie na zawsze jednym ze smaków dzieciństwa. Ale przy okazji znalazłem pomysł na moje mielone. Pół kilograma mięsa, najchętniej indyk i cielęcina – pół na pół. Dwa jajka, bułka namoczona w mleku. Cebula zeszklona na patelni. Kurki albo pieczarki drobno pokrojone, często smażę je wraz z cebulą. Sól i pieprz do smaku, ja dodaję także kilka kropli sosu sojowo-grzybowego i łyżeczkę sosu słodko-pikantnego chili. Dużo natki pietruszki, nawet dwa pęczki. Z tego wszystkiego wychodzi mi około 20 niewielkich kotletów. Smażę je obtoczone w bułce tartej, na oleju rzepakowym. Smacznego! Zosia (realizator) mówi, że powinienem rzucić pracę w radiu i smażyć te mielone zarobkowo…

Jest pan autorem kilku książek o radiu, podobno każda z nich miała być o Australii. Prowadzi pan również bloga... i właściwie tutaj chciałam zadać pytanie, czy będzie kolejna książka, ale okazało się, że już jest – świeżynka z listopada tego roku „Marek Niedźwiecki Australijczyk”. Kolejne marzenie się spełniło? Czy to znaczy, że już więcej publikacji „o radiu” nie będzie?

– W „Radiocie” i „Nie wierzę w życie pozaradiowe” napisałem już chyba wszystko o mojej przygodzie z radiem. Zostało jeszcze wiele opowiadań o samej robocie, wpadkach, spotkaniach z artystami. Taka książka mogłaby mieć tytuł „Dyrdymarki”. Lubię się bawić naszym językiem. Ale kto by chciał o tym czytać? „Australijczyk” jest spełnieniem marzeń.

Dla kogo jest ta książka? Czy można ją potraktować jako swego rodzaju przewodnik, czy może jest bardziej osobista?

– To miał być tylko album ze zdjęciami. Ale wydawca zasugerował, żeby każde było podpisane tekstem do 3000 znaków. No i tak wyszło. To zapis moich podróży na Antypody, trochę dziennik, trochę przewodnik.

Co takiego magicznego jest w krainie kangurów? Co pana tam przyciąga?

– Natura, przyroda, ludzie, kolor ziemi, smaki i zapachy. W zasadzie wszystko. No i wino! Od 20 lat je testuję i jestem fanem. Shiraz z McLaren Vale jest najlepszy na świecie. Chardonnay zresztą też! Cudowna sprawa odkrywać tam coraz nowsze smaki wina. I jeszcze może to mnie tam ciągnie, że uciekając tutaj od zimy, trafiam tam na środek lata. A zima tam jest zielona i to też mi się podoba.

Zastanawiał się pan kiedyś nad emigracją?

– Nigdy. Ja jestem stąd i lubię tutaj żyć.

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę