Menu


Ł. Bukowiecki: Praca warta Oscara

Ł. Bukowiecki: Praca warta Oscara Shutterstock

Grafik z zamiłowania. Od zawsze interesowała go tematyka efektów specjalnych i wizualnych oraz kino. Wyjechał do Londynu, by rozpocząć dorosłe, samodzielne życie. Po kilku latach film, przy którym pracował zdobył Oscara. Łukasz Bukowiecki to człowiek, który osiągnął sukces, choć nie traktuje tego w tej kategorii.

Hockley w hrabstwie Essex. Oddalone od Londynu o około 36 mili. Taką trasę każdego dnia pokonuje Łukasz Bukowiecki. Pociągiem zajmuje to półtorej godziny. Codziennie. To męczące, ale według niego to lepsza opcja niż intensywne życie w Londynie. 

– Zamieniliśmy mieszkanie w Londynie na dom w spokojnej okolicy jak każdy, komu znudzi się mieszkanie w stolicy – tłumaczy Łukasz. 

Również i ja wyruszam śladami mojego bohatera w podróż na trasie Londyn-Hockley. To bardzo spokojne miejsce. Ład, harmonia, można znaleźć ukojenie. Tutaj czas jakby płynął wolniej, wręcz momentami się zatrzymywał. To duży kontrast do tego, co można zobaczyć w wielkim mieście. Łukasz mieszka w trzypokojowym domu z ogrodem. Choć z pracy wraca dopiero pod wieczór, a dojazd w dwie strony zajmuje jemu trzy godziny, to uważa, że podjął dobrą decyzję przeprowadzając się do Hockley. 

Wita mnie w progu swej posiadłości i zaprasza do pokoju. Pyta czego się napiję, a że byłam niezdecydowana, proponuje swoją ulubioną cytrynową zieloną herbatę.  

(Nie)łatwe początki

Dlaczego podjął decyzję o wyjeździe na Wyspy? – Wyjazd do Londynu to było najlepsze, co mogłem zrobić w wieku 21 lat, by się samemu utrzymać i rozpocząć samodzielne życie – mówi z entuzjazmem. – Pracowałem już wtedy jako grafik komputerowy, ale wciąż mieszkałem z rodzicami. Wyjazd do Wielkiej Brytanii pozwolił mi na usamodzielnienie się, bez pomocy rodziny. 

Mimo wielkiego entuzjazmu, którym pałał, zderzył się z brytyjskimi realiami. Rozpoczął studia na Middlesex University oraz pracę na stanowisku kelnera. Było ciężko, ale nigdy nie traktował tego w tej kategorii. Pierwszy zawodowy sukces przyszedł po trzech latach od zakończenia nauki. Wtedy właśnie został zatrudniony w firmie Framestore, zajmującej się produkcją efektów wizualnych do filmów, m.in. Harry Potter i Insygnia Śmierci, Sherlock Holmes czy Everest. Czego wymagali od kandydatów? 

– Przede wszystkim znajomości specjalistycznego programu do wprowadzania komend – mówi Bukowiecki. – Co prawda, wtedy zmyśliłem i powiedziałem, że umiem i znam ten program, a tak naprawdę musiałem się go nauczyć w ciągu kilku tygodni po dostaniu pracy. 

Oscarowe dzieło

W okresie zatrudnienia w Framestore pracował przy wielu dużych projektach. Na pytanie, które z tych produkcji były dla niego wyjątkowe, odpowiada krótko: „Avatar” i „Grawitacja”. Pierwszy film zdobył Oscara, co wzmacnia pojęcie wyjątkowości. Nie da się ukryć, że praca przy produkcji, która została wyróżniona w prestiżowym konkursie filmowym to wielki sukces dla wszystkich jego współtwórców, również dla Łukasza. 

– Oscarowy Avatar dał mi pewną ekspozycję w mediach. Wtedy dopiero zauważyłem, że można jeszcze – oprócz pracy przy filmach – szerzyć wiedzę na temat tego zawodu, że można zacząć być zauważanym. Na pewno to jedno z najlepszych doświadczeń, ale też najbardziej intensywna praca i najdłuższe godziny pracy, jakie zrobiłem w krótkim czasie – przyznaje Łukasz. 

Z uśmiechem na twarzy wspomina także moment, gdy chwycił statuetkę. Nie odbyło się to może podczas gali, ale chwila – wydawać by się mogło – i tak była wyniosła. Jednak u Łukasza trzymanie nagrody od Akademii Filmowej nie spowodowało omdleń lub wyskoków euforii, mimo że to był również jego sukces. Skupił się bardziej na jej wadze i utrzymaniu w rękach – bo jak wiadomo – trzeba było uważać. Po chwili refleksji, dodaje, że każdy, kto pracuje przy filmie, chciałby go otrzymać.

– To świetna nagroda, podsumowująca i doceniająca włożony wkład pracy w produkcję kinową. Jeśli w przyszłości będzie mi dane pracować przy oscarowym filmie to będę bardzo zadowolony, że w jakiś sposób dołożyłem się do tego, że ten film jest wybitny – dodaje. 

Drugą ważną produkcją dla Bukowieckiego jest „Grawitacja”. Ze względu na dwie kwestie. Pierwsza dotyczy przede wszystkim tego, że stanowisko Łukasza – Visual Effects Editor zostało wysoko wyróżnione na napisach końcowych, a to nie zdarza się zbyt często. 

– To jedyny film, na którym zaraz po aktorach pojawiły się nazwiska ludzi, pracujących przy efektach – radośnie podkreśla rozmówca. 

Ale to nie jedyny pozytywny aspekt. Łukasz z wielką pasją opowiada o kulisach powstawania „Grawitacji”. W pamięci najbardziej utkwił mu bezpośredni kontakt z reżyserem. Wynikało to z faktu, że Framestore był jedyną firmą pracującą przy tej produkcji. Dzięki temu istniała możliwość wprowadzania małych zmian po wcześniejszym przedyskutowaniu tego z reżyserem. 

Naszą rozmowę przerywa telefon. Bukowiecki przeprasza, mówi, że musi odebrać i wychodzi na chwilę. Mam więc czas, by się rozejrzeć. Schludne pomieszczenie, widać ingerencję kobiecej ręki. Ano tak, wspominał, że ma żonę i dziecko – siedmioletniego chłopca, który marzy o czworonożnym pupilu, ale będzie musiał jeszcze trochę poczekać. Całe mieszkanie urządzono w minimalistycznym stylu, przeważają odcienie szarości, pastele oraz biel. Panuje spokój i harmonia, co powoduje, że chce się w tym domu zostać dłużej. Herbata już wystygła, a mi zostało jeszcze kilka łyków. Zostawiłam na później, choć miałam ochotę wypić ją od razu, taka dobra. Mój rozmówca wraca. Jeszcze raz przeprasza. – Na czym to skończyliśmy – mówi na jednym wdechu. 

Zawód: Visual Effects Editor

Na czym polega praca na stanowisku Visual Effects Editor? Na język polski można ten zawód przetłumaczyć jako montażysta efektów wizualnych. – Praca polega na kontakcie z działem montażowym filmu, z którym współpracujemy i przekazywaniem wszystkich informacji do naszego zespołu, bo jesteśmy jakby podwykonawcą efektów wizualnych – tłumaczy Łukasz. – W skrócie, jest to dialog pomiędzy naszym zespołem a głównym zespołem montażowym. 

Proces tworzenia filmu trwa około 2-3 lata, licząc od samego pomysłu. Podaje przykład wspomnianej wcześniej „Grawitacji”, która była nagrywana trzy razy. Rozpoczyna się od rozpisania scen na storyboardzie, następnie nagrywa się je w oświetleniu i ostatecznie powstaje we właściwej formie, tej, którą widać na ekranie. Proces jest bardzo pracochłonny i wymaga od ekipy wielu umiejętności i przede wszystkim profesjonalizmu. 

Niestety, Łukasz wspomina także o niemiłym aspekcie tego zawodu. – Mówi się też o związkach zawodowych artystów efektów wizualnych, bo godziny i sposób traktowania mają wiele do życzenia, szczególnie, jeśli chodzi o płacenie za nadgodziny – opowiada Łukasz. – Nie doceniają artystów w tej branży. Ich nazwiska zawsze pojawiają się na końcu, za wszystkimi innymi, którzy pracowali przy produkcji – dodaje.

Jednak nie może narzekać na swoje życie zawodowe. Po 10 latach pracy w firmie Framestore, zajmującej się efektami wizualnymi do filmów, przeszedł do drugiej, gdzie pracuje przy produkcjach telewizyjnych. Tłumaczy, że jego zajęcie opiera się na tych samych działaniach, co poprzednio, ale nie są to już wielkie, kinowe projekcje. Niedawno wraz z ekipą zakończył pracę przy serialu Inhumans Marvela dla amerykańskiego ABC, a obecnie zaangażowany jest w produkcję dla Netflixa, ale niestety nie chciał zdradzić szczegółów. 

Bloger

W 2015 r., a dokładnie 5 września pojawił się pierwszy wpis na autorskim blogu, którego można znaleźć pod adresem blog.lukaszbukowiecki.com. Można tam przeczytać wyspecjalizowane teksty dotyczące zawodu Visual Effects Editor, ale też luźne wpisy i filmiki opowiadające o codziennym życiu Łukasza oraz samego Londynu. Obecnie strona internetowa jest w fazie zawieszenia, ale w rozmowie ze mną, Bukowiecki obiecuje, że to się zmieni. – Na pewno będę chciał informować ludzi o mojej pracy i efektach wizualnych – mówi z ekscytacją. – Prowadziłem bloga jeszcze rok temu, ale zmieniałem pracę, więc w okresie przejściowym skupiłem się na obowiązkach zawodowych. Chciałem skoncentrować się na pracy, ale od kilku tygodni myślę o czymś nowym, na pewno będę działał w tym kierunku. 

Mimo wielkiej chęci do powrotu działalności internetowej, Łukasz nie do końca wie, jak ugryźć ten temat. – Zawsze był taki dylemat, że jeżeli pisałem o efektach wizualnych to trafiało to do bardzo małej, wyspecjalizowanej grupy odbiorców, a z drugiej strony większą popularnością cieszyły się wpisy, dotyczące tego, co robię w Londynie. Nie ukrywam, że luźniejsza tematyka sprawiała mi wiele radości, bo pisałem to, na co miałem ochotę. Poruszanie zaś zawodowych i niestety niszowych tematów zajmuje trochę więcej mojego czasu, ale wiem też, że takie wpisy są bardzo przydatne. W tym momencie cały czas się zastanawiam, w którą stronę ukierunkować swojego bloga. 

Na koniec mówi, że planuje otworzyć własne małe studio, gdzie będzie mógł robić rzeczy, które go fascynują. Zdaje sobie sprawę, że może nie będą to oscarowe produkcje, ale przynajmniej będzie miał na nie stuprocentowy wpływ.

Magdalena Kruszona

Ostatnio zmienianyponiedziałek, 06 listopad 2017 11:16

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę