Menu


Mona Koch – Polka z motocyklem

Mona Koch – Polka z motocyklem

W poszukiwaniu Polaków z pasją tym razem udaliśmy się do Wolverhampton. Właśnie tam mieszka i pracuje Mona Koch – Polka z artystyczną duszą i miłośniczka mechanicznych rumaków, która opowiedziała o swojej motocyklowej i tatuatorskiej pasji. Rozmawia: Anna Paprzycka.

Skąd zamiłowanie do tak niebezpiecznego sportu?
– Wszystko zaczęło się kiedy miałam około 16-17 lat od grupy kolegów, których poznałam przez moją przyjaciółkę (zajmowali się motocrossem). Kilka razy zabrali mnie ze sobą na tak zwaną jazdę w teren. Pojechaliśmy pozwiedzać, pojeździć po lasach, polach itp. Już po pierwszej takiej jeździe złapałam bakcyla i spytałam rodziców o motocykl dla siebie. Szybko zrobiłam kartę motorowerową i po paru miesiącach miałam swój pierwszy motocykl enduro o pojemności 50cc. Długo się nie nacieszyłam, parę miesięcy później miałam wypadek na drodze, nie z mojej winy, motocykl całkowicie poszedł do kasacji, a ja straciłam parę dobrych miesięcy jazdy. Jak już się zregenerowałam, to koledzy znów zabrali mnie parę razy na wyjazdy, jako tzw. „plecaczek”, aczkolwiek tylko razem, kolega przewiózł mnie na jednym kole i wtedy zapaliła się lampeczka w głowie, też tak chce! Po kupnie drugiego motocykla crossowego – Hondy CR125 sprzedałam ją i zakupiłam pierwszy motocykl, który później przerobiliśmy do stuntu Hondę CB500. Także po raz kolejny pasją zostałam zarażona od kogoś innego.

Czy wszystkie motocykle nadają się do tego typu akrobacji? Jesteś również tatuatorką, nie obawiasz się widma kontuzji, połamania palców?
– Jeśli chodzi o pracę i hobby, stunt w dzisiejszych czasach traktuję jako hobby. Jeśli chodzi o zdrowie, relacja praca-jazda, to aż tak się nie boję, aczkolwiek staram się jeździć ostrożnie. Stunt, nie jest aż tak kontuzjogenną dyscypliną jak się wydaje. Dużo motocykli można zacząć używać do stuntu, aczkolwiek jednymi jeździ się łatwiej niż innymi. Hondy – zawsze były niezawodne, Kawasaki bardziej spełniały oczekiwania, aczkolwiek na chwilę obecną Yamaha zaczyna zdobywać serca stunterów. Prawo jazdy na motocykl zrobiłam jeszcze w Polsce, zaraz po osiemnastce, razem z prawem jazdy na auto.

Kilka miesięcy temu zrobiłam uprawnienia CBT, niestety później przewróciłam motocykl i nie potrafiłam go podnieść. Uświadomiłam sobie, że jednak bezpieczniej czuję się jeżdżąc jako ,,plecaczek”. Czy miałaś kiedyś jakąś dłuższą chwilę zwątpienia?
– Chwil zwątpienia było wiele, jednak nie poddałam się. Można powiedzieć, że jestem uparta jak osioł i jak coś postanowię, to tak ma być. Osobiście nie bardzo już lubię jeździć jako „plecaczek”. Nie wiem dlaczego, aczkolwiek jazda samemu sprawia mi większą przyjemność. Wiele razy upuściłam motocykl, wiele razy razem wylądowaliśmy w rowie czy na polu podczas treningu, jednak nigdy jakoś nie przyszło mi do głowy, aby się poddać. Nie jestem wysoką osobą i nawet na moim obecnym motocyklu do ziemi dosięgam tylko palcami.

To dość ciężkie, duże maszyny. Jak udaje ci się nad nimi zapanować? Jesteś dość filigranową osóbką.
– Jeśli chodzi o wagę motocykla, podczas jazdy aż tak się jej nie odczuwa. W punkcie balansu na jednym kole motocykl waży praktycznie tyle, co nic. Staje się tak jakby poruszającym się obiektem, na którym my się tylko trzymamy. Wiem, że łatwiej powiedzieć, niż coś zrobić, dlatego nauka punktu balansu może zająć długi czas. Odczuwam wagę motocykla jedynie wtedy, kiedy muszę go podnosić piętnaście razy z ziemi podczas jednego treningu. Wtedy – dzień po – zakwasy na pewno się pojawią.

Co sprawia ci największą frajdę w tych wyczynach kaskaderskich? Adrenalina?
– Jeśli chodzi o stunt, to uwielbiam wszystko, co jest z tym związane. Podróżowanie, poznawanie nowych ludzi na całym świecie, uczenie się nowych tricków, ciągłe stawianie wyższych celów i spełnianie się. Walkę z samym sobą, kiedy coś nie wychodzi. Stunt pozwala mi także się zrelaksować, zapomnieć o problemach i na chwilę „odpłynąć” i zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości.

Na czym polegają wasze treningi. Nie przeszkadzają wam sąsiedzi, policja? Musicie mieć specjalne pozwolenia?
– Treningi odbywają się od czasu do czasu. Na chwilę obecną straciliśmy wszystkie miejsca, staramy się tylko trenować na parkingach, porzuconych miejscach z dobrą powierzchnią. Niektóre miejsca są legalne, gdzie mamy pozwolenie od właściciela. Inne – tak na pół legalne, kiedy pozwolenia nie mamy, ale nikomu to nie przeszkadza, więc jeździmy, dopóki możemy. Zazwyczaj małą grupą spotykamy się w określonych miejscach i każdy trenuje to, co chce. Jeździmy, ile mamy sił. Nie trenujemy w miejscach zabudowanych ze względu na hałas. Nasze tłumiki są bardzo ciche, aczkolwiek staramy się szanować miejsce i czas ludzi. Jeśli chodzi o policję, to nigdy nie mieliśmy dużego problemu. Czasami zwrócili nam uwagę albo przyjechali popatrzeć. Można powiedzieć, że większość jest nastawiona do nas pozytywnie.

Z jednej strony szybkość, głośny ryk silników, zapach spalonych opon, z drugiej tatuatorska, artystyczna dusza? Jak to ze sobą może  współgrać?
– Jeśli chodzi o relacje stunt a tatuaż, tatuaż pojawił się po pasji do motocykli. Jest to fajna forma zapomnienia. Każdemu zdarzają się lepsze i gorsze dni. Dzięki akrobacjom, jakie robimy, ciało pozostaje w dobrej formie i kondycja fizyczna nie spada do zera. Tak jak zauważyłaś, nasza praca w studiu polega zazwyczaj na siedzeniu na krześle. Fajnie jest się porozciągać i poćwiczyć od czasu do czasu.

Co sprowadziło cię do Anglii? Jak ci się tutaj żyje?
– Jeśli chodzi o Anglię, to na wyjazd zdecydowałam się w cztery dni. Mój kolega, również stunter, postanowił przeprowadzić się na zimę do UK, gdyż sezon tutaj trwa praktycznie cały rok. Wizja wyjazdu do Anglii była dla mnie perspektywą, w której widziałam siebie posiadającą więcej czasu na trening i jazdę. Dlatego też wyjechałam. Byłam wtedy bardzo początkującą tatuatorką, także szybko musiałam znaleźć inną pracę. Do tatuażu wróciłam jakieś półtora roku temu.

Gdzie w najbliższym czasie będzie można cię zobaczyć? Szybciej na motocyklowym pokazie, czy na konwencji?
– Wydaje mi się, że będzie to wyścig z czasem. Zaplanowałam już kilka konwencji i parę eventów stuntowych. Nie wiem, co będzie pierwsze, gdyż zazwyczaj nie wychodzi, tak jak zaplanowaliśmy. Pierwszą konwencję planuję na maj, pierwsze zawody mamy w marcu – jeszcze nie wiem, czy się wybiorę.

Ostatnio zmienianyczwartek, 16 luty 2017 10:18

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę