Logo
 Wydrukuj tę stronę

Polska tańcząca wiolonczelistka w Londynie

Polska tańcząca wiolonczelistka w Londynie

Agnieszka Teodorowska ma 36 lat i od blisko 30 gra na wiolonczeli. Tańczy forró, wie wszystko o remontach poddaszy i przekonała się, że droga do sławy w Brazylii może prowadzić przez Londyn.

Agnieszka mieszka nad pracownią lutniczą w West Byfleet. Warsztat Adriana Warricka zajmuje parter dwukondygnacyjnej wiktoriańskiej kamienicy. Adrian jest kontrabasistą i lutnikiem w trzecim pokoleniu. Jego życie to drewno i metal, które odpowiednio skomponowane rodzą dźwięk. Od razu znaleźli wspólny język. Aga mogła sobie spokojnie na wynajętym piętrze urządzić sypialnię i studio nagrań.

Będę grała na harfie!

Jest 1987 rok. Rodzice Agnieszki ogromnie kochają swoją 7-letnią rozbrykaną córkę, ale martwią się trochę jej przyszłością, bo w szkole trzeba usiedzieć spokojnie i skupić uwagę. – Dziś być może zdiagnozowano by u mnie ADHD. Ale wtedy nikt o czymś takim nie słyszał – wyjaśnia Aga. Więc za radą cioci posyłają Agnieszkę na przesłuchanie do muzycznej podstawówki. – Skoro będzie musiała się skoncentrować na graniu, śpiewie i rytmice, to nauczy się kontrolować swoją energię – myślą. Z przesłuchania Agnieszka wraca zachwycona. Usłyszała, iż ma duże dłonie, więc idealnym instrumentem byłaby dla niej wiolonczela. 7-latka do końca nie wie, co to jest ta wiolonczela, więc oczyma duszy widzi już siebie grającą na… harfie. To przecież taki piękny instrument. A tu postawiono przed nią takie „duże skrzypce”.

Wiolonczela składa się z dużego pudła rezonansowego z dwoma otworami w kształcie stylizowanej litery „f” oraz szyjki z podstrunnicą, zakończoną główką w kształcie ślimaka. Struny, podparte na mostku, napinane są za pomocą klinowych naciągów. Na wiolonczeli gra się na siedząco, obejmując kolanami pudło rezonansowe, które opiera się o podłoże nóżką. Gryf wznosi się prawie pionowo, a znajduje się na wysokości przedramienia i ramienia. – To jeden z niewielu instrumentów, z którym wchodzi się w tak bliski kontakt fizyczny – podkreśla Aga. – Dzięki temu odczuwasz jego wibracje całym ciałem – wyjaśnia. Pokochała tę swoją nie-harfę. Zajęło jej to kilka lat, ale już jako 13-latka wiedziała, że chce grać.

– Wbrew mitom 10-godzinne codzienne ćwiczenia, nie są konieczne. Okazuje się, że mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc muzykowi – tłumaczy Aga. Dziś wie, że zwłaszcza dzieci nie należy zbyt mocno „cisnąć”, a raczej inspirować. Żeby nie zniechęcić, ale i też zbyt nie utrwalać złych nawyków, których oduczenie jest bardzo trudne – dodaje.

Szkołę kończyła z wyróżnieniem, choć nie obeszło się bez komentarzy, gdy na dyplomie zamiast Saint-Saënsa wybrała trudną i dynamiczną kompozycję Eduarda Lalo.
Egzaminatorzy łódzkiej uczelni wysoko ocenili jej zdolności, bo utworzono dla niej dodatkowe miejsce w klasie prof. Firleja. – Nie miałam dostatecznie opanowanej techniki, ale widać rokowałam – tłumaczy.
Co z tego, że uczelnię ukończyła z doskonałymi notami, skoro po studiach nie wiedziała, co robić. Rodzice załamywali ręce, gdy z dyplomem w garści zdecydowała się „iść na statek”. Granie na statkach transoceanicznych dla artysty z wyższym wykształceniem jest postrzegane jako zniewaga.

– Rodzice chcieli, bym grała w orkiestrze, zyskując tym stałe dochody. I zawsze się o to spieramy – przyznaje Agnieszka. – Mam inną wizję realizowania się. Z drugiej strony polska uczelnia nie przygotowuje artysty do przyszłej pracy. Albo uczysz grania, albo grasz w orkiestrze. Aga musiała więc wydeptać swoją ścieżkę.

Specjalistka od budowlanki

2006 rok. Victoria Station w godzinach szczytu. Aga z walizką, w której mieści się całe jej życie i z wiolonczelą na plecach wysiada z autobusu. Pierwszy raz widzi tyle ludzi. Pierwszy raz widzi metro. W ataku paniki natychmiast chce wracać do Polski. Ale razem z bratem dzielnie jadą do wynajętego pokoju. Kilka tygodni wcześniej zapytała go, czy nie chciałby pojechać z nią do Londynu, żeby zobaczyć, jak tam jest.

– Zaczęłam tak, jak mi się wydawało najrozsądniej. Poszłam do POSK-u i opowiedziałam o sobie. Pan, z którym rozmawiałam wyjaśnił, że nie może mi pomóc, ale skierował do agencji pośrednictwa pracy – wspomina. Tam Aga dowiedziała się, że Polka z pracy wiolonczelistki „nie wyżyje” w Anglii i powinna przyjąć każdą, jaka jej wpadnie w ręce. Dla Agi miał akurat taką w sklepie z wyposażeniem łazienkowym. – Poszłam, bo co to za filozofia: łazienka – opowiada. Na miejscu okazało się, że potrzebują kogoś od materiałów budowlanych, bo sklep specjalizował się w materiałach do przebudowy i wyposażenia strychów.

– W Loftshopie spędziłam trzy lata. Początkowy lęk przed mówieniem po angielsku był silną motywacją, by studiować po nocach katalogi budowlane i wkuwać branżowe słówka. To była w pewnym sensie pułapka. Pieniądze potrzebne na utrzymanie przywiązały ją do tego miejsca. Nauczyła się angielskiego. Została managerką sklepu i umiała rozmawiać z każdym budowlańcem. – W końcu od 5. roku życia remontowałam i malowałam z tatą. Wiertarką posługuję się dziś prawie tak samo sprawnie jak wiolonczelą. A jednak czegoś brakowało. Instrument nie dawał o sobie zapomnieć. W pokoju, który zajmowała wraz z bratem nie było przestrzeni na granie, więc Aga czasem brała go do pracy, by wykorzystać na grę przerwę na lunch. Sąsiedzi się buntowali i straszyli sądem. – Wmówili właścicielom sklepu, że od szóstej rano gram na pianinie, które przywożę ze sobą – śmieje się Aga. Były więc miesiące, gdy nawet nie tknęła wiolonczeli. Albo tylko markowała grę, bojąc się hałasować.

– Po 3 i pół roku życia w otoczeniu schodów, poręczy, szyb i ram okiennych miałam depresję. Uświadomiłam sobie, że gdy nie gram to tak jakbym nie oddychała. Wbrew pozorom nie był to do końca zmarnowany czas. – Pękła bańka, w jakiej żyłam dotychczas, skupiona tylko na grze i osiągnięciach – podkreśla. Dzięki pracy Aga dojrzała, zyskała szersze spojrzenie i większą wrażliwość. Jest teraz w stanie lepiej zrozumieć swoich uczniów. – Jeśli ktoś tłumi, gasi dźwięk, od razu pytam czy nie ma problemów z graniem w domu – przyznaje.

Krótkie paznokcie, gołe...

Wiolonczela podróżuje z Agą w szarym futerale z włókna węglowego. Aga ma dla niej zawsze dodatkowy bilet. Sadza ją obok siebie na fotelu w samolocie, autobusie czy pociągu. – Nie zaryzykuję nadania jej jako bagaż – zastrzega. Właściwie jej instrument nie jest nawet taki drogi: kosztowała tylko 7 tys. funtów, a smyczek – 3. Spłacała ją w ratach. Normalna cena to ok. 30 tys. zł w Polsce i ok. 35 tys. funtów w Londynie. Aga słyszała o studentce, która miała ambicję zostać członkinią London Symphony Orchestra, więc rodzice zastawili dom, by kupić jej wiolonczelę za 100 tys. funtów. Czy instrument ma aż takie znaczenie? – Ma – kwituje krótko artystka. – Miałam kiedyś w rękach taką za 200 tys. To tak jak prowadzić małego fiata lub ferrari: jest dużo łatwiej i ryzyko wypadku mniejsze. I odwrotnie: kiepski instrument może narobić wiele szkód – podkreśla. Agnieszka grała kilkanaście lat na źle skonstruowanej wiolonczeli, która zmuszała ją do silnego dociskania strun do gryfu.

– A dłoń powinna opadać swobodnie na struny – wyjaśnia. Dopiero profesor z Royal College odkrył, że to wina instrumentu, gdy bliska płaczu Agnieszka chciała się poddać z powodu nieustającego bólu ścięgien przy graniu etiudy. Poza instrumentem do gry potrzebny jej jest barowy stołek – tego Aga nauczyła się w Brazylii. – W ten sposób jest się na jednym poziomie ze stojącymi muzykami, co ułatwia porozumienie i przepływ energii – tłumaczy. Agnieszka tak się emocjonuje podczas gry, że musi mieć odsłonięte ramiona. A żeby grać – obowiązkowo paznokcie obcięte tuż przy skórze. – Gdzie ja położyłam smyczek – pyta.

Rola mentora

– Agnieszka jest niesamowicie zdolna, żeby tylko była mniej leniwa… – podsumował grę 20-letniej Agi w rozmowie z jej mamą Dominik Połoński, młody, znany, wybitnie utalentowany wiolonczelista, którego już w trakcie studiów niektórzy profesorowie traktowali z atencją, a koledzy jako guru. Poznała go już na egzaminach wstępnych. Był asystentem profesora Firleja. Na pytanie, kim jest Dominik, Agnieszka włącza wywiad radiowy: to laureat nagród wielu konkursów, m.in. Yamaha Music Foundation of Europe, Międzynarodowego Konkursu Indywidualności Muzycznych im. Aleksandra Tansmana, New Talent International Competition w Bukareszcie oraz laureat Paszportu Polityki. – Słucham tego i stają mi łzy w oczach – przyznaje. – Dominik jest dla mnie największą inspiracją. Rolą artysty jest przesuwać granice. On przesuwa je nie tylko w muzyce, ale w każdej sferze życia. Pokazuje, że można wszystko.

– Wyobraź sobie orzech włoski i teraz w myślach odgryź z niego jedną czwartą – opowiada Dominik dziennikarzowi radiowemu. – Tak wygląda mój mózg. Glejak gwiaździsty odebrał mu nie tylko część mózgu, ale, wydawałoby się, całe życie. Lekarze nie dawali mu dłużej niż kilka miesięcy, miał nie wstać nigdy z wózka inwalidzkiego, nie mówiąc już o graniu. Wrócił na scenę po pięciu latach walki z chorobą, częściowo sparaliżowany. – To jedyny na świecie wiolonczelista używający tylko swojego prawego ramienia podczas gry – tłumaczy Aga. To Dominik ją nauczył, by wykorzystywała każdą minutę swego czasu, choćby między postawieniem czajnika na gazie, a zagotowaniem się wody na herbatę. Bo w przyszłości może się okazać, że to jedyny czas na granie, jakim dysponuje.

– Czy rzeczywiście byłam wtedy leniwa – zastanawia się Aga. – Myślę, że byłam nie wystarczająco dojrzała i nie miałam tak silnej motywacji, jak Dominik. Dziś to się zmieniło. Dominik też to dostrzegł, gdy Aga, już jako studentka Royal College, przylatywała regularnie do Łodzi na jego zajęcia.

Klasyka to nie wszystko

Kwiecień 2007. Stacja metra L’Enfant Plaza w Waszyngtonie. Obok kontenera na śmieci ktoś gra na skrzypcach Bacha. Niewielu przechodniów zatrzymuje się, by posłuchać. W ciągu 43 minut grającego minęło 1097 osób. Zebrał marne 32 dolary. To był eksperyment zaaranżowany przez Washington Post, a dotyczący percepcji, gustu i ludzkich priorytetów. Zagadnienia brzmiały: Czy w pospolitym otoczeniu i o niesprzyjającej godzinie potrafimy ujrzeć piękno? A może przestajemy je doceniać? Czy potrafimy dostrzec talent w nieoczekiwanym miejscu? Bacha grał Joshua Bell, na którego koncert bilety kosztują minimum po 100 dolarów. I rozchodzą się od razu. W metrze muzyk grał na skrzypcach o wartości 3,5 miliona dolarów. Autorzy eksperymentu doszli do wniosku, że jeśli nie mamy czasu, aby zatrzymać się i posłuchać jednego z najlepszych muzyków świata grającego najlepszą muzykę, jaką kiedykolwiek skomponowano, to ile innych rzeczy nam umyka?

Ale być może problem nie tkwi w braku czasu tylko w doborze repertuaru? Być może rezultat eksperymentu byłby inny, gdyby Bell zagrał coś z repertuaru Beatlesów albo improwizował? – Uznajemy muzykę klasyczną za część kultury wysokiej. I tylko tę szanujemy. Ale czy na pewno w sztuce o to chodzi – zastanawia się Agnieszka Teodorowska. – Powszechnie edukacja klasyczna uczy nas konkurować i oceniać siebie i innych. Ćwiczymy godzinami w samotności. Z trudnością przychodzi nam współpraca z innymi, tak istotna dla rozwoju. Aga przypomina sobie studentów, którzy podsłuchiwali pod drzwiami i cieszyli się z potknięć kolegów, zamiast doceniać osiągnięcia. – W takim przypadku nie ma miejsca na muzykę i radość, tylko na przerośnięte ego – zaznacza.
Aga umie zagrać wszystko. Odtworzy nawet najtrudniejsze kompozycje klasyków. – Ale przyszedł czas, gdy poczułam, że nie chcę grać do czterech ścian, ćwicząc mozolnie każdą frazę. Albo pod dyktando, w orkiestrze. Chcę tworzyć muzykę z ludźmi i dla ludzi – podkreśla.

Narodziny Agacello

Lipiec 2015. Festival forró. 24 godziny na dobę muzycy spotykają się by wspólnie grać. Tłum wiwatuje, śpiewa i tańczy słuchając drobnej blondynki, która z wirtuozerią odpowiada na wiolonczeli ciemnowłosemu, kudłatemu i brodatemu akordeoniście. To osławiony Mestrinho. Cudowne dziecko, które gra od 5. roku życia. A ta blondynka to Agnieszka. Gdy gra, jej twarz promienieje.

Powrót do muzyki nie był łatwy. Szukanie partnerów do gry. Darmowe koncerty. Granie do kotleta w pubach i hotelach. Wspólne muzykowanie z koleżankami znalezionymi na gumtree. Próby, jam sessions, improwizacje, konsultacje u profesora z Royal College of Music. Trzy lata zajął Adze powrót do formy. Ale gdy na nowo stanęła na nogi, postanowiła, że nie odpuści. Rzuciła pracę w sklepie, choć nie miała innych źródeł dochodu. Zaczęła uczyć gry. Jeździć na koncerty i tournee z zespołami. Smakować innych sposobów wyrażania muzyki. Grała w Royal Albert Hall, Barbicanie, Union Chapel, Elisabeths Hall, National Gallery, Britten’s Theatre i wielu innych prestiżowych miejscach. Za namową profesora zdobyła Dyplom Artysty w Royal College of Music.

– Spełniłam swoje marzenie: studia w Londynie. Gdybym trafiła tutaj zaraz po Akademii, gdyby moich rodziców było stać opłacić tę naukę, pewnie nie doceniłabym tego, co teraz mam. A tak wspięłam się tu samodzielnie, krok po kroku. Może tak musiało być?
Ale ten szczyt to dopiero początek. W ramach poszukiwania artystycznej wolności Aga odnalazła forró, które stało się jej pasją. Dzięki niemu zachwyciła się wspólnym muzykowaniem, jakie uprawiają brazylijscy artyści. Poczuła tę gigantyczną energię i radość życia. Jako profesjonalistka stworzyła zapisy nutowe forró, ponieważ Brazylijczycy grają właściwie tylko ze słuchu. Od tańca do wspólnego grania było niedaleko. Brazylijscy artyści przyjeżdżający na tournee po Europie już znali Agę z opowieści i zapraszali ją do wspólnego muzykowania. Miłość do forró zachęciła ją do wyjazdu do Brazylii.

Agacello

– Wpisałem twoje nazwisko na youtube, i co? I nic nie znalazłem – zwrócił się z pretensjami do Agi jej kolega, pianista jazzowy. To był czas, gdy Aga, wychowana w duchu muzyka klasycznego, nigdy nie czuła się wystarczająco przygotowana, by publikować swoje nagrania. Pobyt w Brazylii to zmienił. Oczywiście, odczuwała panikę, gdy podczas pierwszego jam session dziesiątki fanów zaczęły nagrywać jej występ. „To nie było wystarczająco dobrze zagrane!” – chciała krzyknąć. Ale poza nią nikt na ten brak perfekcji nie narzekał. Za to wszyscy zwrócili uwagę na jej pasję. Dzięki temu Chico Cézar, znany wokalista i kompozytor, mógł ją nazwać „ekscytującą nowością w muzyce brazylijskiej”. Opublikowany w social mediach film w ciągu kilku dni uzyskał 50 tys. widzów i ponad 900 udostępnień. – A w końcu gra się dla publiczności – podsumowuje Aga. Dziś na jej kanale można znaleźć kilkadziesiąt filmów. Odpuściła sobie perfekcjonizm. Ale jednego nigdy nie odpuści: w „pozaklasycznym” świecie również pracuje z najlepszymi. Aby podzielić się swoją historią i zachęcić innych do spełniania swoich marzeń, wystąpiła na TEDexie z „My Brazilian story – believing in your musical intuition”.

Dziś Agacello czerpie inspirację z każdego spotkania i doświadczenia. Jej energia i otwartość pozwala angażować się w coraz ciekawsze projekty. Sława, którą zdobyła w Brazylii otworzyła jej wiele drzwi. Teraz może spokojnie przebierać w ofertach współpracy, a nie o nie zabiegać. Pracuje nad muzyką filmową, planuje wydać płytę i marzy o stworzeniu w Londynie platformy dla ludzi kreatywnych, którzy podczas regularnych spotkań i koncertów będą mogli wymienić się doświadczeniami i rozpocząć artystyczną współpracę. – Nigdy nie byłam bardziej szczęśliwa i spełniona niż teraz – zwierza się Agnieszka.

Anna Dobiecka

Ostatnio zmienianyczwartek, 01 grudzień 2016 12:45

Zobacz także:

© Goniec.com