Menu


Aga Wicińska: Przekraczając własne granice

Aga Wicińska: Przekraczając własne granice

– To było wyjątkowe doświadczenie. Zostałam poparzona przez meduzy, strasznie zmarzłam, omal nie straciłam przytomności. Ale dotarłam do mety – wspomina rywalizację podczas zawodów na Majorce triathlonistka Aga Wicińska.

Blond włosy, uśmiechnięta twarz, szczupła sylwetka. 36-latka to wulkan optymizmu, ciągle planuje nowe wyzwania. Kiedy w 2011 roku po raz pierwszy spróbowała swoich sił w triathlonie nie miała wątpliwości, że właśnie rozpoczęła się ważna przygoda w jej życiu.

– Wyspa Lanzarote, tzw. sprint. Pływaliśmy w basenie, a cały dystans był na tyle krótki, że nawet jako debiutantka mogłam ukończyć zawody w godzinę. 400 m pływania, 18 km na rowerze i 4,5 km biegu. Uśmiech nie schodził mi z twarzy do końca dnia, połknęłam bakcyla na dobre.

Ludzie, nadludzie

Na co dzień pracuje w branży IT w londyńskim City. Zajmuje się implementacjami i transformacjami, które obecnie towarzyszą wielu kontraktom outsourcingowym. To specyficzne projekty, dotyczące wdrażania procesów i technologii. Aga przyznaje, że w ciągu 10 lat pobytu w Londynie miała do czynienia z różnymi klientami, pracując przy wielu ciekawych przedsięwzięciach. Na przykład wtedy, kiedy reprezentowała jednego z głównych operatorów sieci komórkowej w głównej siedzibie BMW w Monachium, poznając od środka precyzję działania branży samochodowej.

W ciągu ostatniej dekady świat outsourcingu IT mocno się zmienił, a brytyjska stolica ma wiele do zaoferowania – nie tylko w tej dziedzinie. Polskiej triathlonistce najbardziej w Londynie podoba się jego barwność, różnorodność i wielonarodowość, natomiast minusem jest nieustanny pęd. Pewnie stąd tęsknota za światem przyrody i natury, w jakim wychowywała się w rodzinnych Zdzieszowicach, niewielkim mieście na Opolszczyźnie, niedaleko Góry św. Anny. To tam zaczęły się pierwsze przygody z rowerem, pływaniem w jeziorach, biwakowaniem. Sport zawsze miał dla niej duże znaczenie. 

W podstawówce pływała i grała w koszykówkę, a w liceum zainteresowała się karate kyokushin, dochodząc do piątego stopnia uczniowskiego. Ruch i rywalizacja stanowiły dobrą rozrywkę oraz sposób na wyładowanie energii. Z czasem pojawiła się fascynacja triathlonem.

– Oglądając transmisje telewizyjne z olimpiady byłam pod ogromnym wrażeniem tych „nadludzi”, którzy po ukończonym pływaniu wskakiwali na rower, a potem bez żadnego odpoczynku zaczynali bieg. Wydawało mi się to niemożliwe dla zwykłego śmiertelnika – do czasu, kiedy miałam okazję obserwować zawody „Ironman” i zauważyłam, że zdecydowana większość zawodników to zupełnie zwyczajnie wyglądający ludzie, na normalnych rowerach i w zwykłych butach do biegania. Wiedziałam, że też chcę tego spróbować.

Przygoda z połówką

W 2004 roku ukończyła informatykę i zarządzanie w Wyższej Szkole Zarządzania i Bankowości w Krakowie, po czym zaczęła swoją pierwszą pracę w międzynarodowej korporacji. Sprawy potoczyły się szybko – awans, wyjazd do Warszawy i wkrótce na horyzoncie pojawił się Londyn. Chciała rozwijać się zawodowo, zdobyć nowe doświadczenie i wrócić, ale brytyjska stolica wciągnęła ją na dobre. Podobnie jak triathlon. Po wspomnianym debiucie na wyspie Lanzarote w kolejnych latach podnosiła poprzeczkę zwiększając dystans, pracując nad techniką pływania na otwartych wodach w okolicach Londynu, inwestując w sprzęt i dopracowując elementy treningu.

Wzięła udział w kilku zawodach na dystansie olimpijskim (1,5 km pływania, 40 km na rowerze, 10 km biegu), po czym zwiększyła wyzwanie do tzw. „połówki”, będącej połową dystansu „Ironmana”. Ten ostatni swoimi korzeniami wywodzi się z Hawajów, gdzie trzech sportowców spierając się o to, która dyscyplina jest najbardziej wymagająca, postanowiło je wszystkie połączyć. Test, wykonywany jeden po drugim, składał się 3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze i biegu maratońskiego (42 km). Do dziś mistrzostwa świata na owym dystansie odbywają się w tym samym miejscu, na wyspie Kona.

– Moja przygoda z „połówką” zaczęła się powoli, ta w 2013 roku trwała ponad 7 godz. Zawody rozgrywane na południu Francji, w Prowansji, najlepsi ukończyli w czasie prawie o połowę krótszym ode mnie, ale już wtedy wiedziałam, że będę walczyć dalej – mówi Aga, dodając, że od tamtej pory uczestniczyła w kilku ciekawych zawodach we Włoszech, Irlandii, Anglii, Szkocji i Polsce. Początkowo celem było poprawienie rezultatu z poprzednich startów, później zajęcie lepszej lokaty. Z początkowych 7 godz. zrobiło się 6, potem 5,5, a we wrześniu ubiegłego roku, w portugalskiej miejscowości Cascais, w pobliżu Lizbony, ukończyła rywalizację na drugim miejscu w kategorii wiekowej 35-39 lat, w czasie 5 godz. i 4 min. To zapewniło jej kwalifikację na mistrzostwa świata w Port Elizabeth, w Republice Południowej Afryki, które odbędą się we wrześniu 2018 roku.

Jadowite meduzy

Emocje, wysiłek, adrenalina. W Wielkiej Brytanii funkcjonuje ponad 700 klubów triathlonowych. Według szacunków, w 2016 roku w zawodach w tej dyscyplinie rozgrywanych na Wyspach wzięło udział około 200 tys. ludzi. Część traktowała to jako jednorazowe wyzwanie, ale przynajmniej 25 tys. z nich to aktywni członkowie Brytyjskiej Federacji Triathlonu. Odkąd bracia Brownlee w 2012 roku zdominowali podium olimpijskie, popularność tego sportu ogromnie wzrosła. Spory wpływ na to miało również upowszechnienie sprzętu rowerowego, który wcześniej dla wielu osób był zbyt drogi, jednak aktualne ceny są znacznie bardziej przystępne.

Jednym z największych wyzwań triathlonisty amatora jest pogodzenie treningów i reszty życia, co często sprowadza się do wyboru z czego zrezygnować.

– Ciężko jest polemizować z potrzebą snu czy koniecznością wykonywania codziennych obowiązków, niemniej jeśli jest się pragmatycznym, można znaleźć czas na wszystko. Chociażby, jak w moim przypadku, poprzez łączenie dojazdów do pracy z treningiem rowerowym czy wykonywaniem serii sprintów w porze lunchu. Oczywiście, wymaga to dyscypliny, żeby zdążyć w ciągu godziny przebrać się w strój sportowy, zrobić rozgrzewkę, sprinty (unikając przechodniów na London Bridge), wziąć prysznic i wrócić do biura, ale sprawdziłam na własnej skórze, że da się.

Telewizora nie mam od wielu lat, a ze znajomymi spotykam się często w ramach treningów – opowiada Aga i podkreśla, że regularne hartowanie ducha i ciała przekłada się potem w trakcie zawodów. Tak jak podczas owej pamiętnej „połówki”, rozgrywanej na Majorce w maju 2016 roku.

Było nietypowo zimno jak na tę porę roku, temperatura morza (17° C) przewyższała temperaturę powietrza (13° C). Anomalia pogodowa na tyle wszystkich zaskoczyła, że jedyne ubrania, jakie przygotowała Polka, były z krótkim rękawem. Dodatkowo burze przyniosły ławice wyjątkowo „jadowitych” meduz, które spanikowane zaczęły atakować zawodników. Aga miała wyjątkowe „szczęście”, została bowiem poparzona pięć razy, zanim dotarła do najdalszego punktu w morzu. Chaos na brzegu był tak wielki, że nikt z opieki medycznej nie był w stanie opatrzyć jej dolegliwości, a ona, solidnie zmarznięta i nie do końca przytomna, postanowiła wsiąść na rower, żeby kontynuować rywalizację.

– Po ukończonych w agonii zawodach, leżąc owinięta w folię w namiocie medycznym, dowiedziałam się, że miałam dużo szczęścia, iż nie straciłam przytomności na rowerze. Hipotermia i rozległe poparzenia to najmniejsze z potencjalnych konsekwencji, jakich doznałam. Po dwóch tygodniach brania sterydów, antybiotyków i ogólnego zatrucia organizm doszedł do siebie, ale do dziś przeraża mnie myśl, na jakim autopilocie można ukończyć takie zawody – wspomina triathlonistka, która do kolejnych imprez stawała ze sporą dozą dodatkowej przestrogi, spędzając jeszcze więcej czasu na przygotowania logistyczne. Jednak, jak zapewnia, nigdy przez myśl nie przeszła jej możliwość wycofania się z dalszych startów.

Milion powodów

Kolejne wyzwania, następne szczyty do zdobycia. Ale poza praktyczną rywalizacją Aga jest też trenerem triathlonu. Trzy lata temu postanowiła odwdzięczyć się swojemu londyńskiemu klubowi „Serpentine”, w którym rzesza szkoleniowców zupełnie za darmo udzielała jej swoich rad i ukończyła dwustopniowy kurs trenerski. Obecnie oprócz prowadzenia grupowych sesji pływania, rowerowych i biegania, jest również mentorem dla tych, którzy chcą się zmierzyć z dystansem „połówki”.

Co takiego pasjonującego jest w tym trudnym sporcie? Wicińska nie ma wątpliwości – wszystko! To dyscyplina pozwalająca się sprawdzić w trzech konkurencjach jednocześnie, a poza tym triathlonowa społeczność jest bardzo pozytywna i mocno się wspiera. Istnieje milion różnych powodów, dla których ludzie zaczynają uprawiać triathlon, ale rezultat jest zawsze ten sam – przetestowanie siebie i przekroczenie granic, które dotąd wydawały się nieosiągalne. – Każdy, kto stanął na starcie i ukończył rywalizację wie, ile pracy, wyrzeczeń i satysfakcji daje dotarcie do mety. Dlatego zamierzam kontynuować sportową aktywność tak długo, jak tylko się da – zapewnia Aga.

Dariusz Dzikowski

Ostatnio zmienianyczwartek, 18 styczeń 2018 08:17

Zobacz także:

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę