Menu


W.Hołub: kapelan Apostolstwa Ludzi Morza

W.Hołub: kapelan Apostolstwa Ludzi Morza

– Staram się iść tam, gdzie jest ból i niesprawiedliwość. Szukać osób najbardziej pokrzywdzonych, które potrzebują pomocy zarówno praktycznej, jak i duchowej – mówi kapelan Apostolstwa Ludzi Morza Wojciech Hołub.

Z wykształcenia jest filozofem i teologiem, osobą świecką. W wielu krajach kapelanem może być tylko ksiądz, ale w Wielkiej Brytanii sytuacja wygląda inaczej.

– Liczy się przede wszystkim ludzka dojrzałość, entuzjazm, otwartość do służenia innym. Trzeba mieć świadomość, że reprezentuje się Kościół katolicki, a wiara jest motywem działania – tłumaczy Wojciech.

Gdzie wody końca nie widać

Marynarze, rybacy, ludzie morza. Wykonują jeden z najtrudniejszych zawodów świata, w którym do codziennych obowiązków dochodzi wielomiesięczna rozłąka z najbliższymi. Konteneryzacja transportu morskiego zasadniczo zmieniła życie załóg – dawny parodniowy postój w porcie dziś, poza masowcami, ogranicza się do kilku, kilkunastu godzin. Marynarze z długoletnim doświadczeniem pamiętający wolne weekendy podkreślają, że obecnie każdy dzień jest poniedziałkiem. Liczy się szybciej, dalej, więcej… Do tego dochodzi ogromna ilość dokumentów, które trzeba w porcie wypełnić, podpisać, przekazać. Członkowie załóg nie mają tyle czasu co dawniej, żeby zejść na ląd, a nawet jeśli są wolni od obowiązków, to często wolą wypocząć w kabinie, bo wkrótce znowu trzeba wracać do pracy.

We flocie handlowej pracuje obecnie blisko 1,5 miliona marynarzy, w większości pochodzących z Azji i Oceanii. Przebywają poza domem jednorazowo nawet 9 miesięcy, a często ta jedna pensja z morza stanowi utrzymanie nie tylko najbliższej rodziny. Wykorzystywanie pracowników przez armatorów nie jest rzadkością. W ubiegłym roku z powodu braku zapłaty dla marynarzy, a także warunków, które uwłaczały ludzkiej godności, w Wielkiej Brytanii zostało zatrzymanych 15 statków.

– Moja posługa polega na pomocy załogom zawijającym do portów na Tamizie. Chodzi na przykład o podwiezienie do Domu Marynarza, pomoc w ogólnym zorientowaniu się co, jak i gdzie jest dostępne, w zrobieniu zakupów, w komunikacji z bliskimi lub wysłaniu pieniędzy do domu – wylicza Hołub, dodając, że nie mniej ważne jest wsparcie duchowe. Głębsza rozmowa, wspólna modlitwa, odwiedziny w szpitalu. Bo tam, gdzie wody końca nie widać, wszystko jest przesadnie wielkich rozmiarów, a ładunek w ogromnych ilościach, łatwo jest się zagubić albo pozostać niezauważonym wtedy, kiedy szuka się pomocnej dłoni.

Strach czarnej listy

Jak przebiega wizyta na statku? Zazwyczaj marynarze sami mówią czego potrzebują, ale nie zawsze tak jest. Czasami na początku panuje podejrzliwość, która po stopieniu pierwszych lodów wcześniej czy później zanika.

– Pytam o warunki, o zdrowie, bezpieczeństwo, wzajemne traktowanie się, czy dostają zapłatę na czas. Szukam osób najbardziej pokrzywdzonych, które przed strachem czarnej listy znoszą nieludzkie warunki po to, żeby móc utrzymać rodzinę. A także tych, które tłamszą w sobie różne problemy bądź traumatyczne przeżycia – mówi kapelan, wspominając rozmowę z marynarzem, Filipińczykiem, któremu tajfun „Yolanda” zniszczył dom i zabił dwoje krewnych. Mężczyźnie w pewnym momencie puściły nerwy i… zaczął płakać. Okazało się, że nawet koledzy nie wiedzieli o jego przeżyciach. Ponad dwudziestu facetów, miesiącami razem na pokładzie, a jednak obok siebie. Takie sytuacje zdarzają się często.

Jest też pomoc pastoralna, na przykład pobłogosławienie statku, modlitwa, posypanie głów popiołem w Środę Popielcową. Msze odprawiają lokalni księża – głównie w okolicy Świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy, albo po jakimś nieszczęściu. Tych ostatnich, niestety, nie brakuje.

– W ubiegłym roku na prośbę załogi zorganizowałem wsparcie duchowe i mszę na statku, na którym polski kapitan popełnił samobójstwo. W Tilbury służby zabrały ciało, policja zebrała zeznania. Ktoś na dźwigu rozładowywał towar, podczas gdy ktoś inny próbował rozładować ból – mówi Wojciech, wspominając również śmierć innego polskiego marynarza, który zmarł na zawał serca. Przeprowadzono kremację ciała, zorganizowano pogrzeb w krematorium, a później prochy zostały przewiezione do rodziny w Polsce.

10 tysięcy statków

100 lat. Taką okrągłą rocznicę istnienia będzie niedługo obchodzić Apostleship of the Sea (Apostolstwo Ludzi Morza), znane również jako Stella Maris. Powstało w 1920 roku w Glasgow. Od tamtej pory wiele się zmieniło – statki są dużo większe, załogi mniejsze, postoje krótsze. Nowe wyzwania, inne uwarunkowania, jednak główne zadanie – niesienie pomocy ludziom morza i ich bliskim – pozostało to samo.

Organizacja funkcjonuje w ponad 50 krajach, na różnych kontynentach. W UK działa 16 kapelanów i duża liczba wolontariuszy, którzy w ubiegłym roku odwiedzili niemal 10 tysięcy statków. Wiele z zawijających do brytyjskich portów jednostek należy do wspólnej „flag of convenience” i są rejestrowane w rajach podatkowych.

Apostolstwo Ludzi Morza podlega pod Episkopat Anglii i Walii, a w Watykanie pod nową Dykasterię do Spraw Integralnego Rozwoju Człowieka, z kardynałem Peterem Turksonem i ojcem Bruno Cicerim na czele, którzy składają raporty bezpośrednio u papieża Franciszka. Kościół katolicki, który jest na Wyspach Brytyjskich w znacznej mniejszości, w tej działalności wyróżnia się aktywnością, pomagając wszystkim – bez względu na wyznanie, a także niewierzącym.

Co roku w drugą niedzielę lipca celebrowana jest Sea Sunday, czyli Niedziela Ludzi Morza. W trakcie mszy kapelani dzielą się z wiernymi swoim doświadczeniem, a zebrane wówczas ofiary są przeznaczane na wsparcie dzieła, na które rocznie potrzeba około 1,5 miliona funtów. Pieniądze idą na wypłaty, szkolenia, konferencje, rekolekcje, utrzymanie samochodów, którymi można dotrzeć do portów, materialne wsparcie marynarzy. A także na pomoc AoS w tych krajach, które są mniej zamożne.

– Blisko współpracujemy z różnymi podmiotami – Caritasem, Santa Martha Group (fundacja przeciw współczesnemu niewolnictwu i handlowi ludźmi), Federacją Transportu Międzynarodowego, Strażą Przybrzeżną oraz organizacjami wspierającymi ludzi morza kościołów protestanckich – wylicza Hołub, który jest kapelanem od 2013 roku, a objął tę funkcję po wygraniu konkursu, do którego stanął z dwoma księżmi. Wcześniej przez dziewięć lat pracował jako ogrodnik w Londynie, w którym zakotwiczył po ukończeniu teologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Mieszkając w brytyjskiej stolicy obronił pracę magisterską z filozofii na Heythrop College, University of London.

W drodze do Boga

– Najbardziej w tej pracy fascynuje mnie to, że mam do czynienia z prawdziwymi, rzeczywistymi ludźmi. Człowiek nie do końca jest w stanie przeciwstawić się sile i ogromowi morza, co roku wiele statków idzie na dno. Dużo marynarzy ginie, ale media nie informują o tym zbyt wiele – przyznaje Wojciech, przypominając wydarzenia z ostatnich miesięcy. W lutym policja portowa poprosiła go o pomoc załodze statku „Grande Abidjan”. Wyruszyli z Afryki Zachodniej, a w okolicach Maroka przepadł im jeden marynarz, Filipińczyk, który był na kontrakcie niecały miesiąc. Mimo drobiazgowych poszukiwań nie udało się go odnaleźć. Można sobie wyobrazić co przeżywali jego żona i dzieci, z którymi kilka dni wcześniej żegnał się na lotnisku. Hołub z marynarzami spędził cały dzień rozmawiając i modląc się.

Inna sytuacja. Kwiecień, słoneczny dzień, kapitan statku z Odessy z pasażerką wychodzą na spacer. W okolicy London Gateway są jedynie pola i drogi, docierają do pierwszego przejścia i wpadają wprost pod koła nadjeżdżającego autobusu. Oboje z wieloma złamaniami zostają przewiezieni do szpitala, tam odwiedza ich polski kapelan.

– Z czego jestem najbardziej dumny? Z ludzkiego uśmiechu, jaki pojawia się w chwili, kiedy udało się ukoić ból. To nie poezja, tak jest w rzeczywistości. Wówczas mam wielką satysfakcję, że moja posługa w porcie ma sens – mówi Hołub, który w przyszłości planuje zaprojektowanie warsztatów dla dzieci marynarzy na Filipinach. Dzieci, które wzrastają pozbawione modelu ojca-mężczyzny w domu. Są marynarze, którzy po powrocie na ląd nie bardzo wiedzą jak się odnaleźć, a mogliby, przy wsparciu Kościoła, zaangażować się w jakąś pożyteczną działalność.

Polak chciałby również więcej czasu poświęcać marynarzom, którzy nie wierzą w Boga. Niektórzy z nich utracili wiarę, bo nie mają szans jej praktykować, ale wśród nich są też ci, którzy się czymś do religii i ludzi Kościoła zrazili.

– Nie brakuje także marynarzy z Chin, z Dalekiego Wschodu, którzy są na pokładzie regularnie informowani przez oficera politycznego o jedynej prawdzie partii komunistycznej i z chrześcijaństwem nigdy się nie zetknęli, a kiedy udzielam im praktycznej pomocy otwarcie pytają co robię, dlaczego, kto mi płaci itp. To są bardzo wciągające rozmowy, na które nie zawsze starcza czasu – przyznaje polski kapelan…

Dariusz Dzikowski

Ostatnio zmienianyponiedziałek, 08 październik 2018 15:12

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę