Menu


Wykopać marzenia

Wykopać marzenia

Marzenia się spełniają, ale wymagają ciężkiej pracy. – Ja miałem chyba więcej talentu, bo wychodzenia na podwórko i kopania w ukochaną piłkę nie mogę nazwać ciężką pracą – mówi Kamil.

Kamil Lasoń – dwudziestosześcioletni pasjonat pochodzący z Katowic swoją historię ze sportem zaczynał jako ośmioletni chłopiec. Choć od zawsze bliższa była mu piłka nożna, to pierwsze kroki na boisku stawiał jako dobrze zapowiadający się koszykarz.

– Swoją przygodę ze sportem zaczynałem od koszykówki, na którą poszedłem za namową kolegów. Od początku nauki uczęszczałem do klas sportowych. W koszykówkę grałem ponad osiem lat. Gdybym jednak w tamtym czasie miał bliżej klub piłkarski, to zapewne zapisałbym się do niego.

Kamil swoją przygodę z piłką rozpoczął dość późno – miał piętnaście lat kiedy postanowił do kozłowania dodać kopanie. Choć doba Kamila nie wydłużyła się ani o godzinę, przybyło mu kolejne zajęcie, które musiał, a przede wszystkim chciał na stałe wpisać w swój codzienny grafik.

– Trzecia klasa gimnazjum wyglądała tak, że dzień zaczynałem o szóstej rano. Siódma dziesięć – trening koszykówki, który trwał około dwóch godzin. Następnie szkoła, do której musiałem dojechać kilkanaście kilometrów. Lekcje zazwyczaj trwały do piętnastej. Po zajęciach, w zależności od tego ile czasu miał trener, „kopałem w piłkę”. Do domu wracałem późnym wieczorem, a energii wystarczało mi jedynie na szybki prysznic i dotarcie do łóżka. Cztery razy w tygodniu trenowałem piłkę nożną, pięć dni w tygodniu koszykówkę. W weekend miałem bardzo często mecze zarówno w koszykówkę, jak i w piłkę nożną... 

Czas na decyzję

Chociaż Kamil był pełen optymizmu i nadludzkiej mocy, trenując dwie dyscypliny jednocześnie, głos rozsądku przyszedł ze strony trenerów.

– Obaj trenerzy zgodnie stwierdzili, że muszę się na coś zdecydować, bo fizycznie, mimo młodego wieku, na dłuższą metę nie dam rady. Wybiegać dziewięćdziesiąt minut na pełnowymiarowym boisku, a później pojawić się na meczu koszykówki, zagrać mecz cztery razy po dziesięć – zbyt wiele jak na jeden organizm. Decyzja nie była łatwa, ale ostatecznie zdecydowałem, że zostanę przy tym co kocham najbardziej, czyli przy piłce nożnej.

Kamil jako piłkarz zaczynał w AKS Mikołów w Mikołowie nieopodal Katowic. Mimo braków w technice jakie wychodziły podczas treningów, chciał czegoś więcej niż granie w amatorskim klubie. Wtedy pojawiła się szansa na poważne trenowanie – został zauważony przez selekcjonera drużyny GKS Katowice. Miał szesnaście lat kiedy pojawił się na treningu i jako jedyny z wielu zaproszonych chłopaków został przyjęty do drużyny. W GKS Katowice spędził ponad rok. Dzięki grze miał otwartą drogę na AWF. Karierę w ukochanym zespole przerwała przeprowadzka pod Kraków.

– Kiedy wyprowadziłem się z Katowic, dostałem namiary do Cracovii Kraków, jednak mieszkałem zbyt daleko, aby dojeżdżać na treningi. Związałem się z Proszowianką Proszowice, gdzie grałem w juniorach. Jednym z większych osiągnięć w tamtym czasie było zdobycie przez starszych juniorów mistrzostwa w Halowych Mistrzostwach Ligii Małopolskiej. Z zespołem związany byłem ponad dwa lata. 

Tylko trzy miesiące

Po maturze Kamil postanowił, że wróci do Katowic. W planach miał rozpoczęcie studiów na Akademii Wychowania Fizycznego. Znalazł pracę, która nie była szczytem jego marzeń.

– Chciałem się jakoś odbić i pojawił się pomysł, żeby wyjechać do Anglii, na trzy miesiące, tak tylko dorobić. W tym roku minie pięć lat jak jestem w UK – uśmiecha się.

Wyjazd do Anglii nie przekreślił pasji Kamila. Najpierw trafił do klubu PL Skład, gdzie grał prawie rok. Od czterech lat związany jest z drużyną Saint Michael’s. Obecnie drużyna może poszczycić się wygranym meczem pucharowym, dzięki czemu awansowała do Finału Dywizji Pucharu.

– Z Saint Michael’s gramy w Wolverhampton Sunday League. Sezon trwa zazwyczaj od września do kwietnia. Gramy praktycznie w każdą niedzielę, o ile aura na to pozwala.

Świadomość z wiekiem

Gra na pozycji napastnika. Numer na koszulce – czternastkę, wybrał ze względu na ulubionego zawodnika z Arsenalu Londyn, którym jest Thierry Henry. Ulubionym zespołem zawsze był i będzie GKS Katowice. Jak sam mówi, nie chodzi na mecze, bo jest zbyt zmęczony albo sam akurat gra. W ostatnim sezonie Kamil podczas rozegranych czternastu spotkań strzelił 22 bramki i zaliczył 17 asyst. Grając przez cztery lata dla Saint Michael’s na 59 meczy strzelił 53 bramki.

Czerwone kartki w karierze – pięć. Najbardziej pamięta tą, którą dostał w Proszowiance.

– Moją niezapomnianą czerwoną kartkę dostałem za głupotę, dałem się sprowokować i zbyt dosadnie wyraziłem swoją opinię. Sędzia, który usłyszał moją wypowiedź ukarał mnie i musiałem zejść z boiska co osłabiło mój zespół. Czerwona kartka boli. To było parę ładnych lat temu, a wciąż o tym pamiętam. Ale przecież młodość rządzi się swoimi prawami – dodaje.

– W polskich klubach za mało czasu poświęca się na mentalny rozwój zawodników. Nie uczy się ich jak opanować złe emocje i nie dać się sprowokować przeciwnikowi. Kiedyś bardzo emocjonalnie podchodziłem do wszystkich komentarzy, jakie słyszałem podczas gry od zawodników przeciwnej drużyny. Dziś nauczyłem się panować nad sobą co w wielu sytuacjach stawia mnie na wygranej pozycji. Wiem też, że najtrudniej strzelić gola kiedy wydaje się, że niemożliwe jest spudłować – w pustą bramkę albo kiedy jestem sam na sam z bramkarzem. Wtedy strzelasz „na siłę”, bez techniki. Ale te wszystkie umiejętności nabywasz z czasem.

Jak długo analizuje się niewykorzystaną szansę na boisku.

– Oj, bardzo długo. Zazwyczaj kiedy schodzę z boiska myślę, że zawsze jest coś co mogłem zrobić lepiej. Jestem perfekcjonistą i wszystko musi być idealne. Zazwyczaj jest tak, że dopiero w momencie kiedy wchodzę na murawę przestaję analizować poprzedni mecz. Ale równowagą są strzelone bramki – za każdym razem cieszą tak samo, nieważne w jakim meczu.

Robić to co się kocha

Pasja Kamila wymaga wielu poświęceń i wyrzeczeń. Zdarzają się kontuzje, które jego też nie omijały. Jak sam mówi, miał do tej pory sporo szczęścia, bo kilkukrotnie złamany nos i skręcona kostka to niska cena za uprawianie sportu kontaktowego. Poważnie ucierpiał na meczu dwa lata temu, kiedy z boiska znieśli go na noszach i kilkanaście godzin spędził w szpitalu z wstrząśnieniem mózgu.

– Sport to wyrzeczenia. Obecnie nie przestrzegam diety, nie ćwiczę regularnie tak jak robiłem to grając dla GKS Katowice. Ale nie gram też zawodowo. Sami organizujemy sobie stroje, ochraniacze – w moim przypadku wymagają częstej wymiany. Nie mamy zbyt wielu sponsorów i za większość płacimy sami. Ale to jest właśnie pasja. Nie dbasz o to, ile kosztuje – ważne, że sprawia przyjemność. Dużym wsparciem jest moja narzeczona. Zanudzam ją swoimi opowieściami i staram zarazić piłką. Patrycja wie co to rzut karny i spalony. Chociaż, gdybyś zapytała kto to Beckham, to pewnie bardziej skojarzy z Victorią niż z Davidem...

Kamil nie wyobraża siebie życia bez piłki. „Coś kosztem czegoś” – jak sam mówi, ale to co robi sprawia, że jest szczęśliwy. Co chwilę pojawiają się nowe propozycje zawodowe, ale, żeby nie zapeszać, wolał nic nie mówić. Jak sam podkreśla, jest jeszcze młody i dużo przed nim.

Katarzyna Żabicka

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę