Menu

Kraj Basków

Kraj Basków

Po trzech latach bez należytego urlopu i wypoczynku, zdecydowałem się wyjazd do Hiszpanii. Ale nie do tej, którą wszyscy znają ale do jednej z najbardziej niebezpiecznych hiszpańskich prowincji Euskadii, czyli Kraju Basków. 

Tak się złożyło, że w Bilbao wylądowałem praktycznie z marszu po nieprzespanej nocy. Jest słoneczne przedpołudnie, na dworze znośny upał a ja w krótkich spodniach, sandałach i skórzanej kurtce oraz z plecakiem – i jednym jedynym marzeniem – byle jak najszybciej dostać się do schroniska. Po niespełna godzinie osiągam swój cel. Schronisko to wielki siedmiopiętrowy luksusowy kombinat do przerobu plecakowych turystów. Przypadł mi pokój z widokiem na biegnącą przez miasto trzypasmową autostradę z Santander do San Sebastian.

Płytki z rosyjskiego tytanu
Wyposażony w plan miasta, który wręczono mi w lotniskowej informacji turystycznej ruszam zwiedzać to Bilbo – jak mówią Baskowie. Bo trzeba pamiętać, że Kraj Basków, ta najbardziej autonomiczna prowincja Hiszpanii na każdym kroku podkreśla swą odrębność. Język baskijski nie dość, że stanowi zagadkę dla naukowców, to oczywiście nie ma nic wspólnego z hiszpańskim. Egzotykę tego miejsca tworzy właśnie odrębny język i kultura Basków. Bilbao ma przemysłowo-kupiecko-portowy charakter. To tu, w pobliskich hutach już od czasów rzymskich wytapiano żelazo. Niestety założone w 1300 roku miasto zostało zniszczone w 1937 r., w czasie wojny domowej. Na domiar złego 23 lata temu potężna powódź zdewastowała większą część starówki. Mimo wszystko, to, co się zachowało jest pełne uroku i swoistego klimatu. Kamienice na przykład od razu rzucają mnie na kolana – jestem pod wrażeniem oryginalnej architektury z końca XIX w.

Muzeum Sztuk Pięknych, czyli Galeria Narodowa to miejsce, gdzie można delektować się zbiorem hiszpańskiego malarstwa portretowego od XVII wieku aż po początki naszego stulecia oraz piękną kolekcją sztuki użytkowej – mis, kaset, kufrów, waz... Pełno na nich motywów arabskich, cyzelowanych w złocie lub srebrze, dalej malarstwo religijne z el Greco na czele. Co prawda nie są to zbiory tej rangi co w muzeum Prado w Madrycie, ale zawsze...
Mały odpoczynek na placu przed kościołem św. Wincentego (kościoły, jak się okazuje, są otwarte tylko w czasie nabożeństw, do wyjątków należą znane zabytki czynne dla zwiedzających również w ciągu dnia) i tu pierwsza scenka rodzajowa. Jest sobotnie wczesne popołudnie. Do stojącej figurki Matki Boskiej podchodzi w średnim wieku kobieta z zakupami w ręku, chwilę modli się w skupieniu i idzie dalej…

Siedem Ulic
Idę dalej w stronę Starego Miasta, zwanego tutaj Siete Calles, czyli Siedmioma Ulicami (to od siedmiu uliczek tworzących zalążek starówki). Część kamienic i uliczek pełne życia. Zachodzę do baru i zamawiam piwo, które podaje się tu w takich szerokich musztardówkach. Prawdziwy baskijski bar zaskakuje mnie także z innego powodu – nie ma tu koszy na śmieci i popielniczek a wszelkie papierki, niedopałki i wykałaczki rzuca się beztrosko na podłogę. Im więcej tego chłamu na dole, tym większy prestiż ma właściciel – oznacza to bowiem, że jego przybytek jest odwiedzany i ma klientelę. Rozochocony pięknym porcelanowym dystrybutorem zamawiam jeszcze jedno piwo i robię zdjęcie barmanowi.

Pokrzepiony udaję się do Muzeum Basków, które swą formułą przypomina etnograficzne muzeum na Kaszubach lub w Bieszczadach. Baskowie jawią mi się jako lud pasterski i łowiecki, który wykorzystując swe położenie geograficzne zapuszczał się to do Afryki, a to aż na Grenlandię. Może ich krzywdzę takimi uproszczonymi osądami, ale niewiele wyniosłem z tego muzeum wiedzy o ich hardym narodzie, żyjącym między Atlantykiem a Pirenejami. Zresztą, prawdę mówiąc, pozostaną oni do końca mego pobytu w ich kraju pewną zagadką.
Jednak Bilbao bardziej niż z muzeum, w świecie słynne jest z tzw. efektu Bilbao, czyli umiejętnego ożywienia tego przemysłowego, choć podupadającego jeszcze do niedawna miasta. Za sprawą szalonego pomysłu kanadyjskiego architekta Franka Gehrego, powstał najbardziej znany budynek muzeum końca XX wieku.

Warto wspomnieć, iż od wybudowania muzeum w 1997 r. liczba turystów wzrosła 15-krotnie. By zapoznać się z jedyną w swym rodzaju postmodernistyczną budowlą w tym mieście, czyli Muzeum Guggenheima, potrzeba paru dobrych chwil, dlatego przeznaczam na ten cel całe niedzielne przedpołudnie. Pionierskość tej futurystycznej budowli, która przypomina do złudzenia statek polega na tym, iż tą konstrukcją Gehry zapoczątkował swój niepowtarzalny i od razu rozpoznawalny styl, który robi z zewnątrz oszałamiające wrażenie. Szczególnie, gdy zwiedzający na chwilkę zatrzyma się i posłucha... szelestu tytanowych płytek sprowadzonych specjalnie z Rosji, którymi obłożono całą zewnętrzną konstrukcję. Oddawszy hołd bryle z tytanu, szkła i granitu przechodzę przez równie nowoczesny wiszący most o szklanej podłodze i... udaję się do miasta snobów i amatorów zdjęć z gwiazdami ekranu.

Cannes nad Atlantykiem
Donostia, czyli w języku Basków San Sebastian to niespełna 200-tysięczny kurort leżący nad klifową Zatoką Biskajską, w przeszłości było to portowe miasto o strategicznym znaczeniu. Nic więc dziwnego, że przez wieki przechodziło z rąk do rąk. Od powstania w XIII w. przeżyło aż 12 wielkich pożarów, ostatnia pożoga miała miejsce w czasie oblężenia przez wojska Napoleona w 1813 roku. Od drugiej połowy ubiegłego wieku datuje się niesamowity turystyczny rozkwit miasta, który trwa do dnia dzisiejszego.

Wszystko co się wydarzyło w tym snobistycznym, pełnym szpanu turystycznym grajdole, ociekającym od ostentacyjnej konsumpcji, było jak sen. Bo miasto to poza paroma kościołami, akwarium z oceaniczną fauną i florą tak naprawę nie ma nic ciekawego do zaoferowania. No, może nie licząc kasyn, setek barów i drogich restauracji a także plaży w centrum miasta. Z jednej strony można się pluskać w otmętach Atlantyku, a z drugiej strony, 50 metrów dalej, mkną samochody a wczasowicze leniwie przechadzają się po bulwarach i promenadach usytuowanych obok skrawków piasku. Przez cały pobyt w Donostii jakoś zupełnie nie miałem ochoty zanurzyć się w ten plażowy tłum i usadowić się pośród tego mrowia spoconych ciał. Za to w formie swoistego protestu wdrapałem się na dwie z trzech gór otaczających miasto, co dało mi niesamowite przeżycia – szczególnie wspinaczka na jedną z nich, gdzie raczej nikt z tych finansowych arystokratów się nie zapuszcza. Widoki na rozszalałe, spiętrzone wody oceanu roztrzaskujące się o skały to było to, czego moja skołatana dusza rzeczywiście potrzebowała. Dzikie zagajniki, stada morskich ptaków koczujących na pobliskich skałach, szum wody, wiatr i słońce, a po zejściu z góry „una capia” – co w hiszpańskim slangu znaczy „jednego kija proszę” (czytaj: piwo).

Gdyby nie sposobność zamieszania w prywatnym domu kolegi, który w tym czasie był na stypendium naukowym w San Sebastian, to pewnie nie miałbym sposobności poznania tego miejsca „od kuchni”. Nocne rajdy po różnego rodzaju klubach i pubach doprowadziły mnie do jednego wniosku. W tym mieście wszyscy zachowują się zgodnie z deklaracja mojego idola, który w październiku zaśpiewa w Londynie: „Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni...”

Prawda jest i tego nie da się ukryć, że San Sebastian jest snobistyczne i nadęte. Pełno tam miejsc dla osób, które pobyt w tym atlantyckim St. Tropez ograniczają do paru barów i dyskotek. Gdy jednak człowiek zapuści się w pięknie odrestaurowane uliczki na starówce, Parte Sieja, może zajrzeć do baskijskiego baru i zamówić garagargoa, co znaczy tyle co jedno piwo. Ten snobizm widoczny jest szczególnie we wrześniu, przy okazji corocznego festiwalu filmowego. Zresztą tak jest w każdej jednej znanej miejscowości turystycznej – są miejsca dla turystów i robione pod turystów, ale obok nich istnieją i funkcjonują zupełnie normalne lokale, gdzie spotykają się miejscowi, co nie znaczy, że turysta nie ma tam prawa wstępu. Wszystko co piękne, szybko się jednak kończy. Jeszcze tylko parogodzinna wizyta w Guernice…

Dąb symbolem odrębności
Guernika y Luno, bo taka jest poprawna nazwa tego symbolicznego dla całej Hiszpanii miasteczka, oddalona jest tylko 33 kilometry od Bilbao. Miasto na wieki uwiecznione na monumentalnym płótnie, które można podziwiać w madryckim muzeum Reina Sofia, stało się uosobieniem wolności, ale też baskijskiej demokracji. Wszak to tu od wczesnego średniowiecza pod dębem zbierał się baskijski parlament – Gernikako Arbola. Dąb jako symbol odrębności został uwieczniony w pięknym witrażu w miejskim muzeum.

Tu już trzeba zapomnieć, by napotkany w tym stosunkowo sennym, niespełna 20-tysięcznym mieście przechodzień mówił po hiszpańsku. Tu zewsząd dobiegają transmisje programów w języku baskijskim. Miasto zostało zbombardowane i zniszczone 26.04.1937 roku i do dziś jest symbolem agresji międzynarodowego faszyzmu przeciw Baskom. Była to największa totalna zagłada ludności cywilnej w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Dlatego w muzeum – podobnie jak to było w Bilbao – czuję się więc przygnieciony martyrologią narodu baskijskiego. Dla zmiany nastroju nie wracam do Bilbao, tylko udaję się na północ nad Atlantyk i zapierające dech w piersiach klifowe wybrzeże i pozbawione wielkiego blichtru plaże. Tu dopiero sycę się zarówno niesamowitymi widokami, jak i zażywam należytej morskiej kąpieli...

Piotr Geise

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę