Menu


Rewolucja w brytyjskich szkołach

Rewolucja w brytyjskich szkołach Shutterstock

W szkołach trwa rewolucja. W większości zmiany będą korzystne z punktu widzenia rodziców, jednak zwiększą się nieco wymagania wobec dzieci. Ma być trudniej.

Gdybyśmy przenieśli się w czasie do roku 1876 i stanęli o 15:30 pod jakąkolwiek szkołą, zobaczylibyśmy uczniów wybiegających z lekcji. Od czasów wiktoriańskich właśnie o tej porze dzwoni dzwonek. Od tego roku ma się to zmienić. Na razie w co czwartej szkole. Placówki będą mogły się starać o dodatkowe pieniądze na zajęcia ruchowe, plastyczne lub rozwojowe, które mają wydłużyć dzień zajęć o godzinę. Powód? – Mało kto wychodzi przed 16:00 z pracy. Czasem trzeba bardzo kombinować, żeby udało się odebrać dziecko ze szkoły – mówi 30-letnia Kasia z Devon. Jej mąż Marek ma jednak nieco inne zdanie. – Sam jako dziecko chciałem być w szkole jak najkrócej się dało i biec do kolegów, więc mam nadzieję, że ta ostatnia lekcja nie będzie obowiązkowa – zastanawia się.

Wakacje na jesień

Entuzjazmem rodziców cieszy się za to niemal bez zastrzeżeń wprowadzenie przerwy wakacyjnej w środku semestru kosztem krótszych o dwa tygodnie wakacji. Na razie na przyszły rok zapowiedziały je Brighton i Hove City Council, gdzie przerwa rozpocznie się 14 października i potrwa do 29 października. – Szkoda, że nie do końca miesiąca, bo w ten sposób dzieci mogłyby spędzić w Polsce też Wszystkich Świętych – wzdycha Patrycja, mama 7-letniej Julki i 12-letniego Karola z Birmingham. – Ale i tak się cieszę. Od jakiegoś czasu strasznie „ścigają” za każdą nieobecność. A przecież jest wiele rodzin z zagranicy, które chcą w czasie roku szkolnego odwiedzić rodzinę, tak jak wiele rodzin, gdzie jedno z rodziców wcale nie dostaje urlopu latem – dodaje. Podobne były argumenty wprowadzających zmiany samorządów – latem wakacje są o wiele droższe niż w październiku i trzeba dać alternatywę tym rodzicom, którzy nie mają ochoty przepłacać. Jeśli efekty będą zadowalające, takie same zasady wprowadzą też inne szkoły.

Dziecko to twoja sprawa

Samorządy będą zresztą musiały stać się bardziej przychylne w stosunku do rodziców. Pod koniec maja zapadł bowiem bezprecedensowy wyrok, na który teraz matki i ojcowie będą mogli powoływać się w podobnych sprawach. Sąd najwyższy orzekł, że tata dziewczynki, który zabrał ją na tygodniowe wakacje w środku semestru, jednak miał do tego prawo. Szkoła chciała pociągnąć go do odpowiedzialności prawnej, bo zdaniem nauczycieli zagroziło to postępom w nauce dziecka. Zawzięty rodzic argumentował jednak, że był to jedyny czas w roku, gdy dostał urlop, więź z rodzicem jest ważniejsza niż pięć dni szkoły, a poza tym jako ojciec ma prawo decydować o rodzinnych planach. Sąd najwyższy przychylił się do jego argumentacji. – Strasznie wkurza mnie to wtrącanie się urzędników w sprawy rodziny – narzeka 28-letnia Julia z Ipswitch, która nie raz miała z podobnego powodu nieprzyjemności. – Wiadomo, że nie zabieram dziecka ze szkoły dla kaprysu, tylko wtedy, gdy mamy np. pogrzeb czy inną ważną uroczystość rodzinną w Polsce. I nie chcę się z tego tłumaczyć przed nikim – zaznacza.

Mnożenie po chińsku

Dobra wiadomość dotyczy też lekcji matematyki. Ogłoszone na początku lipca zmiany mogą oznaczać, że już niedługo pożegnamy się ze skomplikowanymi wzorami w podręcznikach i segregowaniem uczniów na „zdolnych” i „gorszych”. To ważne, bo obecny sposób nauczania sprawił, że brytyjskie 15-latki osiągają dziś z matematyki 26. miejsce na 34 kraje rozwinięte. „Matematycznych analfabetów”, którzy w tym wieku mają problemy z podstawowym mnożeniem czy dzieleniem, jest u nas o 10 proc. więcej niż w Szanghaju czy Singapurze. To dlatego rząd za 41 mln funtów planuje od tego roku wprowadzenie do 8 tys. podstawówek... azjatyckiego sposobu nauczania tego przedmiotu. Doszkalanie zawodowe pod tym kątem przejdzie 700 nauczycieli. W Azji na lekcjach opanowuje się mniej materiału, ale za to dogłębnie. Nie ma więc obliczania objętości i obwodu skomplikowanych figur, ale każdy uczeń musi nauczyć się choćby tabliczki mnożenia do dwunastu na tyle, by poradzić sobie bez kalkulatora na co dzień. Nauczyciele rocznie poświęcają tam aż 100 godzin na dokształcanie się.

Młodzi nie umieją pisać

Ulepszenie matematycznego programu będzie niezbędne, bo 11-latki mają od tego roku przystępować do trudniejszych egzaminów SAT z tego przedmiotu. I nie tylko z tego. Jak donosi „The Telegraph”, bardziej wymagające będą też zadania z ortografii, gramatyki i czytania, a każdą część uczeń będzie zdawał osobno. Te zmiany nie zaskoczą nikogo, kto zetknął się w ostatnich latach z umiejętnościami brytyjskich nastolatków. Nauczyciele i pracodawcy biją na alarm, że młodzież nie zna poprawnych form gramatycznych, ledwo czyta i robi błędy nawet w prostych, codziennych zwrotach. Wielu uczniów angielskiego uczy się z seriali i gier zamiast w szkole, więc nie potrafi mówić tak, jak nakazuje tradycja na Wyspach. W przypadku imigrantów, którzy sami dopiero się uczą, rodzice przekazują czasem dzieciom błędne formy, a w szkole nikt ich nie poprawia. – Problem pojawia się, jak młodzi wychodzą ze szkoły – mówi 40-letni Marcin, który odpowiada za program staży w dużej firmie produkcyjnej.

– Fakt, że dziś rzadko która praca wymaga na co dzień pisania bez błędów, ale jednak braki wychodzą na jaw choćby w momencie składania cv czy odpowiedzi na maile. Dostaję bardzo dużo aplikacji, które są okraszone strasznymi błędami. Z niektórych listów motywacyjnych trudno mi nawet coś zrozumieć, bo są napisane tak „fantazyjnie”. Kandydaci potrafią robić błędy w nazwie firmy czy stanowiska – tłumaczy.

Nie wszystkie szkoły to akademie

Plany rządu były jeszcze dalej zakrojone, ale na razie częściowo rządzący wycofali się ze swoich pomysłów. Chodziło o przekształcenie do 2022 wszystkich szkół w akademie. Konkretnie każda placówka miałaby panować nad swoim budżetem i podejmować takie decyzje, jak to, kiedy zorganizuje wakacje, jaki będzie miała program czy też, ile zapłaci nauczycielom. Utrzymywałaby się z pieniędzy ministerstwa edukacji i dotacji sponsorów, a nie lokalnych samorządów. W teorii dzięki temu dobre szkoły mogłyby płacić nauczycielom więcej i inwestować w zajęcia, a przez to poprawiać poziom, a gorsze z czasem przestałyby istnieć. Program już zaczął być wcielany w życie, bo z zaledwie 236 akademii w 2010 roku pięć lat później ich liczba urosła do ponad 4500. Jednak nie wszystkim pomysł się podobał.

– Projekt ma swoje plusy, ale próbowano go wprowadzić w dużym pośpiechu i trochę się nie dziwię rodzicom i dyrektorom, którzy nie mieli ochoty na nagłą rewolucję – tłumaczy 40-letnia Karolina, nauczycielka z Cambridgeshire. Pracuje w podstawówce, która cieszy się dobrą opinią i twierdzi, że w przypadku takich szkół zmiany nie są potrzebne, a gorsze placówki i tak nie byłyby w stanie wcielić ich w życie. Rząd w końcu ustąpił i teraz chce, by tylko najgorsze szkoły miały obowiązek przekształcania się w akademie.

Najważniejsze zmiany:

  • o godzinę dłuższe zajęcia
  • wakacje w październiku w Brighton i Hove
  • gorsze szkoły zamienione w akademie
  • trudniejsze egzaminy SAT
  • matematyka jak w Azji

Sonia Grodek

Skomentuj


Skomentuj artykuł za pomocą konta Facebook
Skomentuj artykuł bezpośrednio
Powrót na górę