Menu



[PIĘĆ PUNKTÓW] Co wiemy po pierwszym zgrupowaniu Paulo Sousy?

  • Napisane przez  Michał Zachodny (laczynaspilka.pl)
[PIĘĆ PUNKTÓW] Co wiemy po pierwszym zgrupowaniu Paulo Sousy?

Po remisie z Węgrami (3:3), wygranej z Andorą (3:0) i porażce z Anglią (1:2) przyszedł moment na podsumowanie pierwszego, intensywnego zgrupowania Paulo Sousy w roli selekcjonera reprezentacji Polski. Jakie były jego kluczowe decyzje personalne, jak komunikował się z zespołem i jaki styl gry narzucił biało-czerwonym? Tłumaczymy w pięciopunktowym podsumowaniu.

Gra na zaskoczenie

Burzenie starego porządku zaczęło się od ustalenia zasad dnia meczowego. I ten nowy wygląda tak, że do spotkania do ostatnich godzin przed pierwszym gwizdkiem wszyscy wyznaczeni do kadry zawodnicy przygotowują się tak, jakby mieli zagrać w wyjściowym składzie. Jedni czują się bardziej pewni, inni nawet po ostatnim treningu nie są w stanie odgadnąć swojej szansy do gry w jedenastce. Także obserwujący zajęcia dzień przed meczem dziennikarze nie mogą niczego odczytać.

Stąd sensacje. W Budapeszcie w wyjściowej jedenastce znalazł się po raz pierwszy Michał Helik, w Warszawie z Andorą byli i debiutant Kamil Piątkowski, i trójka napastników, w Londynie od pierwszej minuty zagrał Karol Świderski. Z meczu na mecz Paulo Sousa dokonywał czterech zmian, ale tylko czterech piłkarzy zaczynało każde spotkanie – Wojciech Szczęsny, Bartosz Bereszyński, Grzegorz Krychowiak (jedyny zawodnik z pola, który nie zszedł z boiska nawet na minutę) i Piotr Zieliński.

Etap poznawczy, dowiadywanie się tego, jak reagują piłkarze na inny tryb działania kadry – choćby to, że w dwóch dniach meczowych odbywały się jeszcze lekkie zajęcia na boisku – wynikał również z chęci zebrania jak największej liczby informacji. To była nowa sytuacja dla wszystkich, może czasem determinująca to, co działo się na boisku, ale pokazująca też standardy, które wdraża Sousa. Nie miał czasu i nie uznał, że robienie tego małymi krokami sprawdzi się w tak ważnym dla reprezentacji roku, więc jedynym sposobem było działanie przez zaskoczenie.

Gra bezpośrednia

Tydzień przed zgrupowaniem selekcjoner nie miał problemu, by przekazać na spotkaniu z dziennikarzami uwagi dotyczące gry, jakimi podzielił się z bardziej doświadczonymi zawodnikami. W Budapeszcie wskazywał wprost, jaki był problem w grze Jakuba Modera w pierwszej połowie i jak wpływało to na postawę zespołu. Po wygranej z Andorą obszernie analizował występ Arkadiusza Milika, z kolei w Londynie po spotkaniu to na pozycji wahadłowych skupiła się uwaga trenera w odpowiedzi na pytania o pierwszą połowę.

Ta bezpośredniość selekcjonera może wynikać ze specyficznych warunków w jakich zaczynał, ale też po prostu z charakterystyki szkoleniowców z Portugalii. Sousa od początku podkreślał, że nie ma nic do ukrycia, że chętnie odpowie na pytania dotyczące taktyki lub decyzji kadrowych. Jedynym tematem, którego unikał była rozmowa o zawodnikach, których nie powołał. Wolał poświęcić czas, czy też dotrzeć do tej grupy, którą miał do dyspozycji.

Zawsze w takich przypadkach kibice zastanawiają się, jak piłkarze reagują na krytyczne uwagi, nawet jeśli są one uargumentowane i konstruktywne. Jednak warto pamiętać o tym, że Sousa też tworzy reprezentację na nowo. W pierwszych spotkaniach on-line uczestniczyło prawie 50 zawodników, na zgrupowanie zaprosił tych, którzy są kontuzjowani, a także młodych piłkarzy z Ekstraklasy. Słowem: nie ma miejsca na obrażanie się, bo Portugalczyk większość ogniw może wymienić. Nie ma też negatywnego efektu, bo każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak ważny dla kadry jest to rok: z mistrzostwami Europy i kluczową jesienią pod kątem eliminacji mundialu w Katarze. Zwłaszcza, że po zmianie selekcjonera sami piłkarze mówili od początku zgrupowania o konieczności „przejęcia odpowiedzialności”.

Gra na napastników

Symboliczny był również komentarz Sousy po meczu z Anglią. – Zabrakło mi na ławce rezerwowych kolejnego napastnika, dlatego zdecydowaliśmy się dokonać innej zmiany – mówił o powodach zejścia wyraźnie zmęczonego Krzysztofa Piątka i wprowadzenia Rafała Augustyniaka. Wielu uznało tę decyzję za chęć bronienia się, ale Portugalczykowi po prostu skończyły się opcje wymiany na pozycji numer dziewięć i to takiej „jeden do jednego”. To oczywiście wynik kontuzji Roberta Lewandowskiego z meczu z Andorą, lecz i tego, że Sousa od początku miał zamiar większy nacisk położyć na – jego zdaniem – najmocniej obsadzoną formację.

Robert Lewandowski strzelił trzy gole, Krzysztof Piątek i Karol Świderski po jednym, Arkadiusz Milik zaliczył asystę. Każdy z napastników dołożył coś od siebie, poczuł swoją szansę. Pewnie nikt nie spodziewał się, że debiutujący w tym gronie Świderski w ogóle zadebiutuje, tymczasem on swoją zmianą z Andorą dał taki sygnał, że Sousa nie bał się postawić na niego na Wembley. Jego występ w Londynie nie był rewelacyjny, ale po to był na ławce kolejny napastnik, który „wniósł” asystę, a mógł nawet strzelić swojego gola.

Większe wykorzystanie napastników to też odpowiedzialność i sygnał dla reszty zespołu: chcemy grać do przodu, stwarzać więcej sytuacji. Może na Wembley to się do końca nie udało, a przynajmniej nie w pierwszej połowie, podobnie w Budapeszcie, lecz przykład Kamila Jóźwiaka – gol i dwie asysty – pokazuje, jak przy takiej jakości napastnikach mogą rosnąć inni.

Gra wysokim pressingiem

Najlepsze momenty reprezentacji Polski w marcu to te, które można sprowadzić do wysokiego pressingu. Wyrównujące trafienia w Budapeszcie, świetny doskok do Johna Stonesa na Wembley i gol Jakuba Modera… To miała być część nowej charakterystyki drużyny i po meczu z Anglią można mieć tylko żal, że aktywnej obrony na połowie przeciwnika zabrakło jeszcze przed przerwą, choć wtedy napastnicy dawali ku temu sygnały.

O pressingu Sousa dużo mówi i dużo poświęcał mu czasu w treningu, by zespół był jak najlepiej ustawiony. Zaczęło się źle, bo od stracenia gola z Węgrami właśnie przez zbyt pasywną postawę w formacji ataku i po stracie piłki. Może jednak tak szybka lekcja sprawiła, że reprezentanci Polski jeszcze sprawniej zrozumieli, jak wiele zależy od każdego z nich. Portugalczyk podkreślał również, że to ma być dla drużyny ułatwienie, bo prościej jest się bronić, gdy przeciwnik jest stłoczony pod jego bramką. Wymaga to odpowiedniej organizacji i… reakcji.

Reakcję wymuszają kluczowi zawodnicy: Wojciech Szczęsny krzyczący o „drugich piłkach”, czy Grzegorz Krychowiak namawiający („Idź! Idź!”) do wyższego pressingu. Efekty są widoczne. Nawet przeciwko Anglii Polacy zebrali tyle samo drugich piłek na połowie gospodarzy, co oni na tej biało-czerwonych (po 11), w przechwytach ta liczba była podobna (18 do 13), próbach odbioru również (16 do 11).

W klasyfikacji wszystkich drużyn z europejskiej części eliminacji MŚ widać również efekty tego pressingu. Pod względem udanych pressingów Polacy są na równi z Francją, Danią i Anglią (śr. 11 na mecz), w rankingu udanych wysokich pressingów ustępują wyłącznie Szwecji i Słowacji, odzyskują tyle samo piłek na połowie przeciwnika, co Szwajcarzy i Norwegowie (po 13), przy czym tylko dziewięć zespołów notuje tych akcji więcej.

Pressing się opłaca, choć nie należy liczyć, że w przyszłości będzie prowadzony przez Polaków cały czas, zwłaszcza ze względu na zmęczenie specyficznym, pandemicznym sezonem. Jednak przy dłuższej pracy z zespołem, meczach towarzyskich i po prostu z możliwością treningu ten element może stać się jeszcze ważniejszy i bardziej opłacalny. Pressing to też forma kontry, reakcji na działanie przeciwnika, ale bliżej jego bramki, z większą pewnością siebie i przekonaniem.

Gra do przodu

– Pracę z kadrą widzę bardziej jako proces, niż projekt – mówił Sousa jeszcze przed zgrupowaniem. – W projekcie zawsze jest początek i koniec. W procesie jest początek, ale nigdy go nie kończysz. Jest on tak dynamiczny, że musisz skupiać się na wielu aspektach i adaptować się do momentów. Jako selekcjoner mam krótkie okresy pracy i wpływu na zawodników.

Zgrupowania trzeba wykorzystać do maksimum, ale nie tylko myśląc o tym, co jest wymagane dziś, czy jutro, ale też za dwa miesiące, we wrześniu i na kolejnych etapach eliminacji. Zresztą mówiąc o powołaniu i szansie dla Kacpra Kozłowskiego Sousa tłumaczył, że chce mu dać już możliwość poznania innego poziomu intensywności, wyszkolenia i mentalności, by zyskał kolejną motywację do rozwoju. Patrząc na grę 17-latka w jego debiucie z Andorą widać było owoce tej współpracy.

Zresztą nie tylko po nim. Kamil Piątkowski, Karol Świderski, także Michał Helik i Rafał Augustyniak, którzy zadebiutowali w reprezentacji w ostatnich 10 dniach, pokazali, że nie muszą odstawać na tym poziomie. Ich zaangażowanie w kadrę jeszcze rok temu byłoby niewyobrażalne, ale czasem wystarczy tylko sygnał, dobra forma i mentalność, by selekcjoner dostrzegł coś więcej. Coś więcej, czyli możliwość wykorzystania w zespole w jakimś okresie któregoś ze spotkań. Rywalizację w kadrze wyrównuje się nie tylko szukając piłkarzy o podobnym poziomie, ale również tym, że daje im się przekonanie o zasadności ich powołania.

To budowa na przyszłość, ale ona musi zaprocentować znacznie szybciej. Reprezentacja rozegra w tym roku tylko dwa mecze towarzyskie, pozostałe będą o najwyższą stawkę. Po remisie w Budapeszcie i porażce w Londynie limit błędu skurczył się do minimum. We wrześniu, znów po ledwie dwóch dniach zgrupowania, kluczowe dla losów eliminacji spotkanie z Albanią w Polsce. Tam nie może i nie powinno być już zawahania w pressingu, wyczekiwania na moment lub gry na rozpoznanie rywala. Jak jednak w każdym procesie, najtrudniej jest zacząć. Po ostrych zakrętach z każdym dniem i treningiem tej nowej, poznającej się i układającej współpracę grupie powinno być coraz łatwiej.

Powrót na górę