Menu


Dobry DJ zagra wszystko

Dobry DJ zagra wszystko

Historia Marcusa Meyera nie rozpoczyna się od opowieści, że już od dziecka marzył o tym, aby zostać DJ-em. Marcin Majewski zawsze lubił clubbing, ale raczej ten na parkiecie. Miłość do tworzenia muzyki przyszła z czasem.

Marcus Meyer to pokolenie, które wie co to kasety magnetofonowe, walkman czy płyty gramofonowe. To pokolenie, które mogło pomarzyć o internecie na wyciągnięcie ręki, a posiadanie MP3 długo było nieosiągalnym marzeniem. Muzyka w życiu Marcusa Meyera była od zawsze, ale nie potrafił sprecyzować jaki gatunek był najbliższy jego sercu.

– Wszystko zaczęło się w momencie, kiedy mój kolega ze szkolnej ławki pożyczył mi kasetę z muzyką klubową. Byłem wtedy w liceum. Rok później zafascynowany muzyką trans lat 90. pojechałem na swoją pierwszą wielką imprezę – Love Parade, która rokrocznie organizowana była w Berlinie. Tak mi się spodobało, że zostałem raverem. Od tamtej pory muzyka clubowa była moją religią, a moim guru został niemiecki DJ Westbam. Jedni co roku chodzą na pielgrzymki, a ja musiałem być na Love Parade lub Mayday’u. Zafascynowany tym światem zmieniłem styl ubierania – srebrne kurtki, luźne spodnie. Muzyka towarzyszyła mi w każdym momencie mojego życia. Przetrwała nawet wojsko, choć nie było łatwo – wspomina.

Marcin do Wielkiej Brytanii przyjechał w 2005 roku. Za pierwsze zaoszczędzone pieniądze kupił sobie gramofony. Choć nie wiedział do końca jak naprawdę wygląda praca DJ-a, czuł, że to jest to, co chce robić w życiu. – Przez prawie dwa lata sprzęt przeleżał u mnie na półce. Nigdy nie uczyłem się miksowania profesjonalnie, wiedziałem tylko, że DJ musi mieć gramofony i słuchawki. Ale skoro sprzęt już był, to nie mogłem pozwolić, żeby zbierał tylko kurz. Granie dla ludzi było moim marzeniem – wystarczyło tylko poświęcić trochę czasu na naukę – przyznaje.

Ciężka praca się opłaca

Marcin zaczął gromadzić płyty, przede wszystkim DJ-a Westbama, podglądał występy profesjonalnych DJ-ów w internecie. Gromadził kolekcję utworów, które mógłby wykorzystać w miksowaniu. Wyszukiwał takich, które łatwo wpadały w ucho i tak powiększał swoją kolekcję.– W miksowaniu chodzi o połączenie bitów, czyli płynnego przejścia z jednego utworu w drugi. Utwór składa się z trzech części – pierwsza zwrotka, refren, kolejna zwrotka. Te nasze charakterystyczne słuchawki są po to, że w momencie kiedy ludzie bawią się przy danym kawałku, ja już mam odsłuch kolejnego utworu, który za chwilę wmiksuję w ten trwający. Jeśli nie zrobię tego płynnie pojawią się tzw. konie – moment, w którym płynność się „rozjeżdża”. Każdy początkujący DJ zalicza takie wpadki, ale z czasem i zdobywaną praktyką nie muszę już nawet liczyć fraz. Opanowanie tego zajęło mi prawie dwa lata. Pierwsze swoje równe przejście mam nagrane i zachowane, tak na pamiątkę. Następnie przyszła kolej na coś trudniejszego, czyli sety. Sety to kilka utworów zmiksowanych w całość. Po kilku miesiącach trenowania zacząłem łapać o co w tym chodzi – przede mną była praktyka i ciężka praca – opowiada.

Marcin nie trenował codziennie. Oprócz pasji było życie codzienne, a praca zawodowa nie zawsze pozwalała na treningi. Wiedział jednak, że granie było jego hobby, a największą motywację do tworzenia dostawał od znajomych, którzy prosili, żeby nagrał coś specjalnie dla nich lub wystąpił na jakiejś kameralnej imprezie. Wszystko nabrało tempa kiedy za pośrednictwem znajomego puścił swojego pierwszego seta w polskim radiu BanitaMaxx nadawanym z Londynu. – W środowisku muzycznym połowa sukcesu to talent – druga połowa to znajomości. W 2011 roku wyjechałem na kurs prezentera muzycznego. Wyjeżdżając tam wiedziałem już jak się gra. Chciałem raczej zdobyć wiedzę teoretyczną i uzyskać dokument, który umożliwiłby mi występ na każdej imprezie. Te warsztaty pozwoliły mi wyjść z tak zwanego „pokoju”. Wszystko czego nauczyłem się w domowym zaciszu mogłem rozwinąć na wielkiej scenie – podkreśla.

Poważny pseudonim

Przełomowym momentem w życiu Marcusa była zmiana pseudonimu. Chciał być rozpoznawany w Anglii, dlatego potrzebny był pseudonim, który będzie łatwy do zapamiętania i wymówienia. – Zaczynałem jako T-Maya – w szkole mówili do mnie „maja” ze względu na nazwisko. Kiedy wszystko zaczęło nabierać tempa, pomyślałem, że trzeba to zmienić. Myślałem kilka dni jak chciałbym się przedstawiać. O wszystkim zadecydował przypadek. Wracając z pracy minęła mnie ciężarówka, z Austrii z napisem Meyer Company. Spodobało mi się. Zatrzymałem się kilka mil dalej w McDonaldzie i obsługiwał mnie chłopak o imieniu Marcus. Połączyłem to i wyszło coś czego nigdy nie zmienię – Marcus Meyer – przyznaje.

Marcus Meyer złapał wiatr w żagle. Zawierał nowe znajomości, grywał w różnych miejscach, był zapraszany przez ludzi z branży. Zdarzało się, że leciał do Polski na dwa dni, po to tylko, żeby zagrać na imprezie, na którą zaprosił go znajomy DJ. Jak sam mówi, ludzie w branży są bardzo życzliwi – chętnie polecają siebie nawzajem i nie ma mowy o zazdrości. Często po zagranej imprezie DJ-e wymieniają się tytułami kawałków jakie zagrali. – Kiedyś zapomniałem słuchawek. Wchodziłem po moim dobrym znajomym DJ Tazo, który po prostu zdjął swoje i mi je pożyczył. Wspieramy się zawsze – zaznacza.

Dotrzeć do ludzi

– Mam konto na You Tube. Mój największy sukces do tej pory to ponad dwieście tysięcy wyświetleń jednego z moich setów. Ogólnych wyświetleń profilu mam ponad milion. Oprócz tego miałem zaszczyt grać jako support przed jednym z członków zespołu The Prodigy w Evesham. Plakat z tej imprezy traktuję jak trofeum! To wszystko brzmi jak nieprawdopodobna bajka i czasami mam ochotę się uszczypnąć – dodaje Marcin. Marcus nie lubi jak dodaje mu się przedrostek DJ. Ciągle doskonali swoje umiejętności i pracuje nad tym, żeby każdego dnia być lepszym. Na początku kariery zarzekał się, że będzie grał tylko muzykę klubową, ale życie jak zwykle weryfikuje nasze plany. – Dostałem kiedyś telefon, z zapytaniem czy nie miałbym ochoty grać w polskim klubie Daisy Club pod Birmingham. Właściciele zaoferowali mi stałą rezydenturę – czyli co tydzień miałem zagwarantowaną imprezę, którą miałem prowadzić. Jak się mówi w kręgu DJ-ów – techno, trans czy disco – dobry DJ zagra wszystko. Miałem obawy, czy to nie spowoduje, że utknę w miejscu, ale okazało się, że mam wolną rękę w doborze muzyki. Dzięki właścicielce Ani, mogłem rozwinąć skrzydła. Największą „nagrodą” dla mnie była sytuacja, kiedy podczas jednej z imprez goście z sali, na której grał zespół na żywo, woleli spędzić czas ze mną – przy muzyce klubowej – opowiada Marcin i na samo wspomnienie świecą mu się oczy.

– Sekretem do sukcesu jest to, aby wyczuć jak ludzie reagują na to co gram. Jestem tam dla ludzi i to oni mają być zadowoleni z muzyki jaką im zaproponuję. Jeśli moje sety się nie sprawdzają, to zawsze jest rezerwa, którą każdy DJ ma ze sobą podczas imprezy. Muzyka ma sprawiać przyjemność i radość – dlatego stojąc za „sterami” staram się zapewnić najlepszy clubbing – przekonuje.

Podnosi poprzeczkę

Dwudziestego pierwszego stycznia bieżącego roku odbyła się w Birmingham jedna z najbardziej prestiżowych imprez klubowych w West Midlands – Sounds Of Poland. Marcus Meyer był jednym z goszczących DJ-ów. Po raz kolejny jego nazwisko pojawiło się na plakatach, którymi oblepione były wszystkie drzwi polskich sklepów. Marcus nie osiada na laurach i sukcesywnie dąży do celu jaki sobie założył. Kocha grać i będzie grał tak długo jak się da. Obecnie w życiu Marcina jest jedna miłość, ale jak mówi – muzyka depcze jej po piętach. Na szczęście nie musi wybierać.

Katarzyna Żabicka

Zobacz także:

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę