Menu

Ludzie drugiej kategorii

Ludzie drugiej kategorii

Ludzie przy taśmie załatwiający się w spodnie przez zakaz wychodzenia do toalety, kobiety w ciąży zmuszane do dźwigania ciężarów na 14-godzinnych zmianach, psychiczna i fizyczna przemoc oraz menedżerowie groźbami wymuszający posłuszeństwo – taki obraz wyłania się z raportu Komisji ds. Równości i Praw Człowieka o sytuacji robotników zatrudnionych w brytyjskim sektorze mięsnym. 70 procent z nich to imigranci, w większości Polacy.

O tym, że ten raport będzie szokujący, wiadomo było od początku, czyli od 2008 roku, kiedy brytyjska Komisja ds. Równości i Praw Człowieka wzięła się za badanie sytuacji pracowników sektora mięsnego. Jednak od tego, co ujawnia opublikowany w ostatnich dniach raport włos jeży się na głowie. Czytając kolejne akapity ma się wrażenie, że takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. A przynajmniej nie w cywilizowanym kraju w XXI wieku.

– Praca przy taśmie jest bardzo ciężka. Stoisz przez kilkanaście godzin i przerzucasz skrzynki. Każda waży około 16 kilogramów. Zdarzało się, że gdy wracałam do domu po zmianie, nie mogłam utrzymać w ręce klucza, żeby otworzyć drzwi. Herbatę piłam przez rurkę, bo szklanki bym nie uniosła – mówi Grażyna, pracownica jednej z mięsnych przetwórni, która zgodziła się opowiedzieć inspektorom z komisji o swojej pracy. A to dopiero początek rewelacji...

70 procent imigrantów

Za kompleksowe badania akurat tego sektora Komisja Równości i Praw Człowieka (EHRC) wzięła się nieprzypadkowo. Zanim ruszył trwający 15 miesięcy program, inspektorzy dostali wiele skarg na sytuację, w jakiej znajdują się ludzie zatrudnieni przy przetwórstwie mięsa. Firmy te w dużej mierze korzystają z pracowników agencyjnych. Aż 70 procent z nich to obcokrajowcy, z których najliczniejszą grupą są Polacy. Zaraz za nami w rankingu liczebności znaleźli się: Litwini, Łotysze, Czesi, Słowacy i Portugalczycy.

Do badania EHRC przyłożyła się rzeczywiście solidnie, używając chyba wszelkich dostępnych metod. Do całej rzeszy przetwórni, agencji pośrednictwa pracy, sklepów, a także indywidualnych pracowników wysłano szczegółowe kwestionariusze z pytaniami o warunki pracy i płacy w ich firmie. Spośród tej ostatniej grupy napłynęło 120 odpowiedzi. Trzy czwarte z nich napisanych było w językach innych niż angielski i aż połowa po polsku. Ze 140 pracownikami inspektorzy komisji rozmawiali osobiście, 120 z nich to imigranci. Ekspertyzę wzbogacono dodatkowo także o opinie policji oraz Gangmaster Licencing Agency, gdzie muszą być zarejestrowane agencje zapewniające pracowników do sektora żywnościowego.

Można z pewnością powiedzieć, że raport w pełni odzwierciedla stosunki pracy panujące w branży przetwórczej, a jego rzeczywistość jest nawet czarniejsza od przypuszczeń.

Wrzeszczą, kopią, ubliżają...

– Menedżerowie krzyczeli na nas, ubliżali nam i wyzywali od „f***ing Polish” i to było na porządku dziennym – powiedział inspektorom Polak zatrudniony przez agencję w jednej z przetwórni we wschodniej Anglii. – Zdarzało się też, że byliśmy popychani i kopani przez przełożonych. Często też menedżerowie rzucali w nas zamarzniętymi hamburgerami... One były twarde jak kamienie. Najczęściej dotyczyło to nowych robotników, którzy po prostu nie wyrabiali się przy taśmie albo mówili słabo po angielsku i nie rozumieli wydawanych im poleceń – dodaje.

Przemocy fizycznej od przełożonych doświadczył jeden na pięciu pracowników ankietowanych przez inspektorów komisji. Werbalnej – w postaci krzyku, ubliżania i wyzwisk – aż jeden na każdych trzech zapytanych. – Nie zapomnę tego człowieka do końca życia – mówi o swoim przełożonym Brazylijczyk pracujący przy taśmie w przetwórni drobiu. – Traktował mnie gorzej niż zwierzę. Czasem nie mogłem spać całą noc wiedząc, że rano znów muszę tam iść – dodaje.

To jednak i tak jeszcze nie najgorsze, co spotyka pracowników mięsnych przetwórni. Część z nich przyznała w rozmowie, że byli zmuszani do załatwiania swych potrzeb fizjologicznych nie przerywając pracy, bowiem nie wolno im było odejść od taśmy i iść do toalety.

– Często zdarza się, że ludzie ze zmęczenia dostają krwotoków z nosa, bywa także, że zranią się krojąc mięso w pośpiechu. Ale taśma jedzie dalej i nie możesz od niej odejść – opowiada Grażyna.

Ten zakaz dotyczy także kobiet w ciąży czy mających okres. „Tego rodzaju praktyki zawstydzają i poniżają pracownika. Ponadto są niezgodne z prawem i Europejską Konwencją Praw Człowieka” – konkluduje raport komisji.

20 to nie 19

Z pewnością jest z nim niezgodny również sposób, w jaki mięsne przetwórnie oraz agencje pośrednictwa pracy traktują kobiety ciężarne. Oprócz zakazu wychodzenia na przerwę, często są one narażane na sytuacje mogące poważnie zaszkodzić ich ciążom i zdrowiu ich samych. Ciężarne pracują jak każdy inny robotnik, muszą się schylać, dźwigać ciężkie skrzynki albo stać przy taśmie po 12 godzin na dobę. Przełożeni nie zawracają sobie głowy ich szczególnym stanem. Robotnik to robotnik, sztuka jest sztuka.

Dla odmiany agencje biorą pod uwagę ich szczególny stan i... nie dają im pracy. Stosunek do kobiet w ciąży doskonale oddaje wypowiedź jednego z dyrektorów firmy dostarczającej robotników dla przetwórni drobiu w okolicy Norwich. – Nasi klienci pozbywają się kobiet, gdy tylko dowiedzą się, że są w ciąży – mówi. – Nie obrażając nikogo, ale jest to zrozumiałe. Jeśli fabryka potrzebuje danego dnia dwudziestu pracowników, to chce dwadzieścia par rąk do pracy. Nie dziewiętnastu i jednej ciężarnej, która nie może pracować pełną parą – dodaje.

I nie jest w swej opinii wcale odosobniony. Na złe traktowanie kobiet w ciąży skarżył się co czwarty z pracowników, z którymi rozmawiali inspektorzy EHRC.

90 godzin w tygodniu

Sytuacja nie przedstawia się wcale lepiej, gdy pod lupę wziąć zagadnienia BHP. Na to narzeka prawie 20 proc. pracowników mięsnych przetwórni. Pracodawcy oszczędzają na czym tylko mogą i najczęściej nie zapewniają na przykład właściwej odzieży ochronnej. Dotyczy to zarówno osób pracujących w chłodniach, jak i ludzi stojących przy taśmie. Trudno powiedzieć, komu z tym gorzej – ci pierwsi marzną, drudzy natomiast bywają zmuszani np. do zakładania przepoconych i nie tylko kombinezonów i butów, które kilka minut wcześniej zdjął z siebie pracownik kończący właśnie zmianę.

Choć 58 proc. przetwórni chwali się zapewnianiem właściwych narzędzi pracy, zdanie ich pracowników na ten temat jest zupełnie inne. „Na produkcji” do rzadkości należą rękawice chroniące palce przed zranieniem czy odmrożeniami – w przypadku tych pracujących z mrożonkami.  

Sporo do życzenia pozostawiają także wymagane przez prawo szkolenia z zakresu BHP. Ten wymóg spełnia zaledwie trzech na pięciu pracodawców, a jeśli nawet – w większości przypadków kurs jest przeprowadzany pospiesznie, po łebkach i w sposób zupełnie niezrozumiały dla obcokrajowców.

Przeciętna zmiana w przetwórni mięsa trwa według inspektorów z komisji około 14 godzin, ale zdarzają się i takie trwające 16-18 godzin, po których pracownicy są zmuszani do powrotu na stanowiska pracy po zaledwie kilku godzinach przerwy. Tygodniowo robotnicy w fabrykach mięsa wyrabiają nawet do 90 godzin, a wielu z nich po kilka miesięcy pracuje bez ani jednego dnia wolnego. „Brytyjskie przepisy mówią, że nawet jeśli zgodzimy się na pracę powyżej 45 godzin tygodniowo, to i tak musimy mieć przynajmniej jeden dzień wolnego w tygodniu, a przerwa między kolejnymi zmianami musi wynosić przynajmniej 11 godzin” – przypominają w raporcie eksperci.

Kapo manager i kultura strachu

Autorzy wstrząsającego raportu nie pozostawiają też bez odpowiedzi pytania o powody, dla których w cywilizowanym kraju w XXI wieku dochodzić może do takiego procederu. – Musimy wyrzucić z pracy ze 20 osób, żeby reszta zrozumiała, po co tu jest – taki komentarz miał paść z ust polskiego pracownika agencji rekrutacyjnej na wieść o tym, że jedna z pracownic nie zgadza się zostać w fabryce po godzinach.

Strach przed utratą pracy to najczęściej używany w stosunku do robotników argument, mający zmusić ich do posłuszeństwa i milczenia w sprawie nielegalnych praktyk. – Raz na jakiś czas trafiał się ktoś, kto dyskutował albo i skargę napisał – opowiada Polka pracująca w przetwórni w Yorkshire za pośrednictwem jednej z tamtejszych agencji rekrutacyjnych. – Zwykle już następnego dnia nie miał pracy i w końcu musiał zjeżdżać do domu. Wiadomo przecież, że w każdej następnej agencji pytaliby go o referencje z poprzedniej, więc z reguły jak ktoś popadł w niełaskę, nie szukał już pracy w innych agencjach. Skarga równała się więc bezrobociu i wilczemu biletowi na pracę w Anglii – dodaje.

Raport wspomina także o innych praktykach, chętnie używanych przez managerów i pośredników pracy. Bywa, że wchodzą oni do domów i budzą robotników odsypiających kilkunastogodzinną zmianę w ich dzień wolny, bo akurat w fabryce potrzeba dodatkowych rąk do pracy. Pośrednikom zdarza się też stać przed bramą fabryki i zawracać idących do domu pracowników, wymuszając w ten sposób nadgodziny. Kto odmówi, musi liczyć się z tym, że następnego dnia pracy dla niego już nie będzie.

Łańcuszek nieszczęścia

Aby dotrzeć do prawdziwych przyczyn tego zjawiska, warto zdać sobie sprawę ze skali zaangażowanych w ten biznes pieniędzy i prześledzić ich obieg. Pośrednictwo pracy to interes nader intratny, który w skali kraju przynosi obrót rzędu ok. 27 miliardów funtów. Te pieniądze pompują w agencje ich klienci, płacąc za każdą godzinę przepracowaną przez każdego zatrudnionego za ich pośrednictwem robotnika. W biznesie wartym takich pieniędzy sentymentów nie ma, agencjom zależy więc na utrzymaniu dużych i ważnych klientów, jakimi są dla nich mięsne fabryki. Przetwórnie w samej tylko środkowej i wschodniej Anglii zatrudniają blisko 90 tysięcy osób, w Walii natomiast dodatkowe 33 tysiące, generując w sumie ponad 360 milionów funtów zysku rocznie. Dzieje się tak głównie za sprawą supermarketów, stanowiących główną ich klientelę. W tej grze to właśnie one rozdają karty. – Sieci supermarketów od lat tną swe koszty, skazując w ten sposób tysiące ludzi na nadużycia i wykorzystywanie przez pracodawców – powiedział przed tygodniem wiceprzewodniczący centrali związkowej Unite Jack Dromey. Stało się to przy okazji ogłoszenia przez sieć Asda nowej i restrykcyjnej polityki, jaką będzie ona stosować względem swych dostawców. Według niej szefowie sieci nie będą tolerować żadnych dyskryminujących praktyk w przetwórniach swoich kontrahentów i zachęcać ich do równego traktowania pracowników agencyjnych i etatowych. Asda pokusiła się o to, zanim jeszcze szczegóły raportu poznała opinia publiczna, przeczuwając najwidoczniej, że będzie on dość szokujący. Dziś, już po jego oficjalnym ogłoszeniu, Dromey skomentował go lakonicznie. – Brytyjskie supermarkety powinny opuścić głowy ze wstydu – powiedział.

Dominik Waszek - Goniec Polski

Nie ma pracy, jeśli nie jesteś Polakiem

Raport EHRC zawiera też rozdział dotyczący trudności, jakich w związku z dostaniem pracy w przetwórstwie mięsnym doświadczają Brytyjczycy. Agencje i same przetwórnie wolą obcokrajowców, bo – jak sami podają w wynikach ankiety – „pracownicy zagraniczni są bardziej pracowici, zdyscyplinowani i mają wyższe standardy jakości”. Wątek ten jako jedyny podchwycony został przez bulwarówkę „Mail on Sunday”, która na pierwszej stronie zamieściła artykuł „No job unless you’re Polish” (Nie ma pracy, chyba że jesteś Polakiem). Tekst dotyczył ogłoszenia o pracę w jednej z przetwórni we wschodniej Anglii. Agencja pośrednictwa pracy napisała w nim, że chętnie zatrudni, ale tylko osoby mówiące biegle po polsku. Jej pracownicy w rozmowie telefonicznej z dziennikarzem wyjaśnili, że chodzi o szkolenie BHP, które jest tam przeprowadzane właśnie w tym języku.

Po nagłośnieniu sprawy – jak na ironię – trafiła ona pod osąd nie kogo innego, jak właśnie EHRC, która ma wyjaśnić, czy aby takie ogłoszenie nie dyskryminuje Brytyjczyków w staraniach o tę niezwykle atrakcyjną pracę. Komisja oczywiście zwróci się do przetwórni o wyjaśnienia, jednak jej właściciel Max Hilliard – uważany za potentata w wieprzowej branży – już rzucił nieco światła na sprawę. Ogłoszenie tej treści było według niego pomyłką i nieporozumieniem komunikacyjnym, do którego doszło między jego przedsiębiorstwem a agencją, która puściła anons w świat. Stało się tak m.in. dlatego, że firma Hilliarda boryka się obecnie z trudnościami organizacyjnymi, po tym jak kilka tygodni temu spłonęły jej fabryki w West Yorkshire. Po pożarze pracę w firmie straciło 600 osób. Większość z nich to Polacy.

3 komentarzy

  • guti
    guti niedziela, 12, czerwiec 2011 12:42 Link do komentarza

    nieprawdopodobne XXI wiek???!!!
    Mam nadzieje ze zrobią z tym porządek.

  • Karol
    Karol poniedziałek, 09, maj 2011 14:52 Link do komentarza

    brak zadnych ludzkich uczuc wobec ludzi ktorzy chca zarobic na zycie. znecanie sie dla zabawy, wyzywanie, ponizanie przez kopniaki i rzucanie czyms. to jedna z form wspolczesnych obozow koncentracyjnych, tylko jeszcze gorsza bo czlowiek z wlasnej woli musi tam zostac. zadnej godnosci, tylko strach i posluszenstwo.''arbeit macht frei''. tak czy inaczej nikt z tym nic nie zrobi tam gdzie sa pieniadze duze nie ma miejsca na wspolczucie. moze jesli opinia publiczna gwaltownie zareaguje...

  • WNERWIONY
    WNERWIONY czwartek, 18, marzec 2010 18:39 Link do komentarza

    LUDZIE CO WY ZE SOBÁ TAM ROBICIE????????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! JA BYM TAKIEGO MENADZERKA PO PYSKU NASTUKAL ZA TE RZUCANIE MROZONKAMI, A JAK PRZECZYTALEM PO ILE GODZIN PRACUJECIE TO MI WLOSY NA GLOWIE STANELY!!!!!!!. MUSICIE WSZYSCY RAZEM Z CALÁ FABRYKÁ ZBUNTOWAC SIE DO BOJU STRAJK ALBO PO PYSKU TAK JAK W POLSCE, ZE TAKIE RZECZY SIE DZIEJÁ NA PRAWDE TO SIE W GLOWIE NIE MIESCI

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę