Menu


Silniki V6. Kiedyś było lepiej?

Silniki V6. Kiedyś było lepiej?

Nie ulega wątpliwości, że ewolucja silników montowanych w samochodach sprawiła, że są to jednostki w wielu obszarach coraz lepsze. Bardziej wydajne, lepiej wygłuszone, mające odpowiednie przyspieszenie w niskim zakresie obrotów. Czasami jednak przejadę się autem, które wpływa moje postrzeganie tej kwestii. Ostatnio stało się tak z Jeepem Wranglerem.

Na wstępie napisałem o coraz lepszych silnikach. Od razu chciałbym jedną rzecz doprecyzować – nie będę tutaj odnosił się do długowieczności jednostek napędowych, do kosztów ich napraw czy wrażliwości na jakość paliwa. Opisuję silnik w momencie, gdy działa, a nie jego podatność na awarię, ponieważ ta jest w pewnym sensie loterią. Nawet uznany za najbardziej niezawodny silnik starego typu może mieć wadę, która sprawi, że będzie awaryjny. Z kolei nowe – rzekomo rozpadające się – jednostki napędowe mogą pracować bez problemów przez wiele lat.

Downsizing = XXI wiek
Moja przygoda z motoryzacją z perspektywy kierowcy rozpoczęła się w okolicach 2010 roku, kiedy to zdałem egzamin na prawo jazdy. W 2013 roku zacząłem testować samochody, zatem pierwszy, namacalny kontakt z nowymi trendami i technologiami w nich datuję właśnie na ten okres. W związku z tym niejako naturalnym środowiskiem dla mnie były małe silniki, turbosprężarki i normy emisji spalin.
Przyzwyczaiłem się do tego, bo o ile wolnossące jednostki o większej pojemności niektórzy producenci wciąż stosują, to średnia rynkowa np. w przypadku aut miejskich to pojemność 1.2-1.5 i moc 120-150 KM. Czasami jednak spotykam samochody, które pod maską mają powiew motoryzacyjnej klasyki. Takie, w których można poczuć się, jakbyśmy przenieśli się do lat 80-tych lub 90-tych. Do czasów, kiedy liczyła się duża pojemność, 6 cylindrów w samochodzie nikogo nie dziwiło. Bo o ile współczesne silniki są naprawdę fajne, to w niektórych aspektach mają problemy, by doścignąć to, co producenci powszechniej proponowali kiedyś.
Użyłem słowa powszechniej, ponieważ obecnie wciąż można spotkać duże silniki, ale trzeba wydać na nie coraz więcej pieniędzy. Kiedyś aby np. w BMW mieć silnik o większej pojemności, ewentualnie też z większą ilością cylindrów, nie trzeba było kupować jakiś topowych wersji. Brało się 528i i zgodnie z nazwą mieliśmy do dyspozycji 2.8 litra pojemności. Obecnie takie oznaczenie to najczęściej silnik 2-litrowy, a po prostu bardziej wysilony. Jednostki V6 czy V8 zarezerwowane są dla najbardziej topowych odmian.

Klasyka pod maską
Wracając do zasadniczej kwestii i aspektów, w których starsze silniki górują nad tymi nowszymi. Ostatnio miałem przyjemność testować Jeepa Wranglera, był samochodem z innej epoki, pod praktycznie każdym względem. Wyglądu, projektu kabiny i również silnika. Pod maską pracowało w nim benzynowe 3.6 V6 o mocy 284 koni mechanicznych. On pokazał mi różnicę pomiędzy przeszłością i teraźniejszością.
Przede wszystkim objawia się ona w generowanym dźwięku. Z tym producentom najciężej jest się zmierzyć, bo o ile dynamika na downsizingu nie ucierpiała, to odgłosów generowanych przez jednostkę napędową podrobić już tak łatwo nie można. Duże, wolnossące V6 brzmi inaczej, niż małe silniki. Słychać to na każdej partii obrotów, z jaką jedziemy. Na niskich obrotach jest niesamowicie kulturalne i tylko delikatnie daje znać, z czym mamy do czynienia. Po wciśnięciu pedału w podłogę jednak generowane przez niego dźwięki to uczta dla uszu. Ciężko jest to opisać – to jednak trzeba usłyszeć. Generowany dźwięk nie jest głośniejszy, ale ma w sobie to „coś”. Coś, co sprawia, że aż chce się wyłączyć radio, żeby się w niego wsłuchać. Współczesne auta generują rasowe pomruki albo przez operacje na układzie wydechowym, albo wspomagając go dźwiękiem z głośników. W V6 wszystko jest w 100% naturalne.
Dodatkową, unikalną dla dużych silników cechą, jest płynność przyspieszania. We współczesnych silnikach dokładnie widać kiedy do gry wkracza turbina. Samochód jest osowiały, a gdy miniemy daną wartość na obrotomierzu, to zaczyna się zabawa, która też w pewnym momencie się kończy. Im mniejszy silnik, tym wyraźniejszy jest spadek dynamiki przyspieszania po minięciu optymalnego zakresu obrotów. Jeep Wrangler ze swoim dużym silnikiem V6 był za to odpowiednio dynamiczny zawsze. Jego pojemność sprawiała, że na niskich obrotach nie brakowało mu pary, a jak wkręcał się na wyższe to już w ogóle była ostra jazda. Praktycznie cały obszar zaznaczony na obrotomierzu był używalny.
Dodatkowo duża pojemność i 6 cylindrów zapewnia naprawdę przyjemną kulturę pracy. Ten silnik pewnie nawet nie wie co to jest system Start-Stop, a mimo to na światłach czasami można było mieć wrażenie, jakby sam się wygasił. Na niskich obrotach pracował aksamitnie, na wyższych też.
Oczywiście duża pojemność ma też swoją cenę, bo 11 litrów w trasie i 15 litrów w mieście to nie są wyniki, które pasują do auta, którym chcemy jeździć na co dzień – ale w porównaniu z zaletami jest to coś, co można przełknąć. Tym bardziej, że jeśli ktoś kupuje auto za 150-250 tysięcy złotych to raczej kilka dodatkowych litrów na jego portfelu nie zrobi wrażenia.

Zmiany na rynku
Czasy, w których takie silniki były bardziej powszechne już na pewno nie powrócą. Obecnie np. Volvo ustanowiło górną granicę pojemności na 2 litry, a ilości cylindrów na 4. Nie ma już co liczyć na to, że np. nowe S90 będzie można, tak jak jeszcze kilka lat temu S80, zamówić z V8 pod maską. A szkoda, bo o ile małe, uturbione silniki jako motoryzacyjny „mainstream” się dobrze sprawdzają, to przygody takie, jak z 3.6 V6 we Wranglerze pokazują, że co to było kiedyś oferowane, wcale nie było gorsze. Mniej ekonomiczne i ekologiczne – tak. Ale miało cechy, których małe jednostki napędowe po prostu nie mogą tak skutecznie powielić.

źródło: autoblog24.pl

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę