Menu



Polka w Londynie: Fryzjer jak psycholog

Polka w Londynie: Fryzjer jak psycholog

Umawiając pierwsze spotkanie z Anią dostałam wiadomość o treści: „O 16.30 mam okienko pół godziny, następnie mam strzyżenie dwóch panów, w domu muszę być chwilę po 18.00, bo idę z córką do Kościoła”. Terminarz wypełniony co do godziny. Ostatecznie umówiłyśmy się w salonie na następny dzień o trzynastej.

Ania Jasińska do Anglii przyjechała w 2005 roku, mając zaledwie dwadzieścia jeden lat, w tym roku skończyła trzydzieści dwa. – Anglia to nie był mój pomysł, był to raczej pomysł mojego narzeczonego, obecnie męża – opowiada. – On nie widział dla siebie przyszłości we Wrocławiu, do Anglii przyjeżdżał do taty, który wyemigrował już w 2000 roku. Mój mąż uważał, że będziemy mieć tutaj lepszy start. Przed przyjazdem pracowałam już zawodowo jako fryzjerka, ale nie prowadziłam własnego salonu – wspomina.

Mamy pół godziny

Rozmowę przerywa nam dźwięk telefonu – klientka dzwoni, żeby umówić się na wizytę. Ania otwiera kalendarz i zapisuje datę oraz godzinę spotkania. Kartkę wcześniej jest zapis z moim imieniem – mamy pół godziny na rozmowę. Ania prowadzi jednoosobową firmę, sama zajmuje się zakupami do salonu, sama umawia spotkania z klientami i oczywiście sama ustala swój czas pracy.

– Dzień zaczynam o 7:30 kubkiem zielonej herbaty. Wszystko jest raczej „w biegu”, bo muszę ogarnąć dzieciaki i siebie. Najpierw zaprowadzam Blankę, później Alana. Mąż jak może, to nas zawozi, ale zazwyczaj jest w pracy – opowiada Ania. – Przed pracą staram się regularnie chodzić na siłownię, wychodzę w domu w dresie, żeby nie było szans na wymówki. W pracy jestem o dziesiątej, chyba że mam wcześniej umówioną klientkę – wyjaśnia. Dziennie zazwyczaj jest to kilka umówionych i kilka „przypadkowych” osób. Ania ma wielu klientów. Strzyże zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Jak sama mówi – koloryzacji raczej poddają się panie. Do salonu zaglądają nie tylko rodacy, ale są to również Czesi, Słowacy, Anglicy.

– Zajmuję się kompleksową obsługą klienta – strzygę, kładę kolor, czeszę, a nawet mogę zająć się twarzą – makijaż, henna, reguluję brwi – do kompletu – podkreśla.

Mówili: daj spokój...

Znajdujemy się na Hight Street, w jednym z wielu tego typów salonów beauty. Pierwszy swój biznes Ania otwierała w budynku sąsiadującym z salonem fryzjerskim prowadzonym przez Angielkę.

– Kiedy zaczynałam znajomi mówili – daj spokój, kolejny salon na tej ulicy, przecież jest tu taka konkurencja. I jeszcze Angielka za ścianą... Szczerze, miałyśmy bardzo dobry kontakt. Nie byłyśmy dla siebie konkurencją, bo ja miałam swoich klientów, a ona swoich, wśród jej były raczej babeczki na „trwałą”. Zawsze mogłam liczyć na pomoc z jej strony. Bardzo miło wspominam swoje początki – przyznaje. Fryzjerstwo od zawsze było obecne w życiu Ani, bo już w szkole podstawowej strzygła najlepiej jak potrafiła i robiła „wymyślne” fryzury swoim koleżankom.

Doświadczenie zawodowe stara się pogłębiać, jeżdżąc na różne szkolenia. Niedawno szkoliła się we Wrocławiu z nowych technik koloryzacji. – Ostatnio trochę zaniedbałam te sprawy – mówi Ania. – Małe dzieci, wszystko trzeba było jakoś ogarnąć, a na szkolenia potrzebny jest czas. Muszę zadbać o „zastępstwo” w sprawowaniu opieki nad domem. W przyszłym roku planuję wyjazd na tygodniowe szkolenie do Barcelony – wyjawia plany nasza rozmówczyni.

W ciągu dnia zdarza się, że Ania musi wyskoczyć, żeby odebrać dzieci ze szkoły. Zdarza się również, że przyprowadza je do salonu na chwilkę, aż do momentu kiedy nie zostaną odebrane przez męża lub kogoś innego z rodziny. – Mąż jak może to odbiera dzieciaki, kiedy nie daje rady to są babcie, mam jeszcze brata – jesteśmy tu z rodziną, więc jest to kwestia dogadania, wystarczy telefon. Ja staram się nie pracować dłużej niż do osiemnastej, ale różnie to wychodzi – przyznaje.

Fryzjer to psycholog

W zawodzie Ani liczy się nie tylko „ostre cięcie” i dobrze dobrany kolor. Fryzjer, tak jak sama mówi, to trochę psycholog, słuchacz, powiernik. – Najbardziej w tej pracy lubię kontakt z ludźmi. Każda osoba jest indywidualna. Z tymi, którzy przychodzą po raz pierwszy muszę nawiązać pozytywne relacje. Musimy się trochę poznać, zaufać sobie. Ze stałymi klientami mogę się bardziej rozluźnić. Klienci często zwierzają się ze swoich problemów. Do nowych osób staram się podchodzić na tak zwanym „kontrolowanym luzie”, bo klienci nie lubią jak jesteśmy za bardzo spięte – tłumaczy.

– Jedyne czego nie lubię to niezdecydowanie. Czasami klienci przychodzą i sami nie wiedzą czego oczekują w wersji końcowej. Ciężko jest, widząc kogoś po raz pierwszy w życiu, doradzić coś, co będzie odpowiadało jego gustom. Ale i z takimi klientami sobie radzę – podkreśla.
Ania kończy swój „zawodowy dzień” zazwyczaj o godzinie osiemnastej. Do domu z pracy ma do przebycia jedną ulicę. Zostawiając za sobą pracę, wraca do bliskich jako mama – mama na etacie.

Mama na etacie

– Mama na etacie... hmm powiem ci, że jest to ciężki temat... Są poświęcenia, czasami bardzo duże. Moje dzieci mają siedem lat i trzy lata. Z jednej strony chcę być tylko z nimi, z drugiej strony nie chcę cały dzień siedzieć w domu i być tą „kuchtą”, z trzeciej strony chcę się realizować jako fryzjerka, a to wszystko czasami bardzo ciężko pogodzić. Ale każdego dnia człowiek uczy się czegoś nowego. Bajki na dobranoc opowiadam już coraz rzadziej, Blanka ma za zadanie domowe czytać książki, co bardzo podoba się Alankowi. Trochę poszliśmy na łatwiznę, bo dzieciaki dostały telewizor na urodziny, ale każdą wolną chwilę staramy się spędzać razem. Tak jak niedziele – niedziela jest od początku do końca dniem zarezerwowanym dla rodziny. Wychodzimy wtedy coś zjeść, chyba że gotuję w domu, ale zazwyczaj robimy wypad do miasta.

Sobotnie wieczory staram się „ukraść” dla znajomych. Chętnie wybieramy kino, czy jakieś knajpki w centrum. Takie szybkie nadrobienie czasu z koleżankami – opowiada. Kiedy dzieci są już w łóżkach, Ania ma czas na chwile relaksu. Chętnie sięga po książkę, czasami jest to tylko kilka kartek, bo w domu też czekają obowiązki – pranie, sprzątanie, gotowanie. Dwadzieścia cztery godziny jakie ma doba w tym przypadku wydają się być niewystarczające. – Moja doba powinna mieć czterdzieści osiem – śmieje się Ania. – Ostatnio rozmawiałam z klientką, że najbardziej brakuje mi czasu. Czasu na pogodzenie wszystkiego tego co chcę robić. Ale to moje życie, moja droga jaką wybrałam i jaką podążam. Nie potrafiłabym inaczej, bo to co mam i to co robię sprawia, że jestem szczęśliwa – przyznaje.

Jeszcze kilka lat

Nasz czas na rozmowę powoli dobiega już końca. Za chwilę Ania ma umówioną klientkę na koloryzację. Ostatnie pytanie jakie zadam będzie dotyczyło tego co tu i teraz: czy Anglia to jej „kawałek podłogi” już na stałe? – Anglia to nie jest moje ostatnie miejsce na Ziemi, na którym wylądowałam. Myślę, że w przyszłości będzie to raczej Hiszpania lub Włochy. Chcę na starość siedzieć na plaży, w cieple, popijając winko i relaksować się, a nie w zimnym, angielskim pubie grać w BINGO. Ale to jeszcze nie teraz, jeszcze kilka lat. Póki co, moje miejsce jest tutaj. Jesteśmy tu już jedenaście lat i szczerze nie wyobrażam sobie np. powrotu do Polski. Zobaczymy co przyniesie los, ale każdy z nas musi mieć cel, bo bez celu nic się w życiu nie osiągnie – zaznacza.

Kiedy wychodzi ostatnia klientka, Ania zamyka drzwi od salonu, zabiera ze sobą kalendarz z zapisami na kolejny dzień. W domu pewnie przejrzy jeszcze raz „listę spraw” do zrobienia, bo może przed pracą będzie trzeba wyskoczyć do hurtowni. Do łóżka położy się pewnie w okolicach północy, aby odpocząć choć chwilkę. Jutro kolejny dzień pracy, który pewnie zacznie się tak samo jak dzisiejszy – na biegu, z kubkiem zielonej herbaty.

Katarzyna Żabicka

Ostatnio zmienianyczwartek, 01 grudzień 2016 12:47
Powrót na górę